Koło pięćdziesiątki Szymon Marianowicz miał może i mało siwizny, ale za to diabła w żebrach na całego. A wszystkiemu winna była ona – Kinga. Poznał ją przypadkiem, gdy wpadł na wydział, gdzie wykładał jego stary znajomy. Sprawa była błaha, ale skutki – brzemienne w następstwa.
Stała przy oknie, bawiąc się słonecznymi błyskami w swoich złocistych włosach. Jasnozielone oczy, smukła sylwetka, tchnąca życiem i pewnością siebie… On, mężczyzna od dawna nie pierwszego wyboru, nagle poczuł się jak młodzieniec. Kinga wydawała mu się ucieleśnieniem wszystkich marzeń – wróżka, syrena, rusałka. W rzeczywistości była tylko sympatyczną studentką, ale do Szymona tego olśnienie przyszło znacznie później. Wtedy był oczarowany.
Takiej namiętności nie czuł nawet do swojej żony, Barbary Andrzejawny, w ich najlepszych latach. Mieli za sobą trzydzieści lat małżeństwa, dwoje dzieci, wspólną przeszłość, dom, wzajemne zrozumienie i rzadkie sprzeczki. I nagle wszystko to wyparowało z jego głowy, gdy tylko spojrzał na Kingę.
Ona zresztą nie opierała się zalotom statecznego adoratora. Wręcz przeciwnie – zachęcała. Dla niego była wybawieniem, dla niej – szansą. Wychowana w skromnych warunkach, ledwo dostająca się na studia, marzyła o tym, by zostać w dużym mieście. A Szymon stał się dla niej biletem wstępu do tego świata.
— Ależ on jest starcem! — kręciła nosem jej współlokatorka, Ola. — Oszalałaś? Dasz radę z nim żyć?
— Gdzie tam staruch — machnęła ręką Kinga. — Rześki, z forą, zakochany po uszy. Zobaczysz, zaraz się oświadczy.
Szymon zakochał się na dobre. Był czuły, hojny, uważny. Ale ani słowa nie wspomniał o rozwodzie. Kinga czekała, liczyła. Jej plan był prosty: dzieci Szymona dawno się usamodzielniły, żona zdrowa, żyją spokojnie. A on – ma pieniądze. Wszystko zmierzało ku ślubowi. Lecz nagle Szymon zaczął tracić siły. Okazało się, że tempo młodej kochanki to nie przelewki dla dojrzałego mężczyzny. Wolałby spotykać się raz w tygodniu, i to w hotelu, a resztę czasu spędzać w domu, gdzie czekały wygody, żurek i ukochana Basia.
Kinga zaczęła wymagać:
— Dlaczego nie możemy zamieszkać razem? Masz przecież jeszcze mieszkanie!
— Tam są lokatorzy — skłamał. W rzeczywistości mieszkanie stało puste, on i Barbara planowali remont. Ale nie zamierzał zmieniać go w gniazdko miłosne.
— To wynajmij nowe! W końcu jesteś facetem!
Kłótnie nasilały się. Aż w końcu huknęło.
— Jestem w ciąży, Sławku — oznajmiła Kinga (tak, właśnie tak go nazywała). — Cieszysz się?
Szymon skamieniał. Właśnie zbierał się, by z nią zerwać – nawet wrócił wcześniej z delegacji, by wszystko omówić. A tu nagle – dziecko.
— Ale mówiłaś, że się zabezpieczamy…
— To nie jest w stu procentach! A ja myślałam, że będziesz szczęśliwy…
Nie był szczęśliwy. Był zdezorientowany. Ale został. Dziecko urodziło się – chłopiec, Tomek. Szymon pomagał: finansowo, emocjonalnie, przyjeżdżał. Lecz Kinga chciała więcej.
— Mam dość bycia w cieniu! Albo mówisz żonie, albo ja to zrobię!
Nie zdążył podjąć decyzji – Kinga wzięła sprawy w swoje ręce. Po kilku dniach żona go zaskoczyła:
— Okazuje się, że masz dziecko i zamierzasz się ożenić? To prawda?
— Basiu, to nie tak… Wytłumaczę…
— Od razu ci powiem: rozwodu nie dostaniesz — oznajmiła spokojnie, ale stanowczo. — Nie dla jakiejś studentki budowałam rodzinę przez trzydzieści lat.
Szymon poczuł ulgę. Nie dlatego, że uniknął rozstania, ale dlatego, że usłyszał – ona wciąż chce ratować ich związek.
— Kocham cię, Basieńko. Wybacz mi. To było szaleństwo, nie wiem, co we mnie wstąpiło…
— Ale dziecko jest niewinne — dodała. — Zabierzemy je. A z nią – zerwiesz na zawsze. Wtedy ci wybaczę. Naprawdę.
Szymon nie wierzył własnym uszom. Ale żona, jak zwykle, wszystko przemyślała. Kinga, zmęczona dzieckiem, bez pomocy i wsparcia, z radością oddała syna, gdy zaproponował rozwiązanie:
— Chcę, żeby Tomek mieszkał z nami. Będziesz mogła wrócić na studia, do normalnego życia. Damy radę.
— Świetnie — odparła obojętnie. — Tylko potem nie będziesz miał pretensji.
Opiekę załatwili szybko – ojciec uznany, matka nie protestowała. Tomek przeprowadził się. Barbara opiekowała się nim, ale z rezerwą. Szymon liczył, że czas wszystko naprawi.
Minął rok.
I nagle – jak grom z jasnego nieba.
— Rozwodzę się z tobą — oświadczyła Barbara, wracając z delegacji. — Poznałam kogoś. I zrozumiałam, że tylko z nim jestem szczęśliwa.
— Jak to kogoś?
— Jurek. Mieszka w innym mieście, ale przeprowadza się do mnie. A ty zostaniesz z mieszkaniem. Sprawiedliwie.
— Przecież mówiłaś…
— Wtedy wierzyłam. Ale nie można zmusić serca. Wybacz.
Odeszła. Zostawiając mu Tomka i wspomnienia. Próbował wrócić do Kingi, ale ta tylko się zaśmiała:
— Dostałeś swoje, Sławku. A ja – wolność. Żyj teraz, jak chcesz. Ja wkrótce wychodzę za mąż.
Został sam. Z synem, którego zdążył pokochać. Bez żony, bez kochanki, ale z cichym poczuciem, że może to i sprawiedliwość.



