Wygodne babcie
Helena Nowak obudziła się od śmiechu. Nie od cichego chichotu, nie od stłumionego podśmiewania się, tylko od głośnego, rubasznego rechotu, którego zawsze nie znosiła tym bardziej tu, na oddziale szpitala. Śmiała się współlokatorka, trzymając telefon przy uchu i gestykulując drugą ręką, jakby rozmówca mógł ją widzieć.
Basia, no weź! Naprawdę tak powiedział? Przy wszystkich?
Helena spojrzała na zegarek. Za piętnaście siódma. Do pobudki jeszcze kwadrans. Kwadrans, który można by spędzić w ciszy, zbierając siły przed operacją.
Wczoraj wieczorem, gdy ją przywieziono do sali, druga pacjentka już leżała na łóżku i w coś stukała w telefonie. Przywitały się krótko. Dobry wieczór Dzień dobry, i tyle. Helena była wdzięczna za spokój. A teraz cyrk.
Przepraszam, powiedziała Helena spokojnie, ale wyraźnie. Czy można trochę ciszej?
Współlokatorka odwróciła się. Okrągła twarz, krótko ścięte, siwiejące włosy, których nie zamierzała farbować, jaskrawa piżama w czerwone groszki. I to w szpitalu!
Oj, Basia, oddzwonię, bo tu mnie zaczęli wychowywać, schowała telefon, odwracając się z uśmiechem. Przepraszam! Jestem Krystyna Piotrowska. Wyspała się pani? Ja przed zabiegami w ogóle nie śpię, to dzwonię po wszystkich.
Helena Nowak. Jak pani nie śpi, to nie znaczy, że inni też chcą.
Ale już przecież pani nie śpi uśmiechnęła się Krystyna porozumiewawczo. Dobra, postaram się szeptać.
Nie szeptała. Przed śniadaniem jeszcze dwa razy zdążyła z kimś rozmawiać, jeszcze głośniej. Helena demonstracyjnie odwróciła się do ściany i naciągnęła koc na głowę, ale i to na nic.
Dzwoniła moja córka, wyjaśniła Krystyna przy śniadaniu, którego i tak nie jadły przed zabiegiem. Martwi się, dusza. Uspokajam ją, jak mogę.
Helena milczała. Syn nie zadzwonił, ale nie czekała. Uprzedził, że od rana ma zebranie. Sama go tak wychowała praca to obowiązek, sprawy ważne.
Krystynę zabrali na salę operacyjną pierwszą. Machnęła na pożegnanie ręką i jeszcze coś wołała do pielęgniarki, która się śmiała. Helena pomyślała tylko, że może po operacji ją przeniosą do innej sali.
Helena pojechała na blok godzinę później. Narkozę zawsze znosiła ciężko. Ocknęła się z nudnościami i tępym bólem z prawej strony. Pielęgniarka powiedziała, że wszystko dobrze, trzeba tylko przetrzymać. Helena potrafiła wytrzymać. Zawsze.
Wieczorem, gdy przewieźli ją z powrotem, Krystyna już leżała na swoim łóżku, blada, z zamkniętymi oczami, z kroplówką w ręce. Cicho. Pierwszy raz cicho.
Jak się pani czuje? zapytała Helena, choć nie zamierzała zaczynać rozmowy.
Krystyna otworzyła oczy i lekko się uśmiechnęła.
Żyję. A pani?
Ja też.
Zaległa cisza. Za oknem zaczęło się zmierzchać. Cicho dźwięczały kroplówki.
Przepraszam za ten poranek, powiedziała nagle Krystyna. Jak się denerwuję, to zaczynam gadać. Wiem, że ludzi to złości, ale nie umiem się powstrzymać.
Helena chciała odciąć się jakimś ciętym tekstem, ale zbrakło jej sił. Tylko mruknęła:
Nic się nie stało.
W nocy obie nie spały. Ból nie puszczał. Krystyna już nie dzwoniła, leżała cicho, ale Helena słyszała jej poruszanie się, westchnienia. Wydawało się jej nawet, że raz płakała cicho, w poduszkę.
