BEZ SERCA…
Kiedy Zofia Wojciechowska wróciła do domu, była właśnie po wizycie u fryzjerki. Choć skończyła niedawno 68 lat, niezmiennie regularnie pozwalała sobie na tę odrobinę luksusu, odwiedzając swoją ulubioną mistrzynię fryzur. Zofia zadbała o włosy, paznokcie, a te drobne rytuały od razu poprawiły jej humor.
Zośka, jakaś krewna do ciebie była powiedział jej mąż Henryk, kiedy tylko weszła do mieszkania. Powiedziałem jej, że pojawisz się później. Obiecała, że jeszcze wpadnie.
Co ty mówisz? Przecież ja już nie mam żadnej rodziny. Pewnie jakaś daleka ciotka, siódma woda po kisielu… przyjdzie i o coś poprosi mruknęła niezadowolona Zofia. Mogłeś powiedzieć, że wybyłam na koniec świata.
No co ty? Po co kłamać? Wydaje mi się, że naprawdę jest z twojej strony. Wysoka, elegancka, trochę podobna do twojej mamy niech jej będzie wieczna pamięć. Nie wyglądała na kogoś z prośbą. Kulturalna, dobrze ubrana próbował uspokoić ją Henryk.
Po około czterdziestu minutach krewniaczka zadzwoniła do drzwi. Zofia sama ją wpuściła. Faktycznie, miała coś ze zmarłej mamy, ubrana świetnie markowy płaszcz, skórzane kozaki, rękawiczki, w uszach maleńkie diamentowe kolczyki, na tym Zofia znała się bardzo dobrze.
Zaprosiła ją do stołu, gdzie już zdążyła wszystko przygotować.
No dobrze, skoro doszło do spotkania rodzinnego, wypada się przedstawić. Jestem Zofia, bez żadnych oficjalności, widzę, że wiekowo jesteśmy blisko. To mój mąż Henryk. Powiedz mi, po jakiej linii się z nami wiążesz? zagadnęła gospodyni.
Kobieta trochę się zakłopotała, lekko zarumieniła.
Nazywam się Halina Halina Grabowska. Faktycznie, różnica wieku niewielka. Skończyłam pięćdziesiąt lat 12 czerwca. Pani coś ta data mówi?
Zofia poczuła, że blednie.
Widzę, że pani zrozumiała. Tak, jestem pani córką. Proszę się nie denerwować, niczego od pani nie chcę. Chciałam po prostu zobaczyć matkę mówiła poruszona Halina. Całe życie nie rozumiałam, dlaczego mama mnie nie kochała. A jej już nie ma od ośmiu lat. Tata kochał mnie zawsze. Zmarł dopiero dwa miesiące temu. To on w ostatniej chwili opowiedział mi o pani. Prosił, by mu pani wybaczyła jeśli się da.
Nic nie rozumiem? Masz córkę? pytał oszołomiony Henryk.
Okazuje się, że tak. Później ci wszystko wyjaśnię odpowiedziała Zofia.
Więc jesteś moją córką? Świetnie, obejrzałaś mnie? Jeżeli liczysz na wyznania i prośby o przebaczenie, to nie, nie będę prosić. To nie moja wina powiedziała ostro Zofia. Mam nadzieję, że tatuś wszystko ci wyjaśnił? Nie licz, że obudzi się we mnie matczyne uczucia. Ani odrobinę! Wybacz.
Mogę przyjechać kiedyś do pani? Mieszkam w podwarszawskim domu, dużym, dwupiętrowym, może wy i mąż wpadniecie kiedyś? Może pani przyzwyczai się do myśli, że jestem? Przywiozłam zdjęcia wnuka i prawnuczki, może obejrzy pani choć? zapytała cicho Halina.
Nie chcę. Nie przyjeżdżaj. Zapomnij o mnie. Żegnaj odpowiedziała twardo Zofia.
Henryk zamówił Halinie taksówkę i odprowadził ją na przystanek. Gdy wrócił, Zofia już posprzątała, siedziała spokojnie przed telewizorem.
Dobrą prezesową byłabyś! Ty naprawdę nie masz serca? Zawsze podejrzewałem, że jesteś twarda, ale nie wiedziałem, że aż tak! rzucił Henryk.
Poznałeś mnie, gdy miałam 28 lat, prawda? Skochanie, uwierz mi, moje serce zgnietli dużo wcześniej.
Byłam dziewczyną ze wsi, zawsze marzyłam, by wyrwać się do miasta, dlatego miałam najlepsze wyniki w szkole, tylko mi udało się dostać na Studium.
