Tutaj mieszkam uśmiechnął się Leon, zapraszając dziewczynę do mieszkania.
Wejdź, zaraz wrócę.
Jadwiga niepewnie przekroczyła próg, rozglądając się niespokojnie po przedpokoju i nie śpiesząc się z ściągnięciem butów.
Coś ją niepokoiło…
Gdy chłopak znowu pojawił się w przedpokoju, w jej oczach zamarł autentyczny strach, ręce się jej trzęsły bez słowa wybiegła z mieszkania.
Jadzia, dokąd?!
Leon w zdumieniu spojrzał na pozostawione otwarte drzwi, potem na Martę, stojącą przy nim…
Nie spodziewał się, że ten piękny wieczór zakończy się tak niespodziewanie.
Po prostu uciekła, nawet nic nie powiedziała?
nie dowierzał Wiktor, gdy Leon opowiadał mu o wszystkim przy piwie w pubie na warszawskiej Starówce.
Ani słowa, tylko wybiegła.
Jakby ducha zobaczyła…
Leon uniósł kufel z piwem, spojrzał na niego zamyślony i odstawił z powrotem.
Zupełnie nie rozumiem…
Co ją tak przestraszyło?
Możliwości jest wiele, ale zapytałeś ją wprost?
Chciałem, ale od wczoraj nie odbiera telefonu.
Dzwonię i piszę bez odzewu.
A byłeś u niej pod domem?
Nie.
Odprowadzałem ją tylko do klatki, nie wiem nawet, na którym piętrze mieszka…
To dziwne, naprawdę dziwne…
Tak pięknie się zaczęło, a skończyło tak…
głupio.
Może jeszcze nie skończyło…
Może w poniedziałek porozmawiacie w pracy i się wyjaśni.
Po raz pierwszy spotkał Jadwigę w zatłoczonym tramwaju nr 24 jadącym przez Aleje Jerozolimskie.
Nikt nie ustępował miejsca młodej dziewczynie on wstał i ustąpił.
Stali potem obok siebie, a Leon nie mógł pozbyć się uśmiechu.
Dziewczyna bardzo mu się spodobała.
Z chęcią by się przedstawił, ale śpieszył się do biura.
Poza tym nie był typem, który zawiera znajomości na oczach całego wagonu.
I co miałby powiedzieć?
Cześć, nazywam się Leon, tu masz mój numer zadzwoń wieczorem?
Wydało mu się to naiwne.
Wysiadł na Centrum i nawet nie zerkał, czy ona też wysiada.
Szedł w stronę biurowca, a przez chwilę miał wrażenie, że nieznajoma idzie za nim.
Te myśli wydawały mu się niedorzeczne.
Chciałbyś, żeby marzenie nagle stało się rzeczywistością przebiegło mu przez głowę.
Ale przecież tak się nie dzieje spotykasz dziewczynę i od razu wielka miłość…
To tylko w starych powieściach.
Godzinę próbował wyrzucić tę myśl z głowy, a ona uparcie wracała oczami wyobraźni ciągle widział jej uśmiech, oczy.
Prawdziwe zauroczenie.
Gdy otworzył pocztę przed oczami znów uśmiech dziewczyny.
I wtedy właśnie wszedł szef, pan Jan Sikorski, z nieznajomą.
Poznajcie nową koleżankę przedstawił.
Przez sekundę wydawało mu się, że zwariował to przecież ona!
Dziewczyna delikatnie się uśmiechnęła:
Jadwiga.
Leon.
Bardzo mi miło.
Na tym koniec.
Zabrakło mu słów, czuł się jak zakochany chłopak z liceum.
Ale w środku czuł, że coś ważnego w jego życiu się zaczyna.
Dni mijały, a on coraz bardziej tęsknił, kiedy nie widział Jadwigi.
Wieczorami spotykał się z Wiktorem w mokotowskim parku, gdzie wyprowadzali psy.
Rozmawiali o pracy, codzienności aż Leon opowiedział o Jadwidze.
Ty się chyba zakochałeś, stary!
Myślisz?
Pewny jestem.
Tak samo miałem z Danutą spojrzałem i już wiedziałem, że chcę ją na zawsze.
Tak, Leon myślał dokładnie tak samo.
Tylko przy Jadwidze miał takie poczucie, jakby mógł przenosić góry.
W końcu zebrał się na odwagę.
Po pracy podszedł do niej na przystanku, zarumieniony i odrobinę speszony.
Może dasz się zaprosić dziś na kawę albo do kina?
Jadwiga lekko się uśmiechnęła.