Rano przyszła lekarka. Obejrzała szwy, zmierzyła temperaturę, pochwaliła obie: Dzielne panie, bardzo dobrze. Krystyna natychmiast chwyciła telefon.
Basia, cześć! Słuchaj, żyję, wszystko okej, nie martw się. Co u moich? Kacperek naprawdę miał temperaturę? A ty mu co? Już przeszło? No widzisz! Mówiłam, że nic poważnego.
Helena nie mogła się nie przysłuchiwać. Moi czyli wnuki, dzieci córki. Ta zdaje raport.
Jej własny telefon milczał. Sprawdziła dwie wiadomości od syna: Mamo, co u ciebie? i Napisz, jak dasz radę. Wysłane wczoraj wieczorem, kiedy była jeszcze półprzytomna.
Odpisała: Wszystko dobrze. Dodała buźkę syn lubił emotikony, twierdził, że bez nich wiadomości są sztywne.
Odpisał po trzech godzinach: Super! Całuję.
Nikogo pani nie spodziewa się dzisiaj? zapytała Krystyna tego dnia po południu.
Syn pracuje. Mieszka daleko. I po co, jestem dorosła.
To prawda, zgodziła się Krystyna. Moja córka mówi tak samo: mamo, przecież dasz sobie radę. Po co przyjeżdżać, skoro wszystko w porządku?
Coś w jej głosie sprawiło, że Helena spojrzała na nią uważniej. Krystyna uśmiechała się, ale w oczach nie było cienia radości.
Ile ma pani wnuków?
Troje. Kacperek to najstarszy, osiem lat. Potem Marysia i Leon mają trzy i cztery. Krystyna wyjęła z szafki telefon. Chce pani zobaczyć zdjęcia?
Oglądały je dwadzieścia minut. Dzieci na działce, dzieci nad morzem, dzieci z tortem. Na wszystkich zdjęciach Krystyna bawiła się z wnukami przytulała, rozśmieszała, wydurniała się. Nigdzie nie było córki.
Córka robi zdjęcia, wyjaśniła Krystyna. Nie lubi być na zdjęciach.
Wnuki często u pani bywają?
Właściwie to ja mieszkam u nich. Córka pracuje, zięć też, więc to ja: odbiorę z przedszkola, odrobię lekcje, ugotuję obiad.
Helena przytaknęła. U niej było podobnie. Gdy wnuk był malutki, codziennie pomagała. Potem rzadziej wnuk wyrósł, szkoła, własni znajomi. Teraz jeździ raz w miesiącu, czasem rzadziej.
A u pani?
Jeden wnuk. Ma dziewięć lat. Uczy się dobrze, chodzi na szachy.
Często się pani widuje?
Czasem w niedzielę. Oni są bardzo zajęci. Rozumiem.
No tak, Krystyna odwróciła wzrok za okno. Zawsze są czymś zajęci.
Znowu milczały. Za oknem padał deszcz.
Wieczorem Krystyna powiedziała:
Nie chcę wracać do domu.
Helena spojrzała na nią zaskoczona. Krystyna siedziała skulona na łóżku, patrząc w podłogę.
Tak sobie myślę Po co? Wrócę, a tam Kacperek nie zrobi lekcji, Marysia znowu zasmarkana, Leon spodnie podarte. Córka w pracy po nocach, zięć ciągle gdzieś wyjeżdża. A ja pierz, gotuj, sprzątaj, pomagaj. Nawet dziękuję czasem nie powiedzą. Bo przecież babcia, ona musi.
Helena nie komentowała. Miała w gardle kluchę.
Przepraszam, Krystyna wytarła oczy. Rozkleiłam się.
Nie przepraszaj, powiedziała cicho Helena. Ja pięć lat temu przeszłam na emeryturę. Myślałam, że wreszcie zajmę się sobą. Chciałam chodzić do teatru, na koncerty. Nawet się zapisałam na kurs francuskiego. Wytrzymałam dwa tygodnie.
A potem?
Synowa poszła na urlop macierzyński. Poprosiła o pomoc. Babcia nie pracuje, przecież jej nie trudno. Nie umiałam odmówić.
I jak było?
