**Bilet w jedną stronę**
Mama małej Zosi pracowała jako pokojówka w hotelu i często zabierała córkę ze sobą. Zosi podobał się wielki hol z kilkoma zegarami na ścianie, które pokazywały różne godziny. Lubiła szklane drzwi, które otwierały się same, miękkie dywany tłumiące kroki i zapach hotelowych korytarzy. A najbardziej – uśmiechnięte, eleganckie dziewczyny za recepcją. Marzyła, że kiedyś też taką będzie.
– Trzeba dobrze się uczyć, być grzeczną i uprzejmą. Recepcjonistka to wizytówka hotelu – tłumaczyła mama.
– Ale ja mam ładną buzię! Samo mówiłaś – przekonywała Zosia.
– Piękna twarz to za mało. Trzeba znać języki obce i skończyć dobrą szkołę. Dorośniesz, skończysz liceum, wtedy zobaczysz – uśmiechała się mama.
W ostatnich klasach Zosia już pomagała mamie sprzątać pokoje. Przeglądała się w lustrach i złościła, że jest taka chuda, że biust za mały, a wzrost mógłby być o te pięć centymetrów wyższy. Ale buty na obcasie to naprawią. Za to włosy miała gęste, kasztanowe, z naturalnymi lokami. Wszystko, by zostać recepcjonistką!
Gdy nie widziała jej pani dyrektor, Barbara Nowak, siadała za ladą i uczyła się od starszych koleżanek. Pewnego dnia dwie recepcjonistki zachorowały, a Barbara nie mogła sama ogarnąć chaosu. Zosia zaproponowała pomoc.
– Widziałam tysiąc razy, jak to się robi. Dam radę – powiedziała, nie wspominając, że już wcześniej sama obsługiwała gości.
I poradziła sobie. Wszyscy byli zadowoleni, a najbardziej Zosia – dumna jak nigdy.
– Świetna robota. Jeśli pójdziesz na hotelarstwo, napiszę ci rekomendację – obiecała Barbara.
Po maturze Zosia zaczęła zaoczne studia, by od razu używać wiedzy w praktyce. Gdy jedna z recepcjonistek poszła na macierzyński, zajęła jej miejsce. Każdą wolną chwilę spędzała z podręcznikami, ucząc się angielskiego.
Mama była dumna. Ona całe życie sprzątała, a córka od razu została recepcjonistką, a teraz jeszcze studia!
Młodzi mężczyźni adorowali Zosię – komplementy, kwiaty, czekoladki.
– Uważaj na tych w delegacjach. Wszyscy tam są samotni, a potem wracają do żon – ostrzegały mama i Barbara.
Zosia już wiele rozumiała. Jedną z pokojówek wyrzucili niedawno za romans z gościem. Oskarżył ją o kradzież, a potem okazało się, że sam zgubił pieniądze. Ale dziewczyny i tak nie przywrócili.
W hotelu poznała Łukasza. Przyjechał z Katowic w interesach. Siedział w holu, udając, że czyta gazetę, ale patrzył na nią. Po zmianie zaprosił ją do kina. Było lekko, przyjemnie. Schlebiało jej, że starszy o sześć lat mężczyzna się nią interesuje.
Wrócił po weekendzie, znów się zatrzymał w hotelu. Zosia czekała na niego cały tydzień. Po pół roku przeniósł się do Warszawy, dostał służbowe mieszkanie.
Byli tak szczęśliwi!
Mimo ostrzeżeń, Zosia często zostawała u Łukasza. Budził ją pocałunkami w kark. Wtedy wtulała się w niego, szczęśliwa.
– Chcę się z tobą ożenić. Nie znoszę rozstań – szeptał.
– I tak będziemy się rozstawać do pracy – śmiała się.
– Ale potem wrócimy do siebie. Będziemy mieć dzieci…
Zosia zesztywniała. Kochała pracę. A dziecko oznaczałoby rezygnację z niej.
– Mam dopiero dwadzieścia cztery lata, skończyłam studia. Nie śpiesz się.
Pewnego dnia zasłabła w pracy. Myślała, że to zatrucie, ale Barbara domyśliła się prawdy. Umówiła ją do lekarza.
Zosia usunęła ciążę. Nikt się nie dowiedział. Tego wieczoru nie poszła do Łukasza, została u mamy.
Dwa lata później Barbarę dopadła choroba. Przed operacją zostawiła zarządzanie hotelem Zosi, choć starsze pracownice marzyły o awansie.
– No proszę! – gwizdnął Łukasz, gdy mu powiedziała. – A ja tylko inżynier.
– Zawsze dostaję to, czego chcę – uśmiechnęła się, nie widząc smutku w jego oczach.
Teraz często zostawała po godzinach. Przyjmowała ważnych gości, pilnowała przygotowań. Zazdrośnicy czyhali na jej błąd. Czasem spała w hotelu, czasem u mamy. Łukasz dzwonił, zazdrosny.
– Przeszkadzasz. Oddzwonię – mówiła, ale zapominała.
Potem wieczorne kłótnie. Odpychała go, zasypiała zmęczona. Gdy całował ją w szyję, już nie drżała z rozkoszy, tylko wzdychała.
Rano biegła do pracy.
– Wypij ze mną kawę – prosił.
– W hotelu mamy ekspres.
Potem zachorowała mama. Gdy wyzdrowiała, Zosia w końcu zadzwoniła do Łukasza.
– Wyjeżdżam za godzinę – powiedział.
– Dokąd? Na długo?
– Do centrali. Zadzwonię.
Minął miesiąc. Nie dzwonił, tylko pisał, że się przedłuża. Po kolejnych dwóch tygodniach wrócił, ale już nie było między nimi tej samej bliskości.
Czas mijał. Barbara nie wróciła do pracy, a Zosia przejęła jej stanowisko. Pewnego dnia Barbara poprosiła ją o przyjęcie córki przyjaciółki.
Dziewczyna była bystra, młoda i ambitna – jak Zosia kiedyś. Patrząc na nią, Zosia uświadomiła sobie, że ma już ponad trzydzieści lat. W domu długo stała przed lustrem, oglądając zmarszczki w kącikach oczu. Włosy miała przesiane siwizną – wyrwała je bezlitośnie.
Mama słabła. Zosia dzięki znajomościom umieściła ją w najlepszej klinice, ale po pół roku zmarła.
Teraz rzadko wracała do pustego domu. Spała w hotelu. Jeśli miała romanse, tylko z gośćmi – unikała plotek.
Nie było już tego dreszczyku, co z Łukaszem. Coraz częściej o nim myślała.
Pewnego dnia do niego zadzwoniła. Nie odebrał. Próbowała jeszcze raz, potem pojechała pod jego dom. Wiatr targał jej płaszcz, śnieg bił w twarz. Nikt nie otworzył drzwi.
Właśnie wtedy ich zobaczyła. Łukasz szedł z młodą kobietą, która pod paltem miała wyraźnie zaokrąglony brzuch.
Zosię zalała fala zimna. Już było za późno. Nie pamiętała powrotu do domu. PłakaZakonczyła studia, sprzedała mieszkanie i kupiła bilet w jedną stronę nie nad Bajkał, ale nad polskie Mazury, gdzie w małym pensjonacie nad jeziorem odnalazła spokój i nowy początek.



