Białe płaszczyko
Zofia mieszkała w domu dziecka od piątego roku życia. Nigdy nie była pewna, dlaczego tam trafiła jedynie pamiętała, jak pewnego dnia babcia już się nie obudziła, a mama nie wróciła “już nigdy”. Później były obce ręce, pomalowane na niebiesko ściany i wieczny zapach gotowanej kapusty, od którego kręciło się w głowie. Najpierw płakała nocami, później przestała. Po prostu żyła i uczyła się: cicho, pilnie, jakby w nadziei, że dla pilnych dzieci jest gdzieś nagroda w prawdziwym życiu.
Spośród wszystkich pomieszczeń w domu dziecka najbardziej lubiła salę gimnastyczną. Była ogromna, z trzeszczącą podłogą i wysokimi, zakurzonymi oknami tuż pod sufitem, i kryła w sobie jakąś magię. Po maleńkim pokoju numer osiem, gdzie stały cztery łóżka, sala wydawała się pałacem z bajki. Najważniejsze jednak, że to właśnie tam, kiedy napompowana pomarańczowa piłka zaczynała rytmicznie odbijać się od drewnianej podłogi, w jej głowie milkły wszystkie zmartwienia.
A jeśli udało się wrzucić piłkę dokładnie do kosza czuła się niemal szczęśliwa. Niemal, bo prawdziwe szczęście, jak wszyscy wierzyli, mogło być tylko w rodzinie. Każdy przytrzymywał tę myśl na dnie serca, jakby zostawiając tam dla niej zasłonięty obrusikiem kącik.
Zofia była szybka, skakała wysoko, piłka jej słuchała. Któregoś dnia wychowawczyni pani Natalia Pawłowska powiedziała: Masz w sobie ducha sportowca, Zofio. Zadzwonię do znajomego trenera może uda się cię zapisać do prawdziwej sekcji koszykówki.
I rzeczywiście, udało się.
Od dwunastego roku życia Zofia zaczęła regularnie chodzić na treningi. Najpierw dostała się do drużyny dzielnicowej, potem miejskiej. Na finale wojewódzkiej spartakiady została nawet najlepszą zawodniczką meczu, zdobywając dla swojej drużyny 32 punkty.
Gdy przewodniczący Wojewódzkiego Komitetu Sportu wręczał Zofii medal, powiedział z uśmiechem: Gratuluję ci, córeczko, masz przed sobą wielką przyszłość. Zofii zaszkliły się oczy, ale urzędnik uznał to za przejaw dziecięcej radości. Godzinę później, gdy zobaczył ją opuszczającą samotnie oświetlony wieczorny halę sportową, zatrzymał się.
Zosiu, czemu nikt po ciebie nie przyszedł? Gdzie mieszkasz? zapytał.
Mieszkam w domu dziecka numer trzy, cztery przystanki tramwajem stąd odpowiedziała cicho.
Ach! Przepraszam, nie wiedziałem. Mam na imię Jarosław Adamczyk, wsiadaj, podrzucę cię zaproponował.
Czternastoletnia Zofia po raz pierwszy jechała samochodem i czuła się wyjątkowo.
Kto za ciebie odpowiada w domu dziecka?
Pani Natalia, wychowawczyni.
Poznasz mnie z nią?
Oczywiście, ale będzie dopiero jutro rano.
Porozmawiam więc z nią jutro obiecał.
Zofię nurtowało, o czym pan Adamczyk chciał porozmawiać z jej wychowawczynią, ale nie śmiała zapytać.
Następnego dnia po lekcjach pani Natalia poprosiła Zofię do siebie.
Z rozmowy dowiedziała się, że pan Jarosław Adamczyk zapytał, czego najbardziej Zofia potrzebuje. Pani Natalia zapewniła, że Zofia niczego jej nie brakuje, może poza nowym płaszczem.
Tak mu powiedziałam, że rośniesz jak na drożdżach i wszystkie dziecięce rozmiary już za małe. Na twoją sylwetkę trzeba już rzeczy dla dorosłych. Zapytał, jaki masz rozmiar i… tu postawiła na stole solidnie zapakowaną paczkę przewiązaną sznurkiem no, przymierzaj!
Oszczędna w słowach Zofia zaniemówiła z wrażenia, gdy wychowawczyni wyciągnęła z paczki bielutki płaszcz z wąskim paskiem i bursztynowymi guzikami. Był piękny i nowy, bez ani jednego nazwiska wypranego chemicznym ołówkiem na podszewce. Zupełnie inny od wszystkiego, co do tej pory nosiła.
