**Dziennik 15 czerwca**
Dziś przyjęcie u Marty tej niepozornej gośćki, z którą dzielę ławkę na studiach. Nasz kierunek to psychologia, a uczelnia ma położenie w samym sercu Warszawy. Marta rozłożyła szeroki gest i zaprosiła wszystkich, co mogą przyjść, ale wiele koleżanek wyjechało na weekend do rodzinnych wsi. Ja, cicha i skromna Irena, postanowiłam skorzystać z tej okazji.
Nie wyjściłam jeszcze z domu, a dopiero co skończyłam osiemnaście tak jak Marta. Jednak nie zamierzałam świętować z gośćmi; rodzice namówiły mnie, żebym wolała domowe ciepło, z babcią i dziadkiem przy kominku.
Oto i wypadło: urodziny w pięć lat i w osiemnaście smutną myśl przewija się w głowie, pomyślałam z lekkim przygnębieniem. Kocham rodzinę, lecz nie wiem, kiedy wreszcie poczuję się dorosła i samodzielna. Kiedy choćby któryś chłopak zauważy moją niepozorną urodę, delikatność i wrażliwość?
Marzę o miłości, lecz wstydzę się samej siebie. Nie jestem tak krzykliwa jak Marta ani tak błyskotliwa jak jej przyjaciółka Zuzanna. Dziewczyny śmiało farbują włosy, ubierają się modnie, czasem nawet odważnie co nie umknęło uwadze wykładowców. Ja zaś garderobę dobierała mi mama, a swetry dziergała babcia. Często się obrażam, że wnuk nie nosi moich ubrań. Nie potrafię jednak wyjść w starodawnych babcinych swetrach, noszę je jedynie w domu i to w zimie, kiedy mróz szczypie w uszy.
W dniu urodzin Marty zgromadziły się dziewczyny i chłopcy z naszego wydziału dwunastu panów. Gdy jedzenie dobiegło końca, a muzyka wypełniła salę, wyszłam z mieszkania i usiadłam na ławce przy klatce schodowej. Nikt nie zauważył, że odszedłam. Czułam wstyd przed nieznajomymi chłopakami, choć i tak nie zwracali na mnie uwagi. Czy to właśnie najbardziej mnie bolało?
Spojrzałam na zegarek.
Może już powinnam iść, mama zapewne się martwi pomyślałam. Obiecałam przyjść nie późno
Nagle z korytarza wyłonił się chłopak, nie jeden z gości Marty. Usiadł na skraju ławki i smutno przyglądał się oknom mieszkania Marty na drugim piętrze, skąd dochodziła wesoła muzyka i śmiech.
Jesteś stąd? zapytał nagle, a ja skinęłam w stronę okna Marty.
A co tam? Słyszysz? Tak, bawią się.
Rzeczywiście, to jej urodziny odpowiedział chłopak. Ja natomiast w tym roku nic nie świętowałem. Tylko herbata z ciastkiem w rodzinnym kręgu, jak w przedszkolu.
Zaskoczona uniosłam brew.
Ja też tak miałam. A ty jesteś jej sąsiadem? skinęłam w stronę okna.
Częściowo odparł. Chciałbym z nią przyjaźnić się, ale ona nie zwraca na mnie uwagi, nawet nie zaprosiła na przyjęcie. Jesteśmy sąsiadami od lat, widzi, jak się zachowuję.
Zamilkł. Z westchnieniem przyznałam, że wszystko mnie przytłacza, a jednak nikt tego nie zauważa. Zniknęłam, a nikt nie zauważył. Czyżby stałem się niewidzialny? Co mnie definiuje, a czego nie ma dla wszystkich to obojętne
No co ty, próbował mnie pocieszyć chłopak. Masz rację, są tacy ludzie jak my pechowi.
Nie, nie pechowi. Niezauważeni, nie natarczywi. Może to w pewnym sensie zaleta. Ma to swoją niezależność, a nawet wolność.
Naprawdę? zdziwił się. Nazywam się Paweł. A ty?
Irena.