Trzy lata codziennie. Potem do przedszkola już co drugi dzień. Potem szkoła, raz w tygodniu. Teraz urwała. Teraz już nie bardzo jestem potrzebna. Mają nianię. Siedzę w domu i czekam, aż zadzwonią. Jeśli sobie przypomną.
Krystyna pokiwała głową.
Moja córka miała do mnie przyjechać w listopadzie. Tak po prostu, z wizytą. Umyłam cały dom, upiekłam ciasta. Zadzwoniła: Mamo, przepraszam, Kacperek ma trening, nie damy rady.
I nie przyjechali?
Nie. Sąsiadce oddałam ciasto.
Siedziały w milczeniu. Za oknem deszcz stukał o szybę.
Wie pani, co jest najgorsze? szepnęła Krystyna. Nie to, że nie przyjeżdżają. Że i tak czekam. Siedzę z telefonem i myślę: może zadzwonią, powiedzą, że tęsknią. Tak po prostu. Nie po coś.
Helena poczuła, że zaczyna ją szczypać w nosie.
Ja też czekam. Gdy dzwoni telefon, mam nadzieję, że syn po prostu chce pogadać. Ale zawsze chodzi o coś.
A my pomagamy, uśmiechnęła się gorzko Krystyna. Bo przecież jesteśmy matkami.
Tak.
Następnego dnia zaczęły się bolesne zmiany opatrunków. Po zabiegu leżały w milczeniu, dopóki Krystyna nie powiedziała:
Zawsze myślałam, że mam szczęśliwą rodzinę. Córka ukochana, zięć w porządku, wnuki kochane. Że jestem ważna. Niezastąpiona.
No i?
A teraz widzę, że zupełnie sobie beze mnie radzą. Cztery dni i żadnego jęczenia, że ciężko. Przeciwnie, nawet radość w głosie. Czyli mogą. Tylko po prostu wygodniej, gdy jest babcia-za-darmo-niania.
Helena podniosła się na łokciu.
Wie pani, co ja zrozumiałam? Że sama tak wychowałam syna. Że mama zawsze pomoże, poświęci się, zawsze czeka. Moje sprawy nieważne, jego najważniejsze.
Ja tak samo. Córka dzwoni rzucam wszystko.
Nauczyłyśmy ich, że nie jesteśmy ludźmi, powiedziała cicho Helena. Nie mamy własnego życia.
Krystyna przytaknęła i westchnęła.
I co teraz?
Nie wiem.
Piątego dnia Helena wstała z łóżka bez pomocy pielęgniarki. Szóstego przeszła korytarzem w obie strony. Krystyna szła dzień za nią, ale obie zaczęły chodzić razem po korytarzu.
Gdy zmarł mąż, myślałam, że moje życie się skończyło, opowiadała Krystyna. Córka powiedziała: mamo, teraz masz nowy sens wnuki. Poświęciłam się. Ale to był sens jednostronny. Ja żyłam dla nich, oni o mnie pamiętali tylko, kiedy trzeba było coś załatwić.
Helena powiedziała o swoim rozwodzie. Trzydzieści lat temu, syn miał pięć. Sama go wychowywała, uczyła się wieczorami, dwie prace.
Myślałam, że jak będę idealną matką, będę miała idealnego syna. Że jeśli dam mu wszystko, odwdzięczy się.
A on wyrósł i ma własne życie, dopowiedziała Krystyna.
Tak. I chyba tak powinno być. Ale nie sądziłam, że będę tak samotna.
Ja też nie.
Siódmego dnia przyszedł syn. Bez zapowiedzi, nagle. Helena siedziała na łóżku, czytała książkę. W drzwiach stanął wysoki mężczyzna w eleganckim płaszczu, z siatką owoców.
Mamo, cześć! uśmiechnął się, pocałował w czoło. Jak się czujesz? Lepiej?
Lepiej.
Super! Lekarz mówi, że jeszcze trzy dni i wyjdziecie. Może przyjedziesz do nas? Ania mówi, że pokój gościnny stoi pusty.
Dziękuję, wolę być u siebie.
Jak wolisz. Ale jakby co, dzwoń, przyjedziemy.