Miałam 17 lat, gdy poznałam Włodka. Byłam w niego wpatrzona. Starszy ode mnie o prawie dwanaście lat, ale nie przeszkadzało mi to. Po biednym dzieciństwie wszystko w mieście wydawało się bajką. Stypendium nie starczało mi na nic. Wiecznie głodna, więc każda wizyta w kawiarni z ukochanym była jak święto.
Nie obiecywał mi niczego, ale nie wątpiłam taka miłość musi skończyć się ślubem.
Gdy pewnego wieczoru zaprosił mnie na działkę, poszłam bez zawahania. Wydawało mi się, że teraz, gdy wszystko się już stało, związałam go mocno ze sobą. Spotkania na działce stały się regularne. Wkrótce okazało się, że zostanę matką jego dziecka.
Powiedziałam o tym Włodkowi. Był szczęśliwy. Ponieważ ciąża z czasem się ujawni, zapytałam wprost, kiedy bierzemy ślub? Właśnie skończyłam osiemnaście lat, można już składać papiery w urzędzie.
Czy ja ci obiecywałem ślub? odpowiedział pytaniem na pytanie.
Nie obiecywałem i nie wezmę. Mam już żonę… mówił spokojnie.
Ale co z dzieckiem? Ze mną?
Młoda jesteś, zdrowa. Z ciebie można wzorzec postawić. Na studiach weźmiesz urlop, póki nie widać ucz się, potem razem z żoną cię zabierzemy do siebie.
Nie możemy własnego dziecka się doczekać, może żona za dużo starsza. Urodzisz, my je zabierzemy. Jak to się załatwi, nie twoja sprawa. W urzędzie mam już stanowisko, żona jest ordynatorem w szpitalu miejskim. O dziecko się nie martw, po porodzie odpoczniesz i wrócisz na studia, jeszcze ci zapłacimy.
Wtedy nikt nie mówił o żadnym “macierzyństwie zastępczym”. Ja, można powiedzieć, byłam pierwszą taką matką w kraju. A co miałam zrobić? Wrócić na wieś, rodzinę pohańbić?
Przed porodem mieszkałam z nimi w willi. Żona Włodka nie wchodziła do mojego pokoju, może jednak coś czuła? Poród odbył się domowo, była położna, wszystko legalnie. Nie karmiłam dziecka piersią, córeczkę szybko zabrali. Nigdy jej już nie widziałam. Po tygodniu podziękowali mi i dyskretnie przekazali pieniądze.
Wróciłam na studia. Potem trafiłam na zakład. Dostałam pokój w akademiku małżeńskim. Pracowałam jako mistrz, potem starsza mistrzyni kontroli.
Znajomych miałam mnóstwo, ale wszyscy otwarci na wesela, nikt nie chciał się żenić. Dopiero ty się pojawiłeś. Miałam już 28 lat, myślałam, żeby nie wychodzić, ale trzeba.
Resztę znasz. Dobrze nam się żyło, trzy samochody zmieniliśmy, dom wypasiony, działkę mamy, jeździliśmy na wczasy co roku. Fabryka nasza wyszła cało z lat dziewięćdziesiątych, bo części do traktorów robiliśmy tylko my, w jednym wydziale reszta niewiadoma. Fabryka do dziś zamknięta, płot z drutem kolczastym i wieżyczki.
Emeryturę mamy wcześniejszą, wszystko jest. Nie mamy dzieci i dobrze. Jak patrzę na te dzieciaki dzisiaj…
Słabo nam się żyło, byłoby lepiej, gdybyś choć trochę miała serca do ludzi. Kochałem cię przez całe życie, próbowałem rozgrzać twoje serce nie udało się. Dobra, dzieci nie było, ale nawet kota albo psa żal ci było. Siostra prosiła, by jej pomóc z bratanicą nawet na tydzień nie przyjęłaś.
Dziś przyjechała do ciebie córka. Twoja krew! A ty… Gdybyśmy byli młodsi, rozwiódłbym się z tobą, ale teraz już za późno. Z tobą jest zimno, bardzo zimno rzucił Henryk.
Zofia poczuła lekki strach, jeszcze nigdy nie rozmawiał tak ostro.
Tej nocy spokój Zofii zaburzyła nagle pojawienie się córki.
Henryk wyprowadził się na działkę. Całe lata już prawie tam mieszka. Tam ma trzy psy, wszystkie przygarnięte. Kotów i kociąt też ileś tam się kręci.
W domu bywa rzadko. Zofia wie, że odwiedza Halinę, jej córkę; zna tam wszystkich, za prawnuczką chodzą mu oczy.
Zawsze był taki zamyślony, niech mu będzie myśli Zofia.
Wcale nie ciągnie jej do poznania córki, wnuka, prawnuczki.
Na urlop jeździ sama nad morze. Odpoczywa, nabiera sił i czuje się doskonale.



