Babcia zawsze faworyzowała jednego wnuka
A ja, babciu? pytała cicho.
Ty, Jagódko, i tak już jesteś zaradna. Patrz, jakie pulchne masz policzki.
Orzechy są dla rozumu, Bartkowi trzeba się uczyć, mężczyzna, podpora rodziny.
A ty idź, połóż kurz na półce. Dziewczyna powinna się przyzwyczajać do pracy.
Jaga, ty poważnie? Przecież ona umiera. Lekarze powiedzieli może dwa dni, może parę godzin…
Bartek stał w progu kuchni, gniotąc w dłoni klucze od samochodu. Wyglądał jakby przybył z innego wymiaru.
Jestem całkiem poważna, Bartek. Napoju chcesz? Jagoda nawet się nie odwróciła, kroiła powoli jabłko dla córki. Siadaj, zaparzę świeżą herbatę.
Jaką, do diabła, herbatę, Jaga? Brat wszedł głębiej do pokoju. Ona tam leży, rurki ma wszędzie, charczy…
Rano cię wołała. Jagódka, mówi, gdzie ta Jagódka? Serce mi się zatrzymało. Nie przyjdziesz do niej?
To przecież babcia! Ostatnia szansa, rozumiesz?
Jagoda ułożyła plastry jabłka na talerzyku i dopiero wtedy spojrzała na brata.
Dla ciebie babcia. Dla niej ty jesteś Bartuś, jej oczko w głowie, jedyny dziedzic, nadzieja rodu.
A ja… ja chyba nigdy dla niej nie istniałam.
Naprawdę myślisz, że potrzebuję tego pożegnania?
O czym mam z nią rozmawiać, Bartku? Co mam jej wybaczyć? Albo ona mnie?
Przestań z tymi urazami z dzieciństwa! Bartek rzucił ostentacyjnie klucze na stół. Ja wiem, ona cię tak nie kochała jak mnie, no i co z tego?
Jest stara, swoje fiksacje ma. Ale przecież umiera! Nie można być taką… nieczułą.
Nie jestem nieczuła, Bartku. Po prostu nic już nie czuję do niej. Idź sam. Posiedź przy niej, trzymaj za rękę dla niej twoja obecność znaczy sto razy więcej niż moja.
Przecież jesteś jej złotko, jej słońce. Świeć jej do końca!
Bartek spojrzał na siostrę, westchnął i wyszedł, cicho trzaskając drzwiami.
Jagoda odetchnęła, wzięła talerz z jabłkami i ruszyła do pokoju córki.
***
W ich rodzinie wszystko zawsze było podzielone. Rodzice kochali i Jagodę, i Bartka. Zawsze w domu było głośno, wesoło, pachniało drożdżówkami i jakimiś niekończącymi się wycieczkami.
Ale Janina Stanisławowna, babcia, miała inną miarę do ludzi.
Bartuś, chodź tu, mój skarbie szeleściła babcia, gdy przyjeżdżali do niej na weekendy. Popatrz, co ci schowałam.
Orzechy włoskie, sama łupałam! I ptasie mleczko z Wedla świeżutkie!
Jagódka, mając siedem lat, stała obok i patrzyła, jak babcia wyciąga ze starego kredensu cudowną paczuszkę.
A dla mnie, babciu? pytała cicho.
Janina Stanisławowna rzucała na wnuczkę ostrym, szybkim spojrzeniem.
Ty, Jagódko, jesteś już duża i zaradna. Patrz, jakie masz policzki!
Orzechy są dla rozumu Bartkowi trzeba się uczyć, on opoka.
A ty idź, poukładaj książki na półkach. Dziewczyna powinna się do pracy przyzwyczajać.
Bartek, czerwony z zażenowania, łapał paczkę i bokiem wychodził do przedpokoju. Jagódka szła wycierać kurz.
Nie czuła żalu. Naprawdę jakoś mała Jagoda przyjmowała to jak pogodę.
Cóż, deszcz pada a babcia kocha Bartka. Bywa.
W korytarzu zazwyczaj czekał na nią brat.
Masz pchał jej w rękę połowę słodyczy i garść orzechów. Tylko nie jedz przy babci, bo znowu zacznie narzekać.
Toboś potrzebniejszy uśmiechała się. Dla rozumu.
Daj spokój, co za rozum krzywił się Bartek. Ona jest stuknięta. Żuj szybciej.
