Mój mąż miał babcię, której świat był jak sen odbity w krzywym zwierciadle. Każde wakacje spędzał u niej, w małym domu na obrzeżach Lublina. Dla niej to nie był problem, bo w latach dziewięćdziesiątych prowadziła własną działalność wszystko sama doglądała, zamawiała i rozwoziła zioła lecznicze do aptek w całym województwie. Dokładnie nie wiadomo, jak udało jej się tak dobrze prosperować, ale wspomina, że na tamte czasy zarabiała naprawdę dużo złotówek. A była kobietą, powiedzieć, że upartą, to nie powiedzieć nic. Kochała mojego męża, nie żałowała pieniędzy na swojskie jedzenie na stole zawsze pachniały świeże pierogi i gorący rosół. Ale na słodycze czy kino nie dostał nigdy nawet złotówki. Wszyscy szeptali, że ona chyba zbiera na coś duże pieniądze.
Po domu babci rozsiane były ogromne, stare szafy. W środku przegródki na klucz, każda starannie zamknięta, jakby strzegły wejścia do innego wymiaru. Jako chłopiec mój mąż nieraz próbował podejrzeć, co się kryje za tymi drzwiami, ale babcia zawsze powtarzała, że to do pracy, nie dla dziecięcych oczu.
Kiedy czasy się odmieniły, przedsiębiorcami zostawał każdy, a apteki były pełne wszystkiego, babcię wyprzedziła konkurencja. Wtedy zaczęła działać jako uzdrowicielka i szeptucha. Nie brała od nikogo ani grosza, choć do jej drzwi pukali najbogatsi z Lublina. Widzieliśmy ją jeszcze, zanim odeszła, w jej dziwnie skromnym życiu. Chodziła w poplamionych, starych sukienkach, cienka jak nić mająca zaraz się zerwać, jadła kawałek chleba z masłem i cebulę. Przywoziliśmy jej słoiki, kiełbasę, czasem trochę słodyczy, ale ona się obrażała i mruczała, że nie można jej rozpieszczać, bo przywykła do oszczędnego życia.
Gdy umarła, przypadł nam jej dom. Pojechaliśmy wszystko uporządkować, i już w spiżarni poczuliśmy, jakbyśmy wpadli w dziwny sen. Na półkach stosy jedzenia: konserwy, makarony, cukier i herbata, ale wszystko przeterminowane, opakowania pokryte kurzem czasu. Okazało się, że jej pacjenci w podzięce zostawiali jej przysmaki, których nigdy nie tknęła.
Największym zaskoczeniem były jednak szafy. Otwieraliśmy je bez pośpiechu, klucz po kluczu, a tam jakbyśmy trafili do osobliwego muzeum. Torebki ze skóry z lat dziewięćdziesiątych, fiolki perfum, garnitury i żakiety na wieszaku, kolekcje kryształów, a nawet stare zabawki. Wszystkiego po dwadzieścia, trzydzieści sztuk; ślady epoki i specyficznego uporu.
Czemu babcia trzymała swoją fortunę w rzeczach, które, tak jak sny, powoli tracą kształt i znaczenie? Nie zrozumiem tej kobiety, nawet we śnie.