Był około dwudziestu minut. Opowiadał o pracy, wnuku, nowym samochodzie. Spytał, czy nie potrzeba jej pieniędzy. Obiecał, że wpadnie za tydzień. Po czym wyszedł, z ulgą.
Krystyna leżała tyłem i udawała, że śpi. Gdy drzwi się zamknęły, otworzyła oczy.
Syn?
Tak.
Przystojny.
Tak.
Ale zimny jak lód.
Helena nie odpowiedziała. Łzy ścisnęły jej gardło.
Myślę, powiedziała Krystyna cicho, że może trzeba przestać czekać na ich miłość. Po prostu odpuścić? Zrozumieć, że mają swoje życie. A my znaleźć własne.
Łatwo powiedzieć.
Trudno zrobić. Ale co nam zostaje? Albo będziemy tak siedzieć i czekać, aż sobie o nas przypomną, albo zaczniemy żyć dla siebie.
Co powiedziałaś córce? zapytała nagle Helena, przechodząc niespodziewanie na ty.
Że po operacji dwa tygodnie odpoczywam. Lekarka zabroniła dźwigać, nie mogę siedzieć z wnukami.
Obraziła się?
Oj, bardzo. Krystyna uśmiechnęła się. Ale wiesz co? Poczułam ulgę. Jakby ktoś zrzucił ze mnie ciężar.
Helena zamknęła oczy.
Boję się. Jeśli odmówię, przestaną dzwonić w ogóle.
A dzwonią często teraz?
Cisza.
No widzisz. Gorzej nie będzie. Może lepiej.
Ósmego dnia obie wypisano jednocześnie. Spakowały się w milczeniu, jakby żegnały się na zawsze.
Wymienimy się numerami? zaproponowała Krystyna.
Helena przytaknęła. Wpisały swoje telefony. Stały chwilę, patrząc na siebie.
Dziękuję, powiedziała Helena. Że byłaś obok.
Ja też dziękuję. Wiesz Od lat z nikim nie rozmawiałam tak szczerze.
Ja również.
Przytuliły się ostrożnie, żeby nie zahaczyć o szwy. Pielęgniarka przyniosła papiery do wypisu i zamówiła taksówkę. Helena pojechała pierwsza.
W domu było cicho i pusto. Rozpakowała torbę, wzięła prysznic, położyła się na kanapie. Sięgnęła po telefon. Trzy wiadomości od syna: Mamo, już cię wypisali?, Daj znać, że jesteś w domu, Nie zapomnij o lekach.
Odpisała: Jestem, wszystko dobrze. Odłożyła telefon.
Wstała i podeszła do szafy. Wyjęła teczkę, której nie otwierała od pięciu lat. W środku była broszura z kursów francuskiego i wydrukowany repertuar filharmonii. Przez chwilę patrzyła na broszurę.
Telefon zadzwonił. Krystyna.
Cześć. Przepraszam, że tak szybko. Ale po prostu chciałam zadzwonić.
Bardzo się cieszę. Naprawdę.
Słuchaj spotkajmy się? Jak tylko wydobrzejemy. Za dwa tygodnie. W kawiarni albo na spacerze. Jak wolisz.
Helena spojrzała na broszurę w ręku. Potem na telefon. Znowu na broszurę.
Chcę. Bardzo chcę. I wiesz co? A może już w sobotę? Mam dosyć siedzenia w domu.
W sobotę? Serio? Przecież lekarze
Lekarze swoje, a ja przez trzydzieści lat dbałam o innych. Czas zadbać o siebie.
No to umówione. W sobotę.
Pożegnały się. Helena odłożyła telefon i jeszcze raz spojrzała na broszurę. Kurs zaczynał się za miesiąc. Nadal były wolne miejsca.
Włączyła laptopa i zaczęła wypełniać formularz zgłoszeniowy. Ręce jej się trzęsły, ale wpisała wszystko. Do końca.
Za oknem dalej padał deszcz, ale przez chmury przebijało się słońce blade, jesienne, ale jednak.
I Helena pomyślała, że może wszystko dopiero się zaczyna. I wysłała zgłoszenie.