Słuchaliśmy jeszcze chwilę muzyki, co jakiś czas zaglądając w okna. Każdy miał nadzieję, że Marta wyjrzy i zaprosi nas do środka na taniec, lecz nikt nie został wezwany.
Miło było cię poznać powiedziałam uprzejmie. Muszę wracać do domu, obiecałam nie zwlekać.
Pójdę cię odprowadzić do przystanku.
Szliśmy przez park, rozmawiając i uśmiechając się. Paweł poczuł, że moja uwaga go cieszy; w rumieńcu na moich policzkach dostrzegł małe dołeczki, a w oczach chwilę ukrycia, gdy patrzyłam na długie rzęsy.
Opowiadał zabawne historie ze swojego młodego życia, żartował, by usłyszeć mój dzwoniący śmiech i spędzić ze mną więcej czasu. Dotarliśmy do przystanku. Podziękowałam, ale Paweł nie chciał odejść, dopóki nie wsiądę do autobusu. Przegapiłam pierwszy autobus, wsiadłam dopiero do drugiego.
Wsiadając, machnęłam ręką w stronę Pawła, jakbyśmy byli dawnymi przyjaciółmi. On stał jeszcze chwilę na przystanku, nie mogąc odejść. Zafascynowała go ta cicha dziewczyna z wyrazistymi oczami i dołeczkami.
Odwrócił się i poszedł w stronę domu. Nagle zdał sobie sprawę, że chce spotkać mnie ponownie, ale nie miał mój numer ani adresu. Jak mógłbym tak po prostu zostawić to tak? myślał, nie czując się komfortowo.
Rankiem Paweł wstał, pobiegł do mieszkania Marty, podszedł po schodach i zapukał. Otworzyła drzwi i, nieco zmieszana, rzekła:
Co znowu, Paweł? Nie pójdę z tobą na spacer, nie obiecuję nic.
Nie, nie zawstydził się Paweł. Chciałem cię zaprosić Potrzebuję numeru twojej koleżanki z grupy. Wczoraj była u ciebie. Muszę jej coś przekazać Zostawiła coś na ławce. Daj proszę numer telefonu.
Kogo? zdziwiła się Marta.
Ireny.
Ireny? Która Irena? pomyślała chwilę. Aha, Irka No dobrze, poczekaj.
Po kilku minutach Marta wyciągnęła kartkę.
Na Rzym. No, Irka, cicho Co się stało? uśmiechnęła się i zamknęła drzwi.
Paweł, trzymając notatkę niczym talizman, pobiegł do domu. Cały dzień kombinował, co powiedzieć, i denerwował się. Wieczorem zadzwonił do mnie.
Zaprosiłem mnie na spacer i obiecałem lody. Zdziwiło mnie, że zgodziłam się od razu. Mój głos w telefonie był jeszcze delikatniejszy i przyjemniejszy niż zwykle.
Spacerowaliśmy po parku, jedliśmy lody i poznawaliśmy się lepiej. Odkryliśmy, że nasze charaktery i zainteresowania są zaskakująco podobne.
Teraz to ja zapraszam zażartowała Irka przy pożegnaniu. Następnym razem nie pójdziemy do parku, a do kina. Co ty na to?.
Od tego czasu Paweł i ja nie rozstajemy się. Często chodzimy do kina, do muzeów, a po roku wspólnych wypraw staliśmy się parą, którą już nazywano narzeczonymi.
Dwa lata po poznaniu wzięliśmy ślub. Moja mama krzyczała, że za wcześnie wyjść za mąż, a babcia z dumą mówiła:
Brawo, Irenko. Znalazłaś swoją przyszłość i męża. Trzymaj się Pawła, będzie świetnym mężem. Dba o ciebie jak o dziecko. Czego chcieć więcej?.
Tak jest, cicha mówiły koleżanki z grupy. Pierwsza wzięła ślub, a chłopak szczęśliwy aż po uszy.
My oboje promieniowaliśmy szczęściem. Znalazłyśmy w sobie zrozumienie, troskę i miłość, o której kiedyś marzyłyśmy.
Po latach wciąż z uśmiechem wspominamy tę ławkę przy klatce schodowej, która połączyła nas na całe życie.



