Przedstawiam się Anna Nowak, mieszkam w Toruniu, nad piękną Wisłą. Jestem związana z Piotrem już prawie trzy lata, a od roku mieszkamy razem. Znamy nawzajem swoje rodziny. Wiosną obydwoje zaczęliśmy pracować, co wzbudziło w nas odwagę do snucia ambitnych planów: ślubu, dziecka, wspólnej przyszłości, która wydawała się na wyciągnięcie ręki. Wszystko się jednak rozsypało w pewien ponury dzień na początku czerwca, gdy życie Piotra legło w gruzach. Jego matka zmarła nagle i bezlitośnie. Wracała z pracy, dostała zawału serca na ulicy i zmarła w drodze do szpitala. Szok był ogromny, ból nie do wytrzymania dla całej rodziny.
Nie odstępowałam Piotra na krok. To mężczyzna, którego kocham, z którym postanowiłam związać swoje życie. Byłam przy nim, dzieląc jego bezsenne noce, ocierając łzy z jego twarzy, cierpliwie znosząc to, jak topił swój smutek w alkoholu. Trzymałam jego dłoń, gdy staczał się w otchłań rozpaczy, w ciemność, gdzie nie było światła. Nawet kiedy mnie odpychał, krzyczał, abym nie patrzyła na jego słabość, zostawałam. Nie mogłam go zostawić samego w tym piekle. Był dla mnie wszystkim i byłam gotowa znosić jego ból z nim.
Jednak mijają miesiące, a Piotr pozostaje taki sam — zagubiony i złamany. Zamknął się w czterech ścianach, odciął się od świata. Nie spotyka się z przyjaciółmi, dniami nie zamienia ze mną słowa. Wszystkie moje próby wyjścia, rozerwania się, rozpoczęcia nowego rozdziału spotykają się z obojętnością, patrzy na mnie pustymi oczami i milczy. Całe dnie spędza na wpatrywaniu się w jeden punkt, nic nie robiąc. Nawet wziął niepłatny urlop, ryzykując utratę pracy na zawsze. Nie wiem, jak go wyciągnąć z tej otchłani. Rozumiem, jaka to strata, ale mam wrażenie, że umarł razem z matką. Kiedy mówię, że życie musi toczyć się dalej, że trzeba walczyć dla żywych, odpowiada mi: „Jesteś bezduszna, cyniczna!” Może ma rację, ale nie mogę o tym nie myśleć.
Co jeśli czeka nas więcej prób? Życie nie oszczędza — przed nami nowe trudności, nowe ciosy. Jeśli przy każdym kryzysie będzie się łamał jak sucha gałąź, jak sobie poradzimy? Jeśli zawsze będę musiała dźwigać wszystko sama, po prostu nie dam rady. Nie chcę takiej przyszłości! Potrzebuję mężczyzny obok siebie — silnego, niezawodnego, z którym będziemy dzielić ciężary po połowie, a nie takiego, którego musiałabym ciągnąć jak ciężki bagaż. Jestem zmęczona byciem jego ostoją, jego kołem ratunkowym, podczas gdy on tonie w swoim morzu łez i nawet nie próbuje wypłynąć.
Boję się przyznać to nawet najbliższym. Co jeśli uznają mnie za zimną, bezduszną? Wyobrażam sobie, jak przyjaciółki patrzą z wyrzutem: „Jego matka umarła, a ty myślisz tylko o sobie!” Ale ja też jestem człowiekiem — też cierpię, też płaczę w nocy, patrząc na niego, na tego obcego, zagubionego człowieka, w którym stał się mój Piotr. Gdzie ten chłopak, który się ze mną śmiał, planował przyszłość, marzył o rodzinie? Nie wiem, czy kiedykolwiek wróci. Boję się — boję się utracić naszą miłość, boję się zostać z nim takim, boję się odejść tylko po to, by później żałować.
Nie chcę go zostawić w potrzebie, ale nie mogę być już jego opiekunką. Każdego dnia widzę, jak gaśnie, i czuję, jak sama tracę siły. Praca, dom, jego milczenie — wszystko przytłacza mnie jak betonowa płyta. Marzyłam o rodzinie, o szczęściu, a dostałam to: niekończącą się tęsknotę i samotność we dwoje. Jak ocalić naszą miłość? Jak wyrwać go z tego bagna? A może czas ratować siebie? Nie wiem, co robić. Serce pęka między współczuciem do niego a pragnieniem życia własnym życiem. Proszę, doradźcie mi — jak przywrócić go do życia lub znaleźć w sobie siłę, by odejść, jeśli on już nie jest tym, kogo kochałam? Stoję na krawędzi przepaści i potrzebuję światła, by się wydostać.”