Siedzieli na schodach na strych i jedli zakazane. Bartek dzielił się zawsze. Bez względu na wszystko.
Nawet gdy babcia wciskała mu potajemnie pieniądze na lody, leciał z nimi do Jagody:
Masz, starczy na dwa Śnieżki i jeszcze na gumę z naklejką! Idziemy?
Brat był jej oparciem, jego miłość osładzała chłód babci do tego stopnia, że Jagoda nie zauważała braków.
Czas płynął. Babcia Janina starzała się. Gdy Bartek skończył osiemnaście lat, babcia z dumą ogłosiła na rodzinnym zebraniu, że przepisuje na niego swoją dwupokojową kamienicę w centrum Krakowa.
Opoka rodziny musi mieć własny kąt i już. Żeby żonę do domu sprowadził, a nie tułał się po kątach.
Mama tylko westchnęła. Wiedziała, jaki upór ma jej matka, nie stawiała oporu, tylko wieczorem usiadła z Jagodą w pokoju.
Córuś, nie myśl sobie… Z tatą wszystko widzimy. Odkładaliśmy na samochód i powiększenie mieszkania, ale damy ci te pieniądze.
To będzie twój wkład na własne. Żeby było sprawiedliwie.
Mamo, nie przesadzaj Jagoda przytuliła ją. Bartkowi bardziej potrzeba mieszkania, ożenić się chce z Izą. Ja mogę jeszcze na stancji pomieszkać.
Nie, Jagódko, tak nie może być. Babcia ma swoje upodobania, ale my rodzice. Nie wolno jednego nagradzać, drugiego zostawić bez niczego. Bierz i nie dyskutuj.
Jagoda nie przyjęła.
Bartek od razu po ślubie przeprowadził się do kamienicy babci, a w rodzinnym trzypokojowym mieszkaniu zrobiło się przestronniej.
Jagoda zajęła były pokój brata, ustawiła książki, sztalugę, po raz pierwszy poczuła, jak to jest, kiedy nikt nie dzieli miłości na prawidłową i nieprawidłową.
Relacje z bratem przez sprawy dziedziczne nie pogorszyły się ani troszkę. Nawet przeciwnie. Bartek czuł niejasne poczucie winy.
Jaga, wpadaj do nas mówił, zaglądając w odwiedziny. Iza upiekła ciasto. A babcia… no, wiesz. Dzwoniła wczoraj, pytała, czy nie wydałem tych pieniędzy na twoje zachcianki.
I co powiedziałeś?
Że wszystkie wydałem na automaty i whisky single malt Bartek zaśmiał się. Trzy minuty sapała, potem wycharczała: To przez Jagodę taki jesteś!
Oczywiście uśmiechnęła się Jagoda. Kto by inny.
***
Gdy Jagoda wyszła za Maćka i urodziło się dziecko, kwestia mieszkania stanęła ostro. Mama znowu pokazała mistrzostwo dyplomacji.
Słuchajcie, dzieci powiedziała. My mamy duże trzy pokoje. Bartek ma swoje od babci. Wy z Maćkiem wynajmujecie.
Zróbmy tak: zamieniamy nasze na dwa mniejsze. Jednosobowe dla nas z tatą, dwupokojowe dla was z Maćkiem.
Mamo wtrącił Bartek. Zrzekam się swojej części w naszym wspólnym. Mam od babci swoje mieszkanie, wystarczy mi z nawiązką.
Niech Jaga weźmie całość, rozbudują się. Mają córkę, bardziej potrzebują.
Bartek, nie przesadzaj zdziwił się Maciek, mąż Jagody. To kupa pieniędzy. Jesteś pewien?
Pewien. Z Jagą całe życie wszystko dzieliliśmy na pół. Przez babcię i tak nie dostała wystarczająco. Tyle. Nawet nie dyskutujcie. Tak postanowiłem.
Jagoda rozpłakała się. Nie od radości, lecz dlatego, że ma najlepszego brata na świecie.
Wymienili mieszkanie rodziców, każdy otrzymał swoje.
Mama przyjeżdżała często do wnuczki, Bartek z żoną i synami zaglądali w każdy weekend.
A Janina Stanisławowna mieszkała sama. Bartek woził jej zakupy, naprawiał krany, cierpliwie słuchał narzekań na zdrowie i niewdzięczną Jagodę.