Wypili kawę w kawiarni przy Nowym Świecie, potem długo snuli się po pustych uliczkach miasta.
Na końcu Leon odprowadził ją pod drzwi.
Przez godzinę jeszcze wyprowadzał Martę, swoją owczarkę niemiecką, a potem długo nie mógł zasnąć wyobrażał sobie, jakby to było: oświadczyny, wspólne dzieci, wyjazdy za miasto na Mazury, szczęśliwy dom…
Trzy miesiące minęły w mgnieniu oka.
Były one najpiękniejsze w jego życiu.
Romantyczne wieczory w Starym Mieście, wypady do kina, pocałunki w deszczu pod Pałacem Kultury.
Jadwiga wydawała się ideałem.
Ciepła, dobrotliwa, zabawna, a przy tym nieśmiała i bardzo porządna.
Leon czuł się, jakby wygrał los na loterii życia.
Ale był jeden problem po każdej randce Leon musiał jeszcze wyjść z Martą, swoją ukochaną suką.
Mieszkał sam, nie miał nikogo do pomocy.
Kilka razy zaproponował, by chodzili we troje.
Jadwiga reagowała na takie pomysły bardzo niepewnie milkła, odwracała wzrok, zawsze odmawiała.
Może lepiej pójdziemy sami?
Może zechcemy wejść do kawiarni czy do kina, a z psem to kłopot…
Masz rację zgadzał się Leon.
W końcu poprosił Jadwigę o rękę.
Na zaręczyny się zgodziła, ale gdy przyszło do wspólnego zamieszkania coś ją powstrzymywało.
Cały czas odwlekała tę decyzję.
Obiecałam właścicielce mieszkania, że zostanę do końca roku…
Nie chcę jej zawieść.
Opłacę ci ten czynsz za resztę roku, jeśli to pomoże.
Chodź do mnie, pokażę ci mieszkanie, poznasz Martę.
Jestem pewien, że polubicie się.
Jadwiga posmutniała, ale zgodziła się pojechać.
Leon czuł, że się boi.
Okazało się, że chciała spróbować, choć jej strach był ogromny.
Tutaj mieszkam powtórzył Leon z uśmiechem, otwierając drzwi.
Jadwiga weszła, rozglądała się, wahając.
I wtedy kiedy pojawił się w przedpokoju z Martą, na twarzy Jadwigi pojawił się czysty, paniczny lęk.
Bez słowa uciekła, zostawiając drzwi szeroko otwarte.
Leon próbował się z nią skontaktować, ale bez powodzenia.
Umówił się z Wiktorem, swojego starego przyjaciela z liceum.
Rozmawiali długo, analizowali każdą możliwość.
Leon postanowił poczekać do poniedziałku bo w pracy Jadwiga musiała się w końcu pojawić.
W poniedziałkowy poranek Leon co chwilę zerkał na zegarek, wyczekując Jadwigi przy szybie tramwaju.
Ale nie pojawiała się.
W końcu, gdy już chciał mówić szefowi, że musi wyjść, zobaczył ją idącą chodnikiem, z rozpuszczonymi włosami i łzami na policzkach.
Jadzia!
Zaczekaj!
Stanęła, spojrzała i znowu posmutniała.
Co się stało?
Czemu uciekłaś?
Nie odbierasz telefonu…
Martwię się!
Leon…
przepraszam.
O co chodzi?
Pięć minut do pracy.
Może po pracy…
Powiedz mi od razu.
Martwię się cały weekend.
Dlaczego uciekłaś?
Jadwiga spojrzała mu prosto w oczy.
Leon, nie potrafię z tobą zamieszkać wyszeptała i rozpłakała się na dobre.
Ale dlaczego?
Co się stało?
Zrobiłem coś nie tak?
Nie.
Więc co się stało?
Jadwiga otarła łzy i powiedziała cichutko:
Boję się…
Czego, kochanie?
Psów się boję.
Psów?!
Mojej Marty?
Przecież ci tłumaczyłem, że ona łagodna jak baranek!
W środku przeczucie podpowiadało mu już wcześniej, że chodzi o Martę.
Leon, nie chodzi o twojego psa, tylko o psy w ogóle.
Jak miałam sześć lat, zaatakował mnie owczarek niemiecki.
Byłam wtedy na placu zabaw, mama poszła do sklepu, właściciel psa był pijany i napuścił go na mnie…
Prawie mnie zagryzł.
Nie mówiłaś mi o tym…
Nie chciałam do tego wracać.
Byłam wtedy dzieckiem, ale trauma została do dziś.