O rety, Zosiu! Taki płaszcz to tylko na aktorkach w starych filmach widziałam. Ale masz prezent! No, przymierz!
Jak przez mgłę poczuła chłód podszewki, który zaraz zmienił się w przyjemne ciepło, jakby ktoś ją objął i zakręcił w tańcu. W lustrze zobaczyła siebie zarumienioną, uśmiechniętą, w modnym płaszczu leżącym idealnie na sportowej sylwetce. Fakt, że stara spódnica i czerwona koszulka trochę zgrzytały z taką elegancją, ale to były drobiazgi.
A to jeszcze nie wszystko! dodała pani Natalia, również szczęśliwa zobacz, co mam! podała Zofii złożony na pół bilecik z godłem harcerskim.
Co to jest, ciociu Natalio?
Wyjazd do harcerskiego obozu Młodzieżowa Polana! Pojedziesz w wakacje, na pierwszy turnus, piękne miejsce! I to też załatwił pan Jarosław, niech mu Bóg wynagrodzi.
W nocy Zofia długo nie mogła zasnąć. W głowie migotały wszystkie wydarzenia ostatnich dni: zwycięstwo w finale, medal, jazda samochodem z panem Adamczykiem, bilet na obóz i przede wszystkim śliczny nowy płaszcz, który czekał teraz na nią w szafie.
Nie mogła się powstrzymać, cicho zeszła z łóżka, ostrożnie sięgnęła po płaszcz, który nazwała sobie w myślach Płaszczykiem.
Przeszła na palcach do korytarza, podeszła do okna, za którym kropił pierwszy wiosenny deszcz. Po raz pierwszy w życiu nie cieszyła się z odchodzącej zimy. Chciała jak najdłużej móc chodzić w tym stroju świątecznym.
***
Buty na zmianę i sportowe wyliczała wieczorem przed wyjazdem pani Natalia nakrycie głowy obowiązkowe. I płaszcz… przejściowy, Zofio, tak stoi w instrukcji. Nie dyskutuj, trzeba mieć.
Zofia tylko przytaknęła. Nie rozumiała jeszcze, kto latem potrzebuje płaszcza, ale z drugiej strony wieczory bywały chłodne a najważniejsza dla niej rzecz nie miała zostać w wspólnej szafie!
W budynku pierwszego zastępu na Młodzieżowej Polanie od razu poczuła na sobie dziwne spojrzenia. Inne dziewczyny miały lekkie kurteczki, modne dżinsowe kamizelki, a ona płaszcz.
Fason po babci? prychnęła chuda Iwona z sąsiedniego łóżka.
Chyba po dziadku! dodała jeszcze ktoś.
Zima się dawno skończyła przytaknęła Kasia spod okna.
Chyba z północy na niedźwiedziach tu przyjechała! śmiała się kolejna.
Nie wasza sprawa odpowiedziała Zofia cicho, ale twardo ścisnęła pięści i spojrzała tak, że nikt więcej się nie odezwał.
Płaszcz zawiesiła na oparciu łóżka i wyszła.
Coś dziwnego z tej Zofii! szepnęła jedna z dziewczyn, kiedy zniknęła im z oczu.
Zofia przeszła przez obóz: odkryła stołówkę, scenę ze starymi ławkami, boisko do piłki nożnej, plac do siatkówki z wystrzępioną siatką. Miejsce do koszykówki zarastała wysoka trawa, tylko jeden z dwóch koszy przetrwał próbę czasu.
Po co ja tu przyjechałam? pomyślała, opierając się o wysoką brzozę. Potem jednak, otrząsnąwszy się, stwierdziła, że 21 dni jakoś wytrzyma. Ma płaszczyk i piłkę, a te dziewczyny… trudno. Poczuła się znów samotna.
Następnego dnia odbyło się uroczyste rozpoczęcie sezonu, z ogniskiem i dyskoteką. W dużych oczach Zofii odbijały się najpierw tańczące iskry ogniaska, potem kolorowe światła. Nie umiała tańczyć, ale lubiła muzykę, więc przysiadła z boku, w krzakach akacji, zasłuchana w nieznane piosenki.
Wieczorami dziewczyny opowiadały sobie straszne historie, fabuły zagranicznych filmów, a część z nich miała już w domach magnetowidy. Zofia leżała z zamkniętymi oczami, udając, że śpi. Czym mogłaby je zaskoczyć? Opowieściami o płaczu nowicjuszek nocami? O chlebowych skórkach pod poduszką przemyconych ze stołówki? Albo o tym, jak każdy dorosły wchodził do domu dziecka i wszyscy zamierali może po mnie?