Zadzwoniła kiedyś? żaliła się babcia, zaciśnięte usta. Spytała, jak się czuję?
Babciu, sama jej nie chciałaś znać mówił łagodnie Bartek. Nigdy za dwadzieścia lat nie powiedziałaś jej miłego słowa. Skąd miałaby dzwonić?
Wychować chciałam! wykrzykiwała staruszka. Kobieta musi znać swoje miejsce! A ona mieszkanie mi odebrała, matkę z domu przegoniła!
Bartek tylko wzdychał. Nie było sensu tłumaczyć.
***
Jagoda siedziała w kuchni, a pamięć podsuwala jej obrazy babcia odpycha jej rękę od słoika z dżemem. Babcia chwali koślawy rysunek Bartka, a przechodzi obojętnie obok dyplomu Jagody za olimpiadę.
Babcia na weselu Bartka króluje; na ślub Jagody nie przyszła, mówiąc, że chora.
Mamo, czemu nie jedziemy do babci Janiny? córka zajrzała do kuchni. Bartek mówił, że bardzo chora.
Bo babcia Janina chce widzieć tylko wujka Bartka, kotku Jagoda pogłaskała ją po głowie. Tak jej spokojniej.
Ona jest zła? zapytała córka podejrzliwie.
Nie zamyśliła się Jagoda. Ona po prostu nie potrafiła kochać wszystkich naraz. Miała w sercu miejsce tylko dla jednej osoby. Tak bywa.
Wieczorem ponownie zadzwonił Bartek.
Jagoda wszystko. Godzinę temu.
Współczuję, Bartek. Musi ci być ciężko.
Do końca czekała na ciebie skłamał brat. Jagoda wiedziała ze współczucia, z chęci pogodzić ich przynajmniej na końcu. Powiedziała: Niech Jagodzie się dobrze wiedzie.
Dzięki, Bartek… Przyjedź jutro do nas. Posiedzimy, upiekę ciasto.
Będę, Jaga. Nie żałujesz, że nie poszłaś?
Jagoda nie kłamała.
Nie, Bartek. Nie żałuję. Po co ta hipokryzja. Ani ja jej nie chciałam widzieć, ani ona mnie
Brat milczał chwilę.
Może masz rację westchnął. Zawsze byłaś najrozsądniejsza w rodzinie. No, do jutra.
Pogrzeb był cichy. Jagoda przyszła dla mamy i brata. Stała nieco z boku, w czarnym płaszczu, patrząc na ołowiane krakowskie niebo, które zawsze wisi nad cmentarzem. Gdy trumna zsuwała się w głębię, nie płakała.
Brat przyszedł, objął za ramiona.
Dajesz sobie radę?
Dobrze, Bartku. Naprawdę.
Wiesz zawahał się. Przeglądałem rzeczy w jej mieszkaniu Znalazłem szkatułkę. Stare zdjęcia.
Twoje też tam są. Mnóstwo. Wszystkie powycinane z rodzinnych fotografii. Trzymała je osobno.
Jagoda uniosła brwi.
Po co?
Może coś jednak czuła, tylko nie umiała okazać? Bała się, że jak przyzna się do ciebie, to mnie będzie mniej? Starzy ludzie są dziwni.
Możliwe wzruszyła ramionami Jagoda. Ale to już nie ma znaczenia.
Szli do bramy cmentarza pod jednym parasolem wysoki, solidny Bartek i drobna Jagoda.
Słuchaj powiedział Bartek przy samochodach. Sprzedam to mieszkanie od babci.
Za swoje kupię trzypokojowe, dzieciom odłożę na mniejsze na przyszłość, a resztę… Może fundację założymy? Albo oddamy na szpital dziecięcy? Niech te babcine pieniądze komuś jeszcze sprawią radość…
Jagoda spojrzała na brata i uśmiechnęła się ciepło pierwszy raz od wielu dni.
Wyobraź sobie To byłaby cudowna zemsta na Janinie Stanisławównie. Najłagodniejsza zemsta na świecie.
Zatem umówione?
Umówione.
Odjechali w swoje strony. Jagoda sunęła przez zabłąkany Kraków, słuchała muzyki, czuła, jak w niej zapada cisza.
Może brat ma rację. Niech część pieniędzy przeznaczą na leczenie jakiegoś dziecka. Tak jest sprawiedliwie.