Kiedy zobaczyłam Martę w korytarzu…
to wrócił tamten koszmar.
Ale przecież na ulicy też są psy.
Ale wtedy mogę pójść inną drogą, poprosić kogoś o pomoc, oddalić się.
A mieszkać pod jednym dachem z tak dużym psem nie dam rady…
Przepraszam cię.
To nie twoja wina.
Po prostu boję się.
To głupie, Jadwiga…
Wiem.
Próbowałam się przemóc, naprawdę.
Gdy pojechałam do ciebie, chciałam spróbować.
Ale nie dałam rady.
I co teraz…?
Rozmawiał o wszystkim z Wiktorem.
Nie masz zamiaru oddawać Marty?
zapytał przyjaciel.
Nigdy w życiu!
Kochałem Martę zanim poznałem Jadwigę, a teraz kocham obie.
No to walcz o swoje szczęście.
Przecież ten lęk da się pokonać, trzeba spróbować terapii.
Próbowała i nie pomogło.
Ale obiecała, że spróbuje jeszcze, lecz niczego nie może mi gwarantować.
Ale widzisz, stara się.
Chce to przezwyciężyć.
Pomóż jej.
Na początku spotykajcie się z Martą tylko na zewnątrz np.
w parku albo w lesie.
Może wtedy powoli będzie łatwiej.
W oczach Leona pojawiła się iskierka nadziei.
Kilka dni później, gdy Leon podstawił pod blok terenowe auto, Jadwiga spojrzała niepewnie:
Skąd masz samochód?
Pożyczyłem od kumpla.
I mam w tej samej kabinie jechać z Martą?
zapytała blada.
Spokojnie, ona będzie w bagażniku.
W aucie jest specjalne miejsce dla psa.
Ty usiądziesz z przodu koło mnie.
Nieufnie się zgodziła.
Po godzinie byli na polanie w Kampinosie.
Leon wyjął Martę, ostrzegł, by nie zbliżała się do Jadwigi.
Potem wszyscy ruszyli na spacer po lesie, kalosze grzęzły w błocie po deszczu.
Leon bawił się z Martą piłką, Jadwiga trzymała dystans.
No i jak, Jadzia?
Jeszcze nie wiem…
bardzo się boję przyznała.
Kochanie, psy bywają różne, jak ludzie.
Nie każda jest zła.
Rozumiem…
Leon rzucił tenisową piłeczkę Marta biegła przez krzaki i wróciła szczęśliwa.
Chcesz spróbować?
Rzucić jej piłkę?
Boję się.
Zamknij oczy i rzuć mocno.
Jadwiga wzięła piłkę, ścisnęła powieki, rzuciła pies pognał za nią szczęśliwy.
Brawo!
zawołał Leon, śmiejąc się.
Marta nie wracała długo, szczekała coraz głośniej gdzieś w oddali.
Idę sprawdzić, czemu nie wraca.
Idę z tobą!
Przedzierali się przez mokradła, aż zobaczyli Martę szczekającą na piłke leżącą na wodzie.
Marta boi się wody i sama jej nie wyciągnie Leon roześmiał się.
Psy się czegoś boją?
Myślałam, że niczego…
Każdy ma jakieś lęki.
Martę uratowałem z rzeki jako szczeniaka, od tej pory zawsze omija kałuże.
Leon włożył nogi do kałuży, nagle zapadł się w błoto po kolana.
Wszystko w porządku?!
krzyknęła Jadwiga.
Chyba trafiłem na bagno…
Psy szczekały, Marta nie była w stanie pomóc, a Jadwiga zamarła ze strachu.
Ale zebrała się w sobie nie zostawi ukochanego.
Znalazła długą gałąź, podała Leonowi, a kiedy nie dawała rady, Marta sama zaczęła jej pomagać razem, dziewczyna i pies, wyciągnęły Leona z topieli.
Wszyscy zmęczeni runęli na trawę.
Dziewczyny, nie wiem co bym bez was zrobił…
objął ich oboje.
Wydobyłyście mnie z tamtego świata.
Tak się bałam…
Nie mów, że masz nowe fobie zażartował Leon.
Mam.
Boję się cię stracić.
I ten lęk jest większy niż strach przed psami…
Jadwiga przytuliła Martę.
Dziękuję ci, Marto…
Wieczorem, po gorącej kąpieli i kolacji, całą trójką oglądali filmy o psach na starym telewizorze w salonie.
Jadwiga nie chciała niczego innego.
Byli razem, szczęśliwi.
Każde z nich rozumiało tego wieczoru, że największy strach to lęk przed tym, by się nawzajem nie utracić.