Gdy brakowało osób do siatkarskiej reprezentacji obozu, druhna zawołała: Zofio, ty przecież trenujesz, spróbuj!
Posłuchała, choć nigdy nie grała w siatkówkę tam trzeba nie łapać, tylko odbijać. Kapitanem była Dorota odważna, zgrabna, z długim warkoczem.
No co ty znów łapiesz? To nie kosz, odbijaj, podawaj! pokrzykiwała Dorota.
A piłka uciekała gdzieś za boisko, za lekka, nieposłuszna jej dłoniom.
Ech, dryblas nieużyteczny… Idź pod siatkę, będziesz blokować!
Po serii nieudanych bloków i kąśliwych słów Doroty, Zofia zeszła z boiska. Chwyciła swoją pomarańczową piłkę, oczyściła kosz z zielska i rzucała do zmierzchu.
Obozowe życie płynęło dalej. Poranne rozruchy, sprzątanie terenu, stołówka, przygotowania do Mam Talent i inne codzienne atrakcje.
Najbardziej Zofia lubiła dni kinowe. Plakaty z tytułami filmów pojawiały się raz na dwa dni, a wieczorem przyjeżdżał operator z pobliskiej wioski. Siadała zawsze na samym końcu sali, nie przeszkadzała innym i patrzyła zaczarowana na ekran: odważni marynarze walczyli z piratami, indiański wojownik Czarny Wilk ratował swoich…
Cały wolny czas spędzała na boisku do kosza, nawet gdy inni spotykali się w różnych kółkach. I tylko biały płaszcz, jak wartownik, czuwał koło niej, lśniąc w ciemności.
Na dyskoteki nadal nie chodziła. Gdy inne szykowały się, malowały, stroiły i szły tańczyć w tłumie ona siadała w krzewach, na starej ławce.
Pewnego wieczoru usłyszała szept za krzakami Dorota i chłopak z pierwszego zastępu. Myśleli, że są sami. Nagle zza budynku pojawiła się trójka miejscowych wysocy, podpici, z papierosami. Zauważyli parę i podeszli. Chłopak uciekł, a Dorota została sama, wystraszona.
No popatrzmy, jaka laska do nas zawitała! Pokaż się, maleńka! zagadywali ją, zagradzając drogę.
Dorota próbowała krzyczeć, ale muzyka zagłuszyła jej głos.
Zofia bez wahania wyskoczyła z cienia. Szybka, zdecydowana, stanęła obok Doroty.
Odpieprzcie się syknęła i zjeżdżajcie!
Chłopaki zatrzymali się zaskoczeni, jakby zobaczyli ducha w białym płaszczu. Ale gdy się przyjrzeli spoważnieli jeszcze bardziej.
Proszę, proszę! Jaka wysoka, modna… drażnił się najwyższy.
Próbował chwycić ją za rękę nie zdążył. Zofia uderzyła pierwsza niezdarnie, ale mocno. Dorota ocknęła się, wczepiła w włosy drugiego i zaczęła krzyczeć. W samym środku tej szamotaniny zrobiła się przerwa między piosenkami i na wrzaski przybiegli chłopcy i wychowawczynie. Dwóch od razu przytrzymali, trzeci próbował zwiać, ale Zofia chwyciła swój koszykarski as z rękawa rzuciła piłką wprost w jego kark. Upadł i zaraz był otoczony.
Piękny rzut, siostro! rzuciła zaparta Dorota. Oddychała ciężko, ale dziękowała z serca.
Proszę… Zofia podniosła piłkę i odeszła.
Wszystko w porządku? dogoniła ją Dorota, pierwszy raz bez złośliwości.
Tak, już dobrze.
Rano, tuż po rozgrzewce, Dorota zawołała:
Siostro, chodź ze mną! Nauczę cię serwować!
Nie umiem, Doroto…
Poradzisz sobie, zobaczysz!
Po kilku próbach piłka przelatywała lekko nad siatką.
Palcami, jak najdelikatniej, o, idealnie, Zosiu!
Od tego czasu dużo się zmieniło. Powoli, ale na dobre.
***
W Dzień Rodziny niespodziewanie spadł śnieg. Od rana grube, ciche płatki otulały trawniki. Kwiaty przy stołówce wyglądały bajkowo, ale dzieci drżały z zimna.
Przez śnieg Zofia nie mogła wyjść potrenować, więc siedziała w pokoju i patrzyła przez okno.
W porze obiadu zaczęli pojawiać się rodzice. Na drucie między wejściem a radiowęzłem bez przerwy brzęczał telefon.
Głośnik na starej sośnie wykrzykiwał:
Iwona Piotrowska, Agnieszka Strzelecka, Patryk Nowak rodzice przyjechali!
Dzieci rzucały się przez bramę prosto w ramiona mamy i taty.
Dziewczyny, ależ mróz! Jak tu można przeżyć bez kurtki… jęknęła Iwona Piotrowska, słysząc swoje nazwisko, może jakoś nie zamarznę w samej bluzie.
Nagle zabrzmiał głos, który w tych murach pojawiał się rzadko:
Weź mój płaszcz, Iwona, jest ciepły, nie zmarzniesz.
Wszystkie spojrzały w stronę Zofii, która podawała płaszcz dziewczynie, która jeszcze niedawno mówiła na niego babciowy.
Dziękuję, Zofio…
Szybko płaszcz trafił na kolejne dziewczyny. Krążył od ramion do ramion, przenikany cudzymi perfumami i zapachem jabłek, cukierków… Każda przywoziła Zofii coś: czekoladę, sok, orzechy. Choć nie chciała przyjmować poczęstunku, do wieczora na jej półce był mały urodzinowy stół.
Jako ostatnia wróciła Dorota założyła płaszcz, zniknęła za drzwiami, ruszając pewnym, sportowym krokiem w stronę blasku lamp. Patrząc za nią, Zofia poczuła, że oddałaby wszystko, by ktoś także na nią czekał.
Położyła się, zakryła głowę kołdrą jak kiedyś, we własnej twierdzy z kocyka.
Obudził ją czyjś dotyk na ramieniu. Przez sen zobaczyła profil kobiety siedzącej przy łóżku. Uznała, że to sen, więc przewróciła się na drugi bok przecież nikt jej nigdy nie głaskał.
Ale kobieta nie znikała.
Mamo? wyszeptała Zofia, nie otwierając oczu.
Tak odpowiedziała kobieta pozwolisz mi być twoją mamą?
A ja twoją siostrą, prawdziwą to już był głos Doroty.
Zofia usiadła. Kobieta, która chciała zostać jej mamą, była piękna miała taki sam ciepły, szczery wzrok jak pani Natalia.
Dorota tyle o tobie opowiadała, że polubiłam cię przed zobaczeniem. Mówi, że jesteś najlepsza na świecie, i że bez ciebie nigdzie nie pojedzie uśmiechnęła się kobieta.
Zgódź się, Zosiu, proszę szepnęła Dorota.
A twój tata się zgodzi?
Już się zgodził. I zna cię! Pamiętasz pana Adamczyka? On widział mnie w twoim płaszczu i zapytał skąd go mam? Mówię: od Zosi, mojej siostry. Ucieszył się i powiedział, że jesteś wspaniała.
Zgadzam się wyszeptała Zofia i rzuciła się w objęcia mamy i siostry.
Taką scenę zobaczyły wracające z kolacji współlokatorki.
***
Pan Jarosław Adamczyk czekał na decyzję Zofii w samochodzie. Gdy zobaczył szczęśliwe dziewczyny i żonę, wszystko zrozumiał i powiedział, że czuje się zaszczycony, że może być ojcem jeszcze jednej córki.
Od tego dnia Zofia się zmieniła: otworzyła długo zamknięte drzwi swojej duszy, z cichej dziewczyny stała się pogodną, rozmowną i prawdziwą gwiazdą obozu.
Dziewczyny polubiły ją jeszcze bardziej po wydarzeniu z chuliganami i jej białym płaszczu. Nigdy nie myślała tylko o sobie: urządziła nocny piknik, rozkładając na łóżku przysmaki od koleżanek i zapraszając wszystkich do wspólnej uczty.
Namówiły ją nawet na udział w konkursie Miss Polana, uczyły tańczyć, czesać się, nosić sukienki.
Po tygodniu radiowęzeł wywołał po imieniu: Rodzice Doroty i Zofii czekają przy bramie. Trzymając się za ręce, pobiegły im naprzeciw.
Wszyscy ci przy bramie i ci wybiegający wiedzieli, że przeżywają właśnie najpiękniejszą chwilę w życiu.



