Awaria systemu
Weronika, jesteś w domu?
Darek, przecież wiesz, że w niedzielę rano zawsze jestem w domu.
To otwórz, proszę, drzwi.
Podeszła do wizjera i patrzyła przez chwilę. W korytarzu stał jej brat, kurtka rozwiana, przy nogach dwie spore torby, a mina jakby właśnie przegrał coś ważnego. Za jego plecami majaczyły dwa małe cienie jeden wyższy, drugi niższy. Weronika zacisnęła powieki, potem otworzyła i upewniła się, że sylwetki nie zniknęły.
Przekręciła klucz w zamku.
Dzień dobry powiedział Darek, uśmiechając się tym dziecięcym, szelmowskim uśmiechem, który Weronika rozpoznawała od zawsze. Uśmiech człowieka, który zaraz poprosi o przysługę.
Nie powiedziała od razu.
Jeszcze nic nie mówiłem.
Właśnie tak się uśmiechasz. Więc nie.
Szymon przemyknął obok taty i spojrzał na ciotkę z dołu. Sześć lat, rozczochrany, sznurowadło majtające się po świeżym parkiecie. Obok stała czteroletnia Pola, z pluszowym zającem pod pachą (uszko już dawno odpadło) i patrzyła na Weronikę z absolutnym brakiem lęku tym charakterystycznym dla małych dzieci, które nie znają jeszcze strachu wobec świata.
Weronika zerknęła na parkiet jasny dąb, lakier Nordic od Estima, świeżo położony przez fachowca, do którego czekała półtora miesiąca. Sznurowadło Szymka już umorusane w jakimś brązowym czymś, nawet nie chciała wiedzieć, czym dokładnie.
Wejdźcie rzuciła. Ale buty zdejmijcie od razu.
Mieszkanie na ósmym piętrze nowego bloku Północna Korona było jej prawdziwą dumą. Nie stanowisko kierownika sprzedaży w Wnętrzarskich Inspiracjach, nie konto na koncie w banku, nie samochód. To własne mieszkanie. Stumetrowy metraż, trzy metry do sufitu, okna od podłogi do sufitu z widokiem na warszawski park. Urządzała je przez dwa lata, wybierała lampy, dobierała zasłony o idealnie pudrowym odcieniu niebieskiego, który wieczorem wpadał w szarość. Sofa z katalogu Estima szeroka, szara, z wysokim oparciem. Stolik kawowy z litego drewna, drobne pęknięcie sprzedawca nazwał charakterem, najpierw chciała zwracać, potem przywykła i polubiła. Żadnych bibelotów, żadnych gratów na parapetach. Kosmetyki z Bielendy ustawione w równym rządku w łazience, ręczniki w jednym kolorze, drewniane wieszaki w garderobie.
Wszystko według planu. Każdy szczegół miał swoje miejsce. Cisza ta warszawska, na ósmym piętrze, gdzie słychać tylko szum sprzętów z kuchni i czasem deszcz za szybą.
Darek odstawił bagaże w przedpokoju. Dzieci zdjęły buty. Szymon natychmiast dotknął ściany dłonią.
Szymon Weronika spojrzała ostrzegawczo.
No co?
Ręce.
Chłopak popatrzył na swoją dłoń, na ścianę, potem znów na ciotkę.
A co z nimi?
Weronika zaczerpnęła powietrza powoli, trzy sekundy wdechu i wydechu. Uczyli ją tego na szkoleniu antystresowym.
Darek, mów szybko rzuciła.
Brat przeszedł do kuchni, usiadł na wysokim stołku przy wyspie i założył ręce na blat. Gest poddania się.
Jedziemy z Kasią do spa. Na osiem dni. Musimy porozmawiać… Wiesz? Po prostu musimy, a z dzieciakami się nie da.
Nie macie innych opcji?
Mama w sanatorium do przyszłego piątku, pamiętasz. Rodzice Kasi na wsi, a tam teraz kwarantanna, dzieci nie można zabrać. Weronika, proszę cię o jedno: osiem dni.
Osiem dni.
No, może dziewięć. Najpóźniej w przyszłą niedzielę wrócimy.
Z salonu dobiegł dźwięk upadającego przedmiotu.
Pola, nie ruszaj nic! Darek krzyknął w stronę pokoju, nawet się nie obracając głosem ojca powtarzającego to sto razy dziennie.
Weronika mówiła cicho wiedziała, że taki ton działa lepiej, tego też nauczyła się na szkoleniu.
Pracuję z domu. W środę mam ważną prezentację online dla klientów z trzech miast. Nie znam się na dzieciach. Nie wiem, co jedzą, o czym z nimi rozmawiać, jak usypiać.
Jedzą wszystko oprócz cebuli. No, Szymek nie lubi pomidorów. Rozmawiać możesz o wszystkim, są grzeczni. Pola zasypia z tym zającem, Szymkowi trzeba poczytać przed snem ma książeczkę w torbie.
Darek…
Weronika… Brat spojrzał jej prosto w oczy i w tym spojrzeniu było coś… nie współczucie. Coś głębszego. Zmęczenie, z którym nie da się dyskutować. Jeśli nie pojedziemy teraz, nie wiem, co będzie dalej z naszą rodziną. Naprawdę nie wiem.
Milczała. Za oknem sunęła powoli chmura nad parkiem. Spokojna, biała.
Osiem dni powiedziała w końcu.
Dziękuję.
Nie dziękuj z góry. Nie obiecuję, że nie zadzwonię za trzy godziny.
Będę pod telefonem. Kasia też.
Darek wyszedł szybciej, niżby chciała. Ucałował dzieci w głowy, rzucił coś o cioci Weronice, co jest najlepsza, zostawił na blacie listę instrukcji swoim wielgachnym pismem i już go nie było.
Weronika została w przedpokoju.
Szymek i Pola patrzyli na nią.
Zerknęła na nich.
No.
No… mruknął Szymek.
Głodniście?
Ja chcę sok oznajmiła Pola.
Jaki?
Pomarańczowy.
Z pomarańczy?
Nieee, taki pomarańczowy! Ten naprawdę pomarańczowy!
Weronika otwarła lodówkę. Dwa rodzaje wody mineralnej, warzywa w pojemniku, jogurt naturalny Bielenda, otwarta butelka białego wina. Soku dziecięcego nigdy tutaj nie było. I nigdy nawet o tym nie pomyślała.
Idziemy do sklepu postanowiła.
Juhuu! Szymek aż podskoczył, a echem odbiło się to od sufitu. Trzy metry wysokości, akustyka świetna.
Weronika skrzywiła się lekko.
Do sklepu było pięć minut spacerem. Przez drogę Pola czterokrotnie upuściła ześlizgłego już zająca, Szymek wcisnął każdy przycisk w windzie, nawet ten do portiera, i opowiedział ciotce historię o chłopcu z przedszkola Krzysiu, który pluł przez zęby na dwa metry. Weronika dowiedziała się o Krzysiu więcej, niż by chciała.
W sklepie kupiła cztery rodzaje soków, mleko, chleb, jogurty z truskawkami, makaron, kotlety z kurczaka w opakowaniu vacuum, jabłka, banany i kolorowe ciastka, które Szymek dorzucił sam, gdy ona oglądała sery. Nie wyciągnęła ich z koszyka. To była mała kapitulacja, na którą tydzień wcześniej by się nie zdobyła.
Pierwszy dzień minął względnie spokojnie. Nie licząc tego, że Pola wylała sok pomarańczowy na stolik, a Szymek uderzył z rozpędu ramieniem w framugę i płakał pięć minut. Weronika podała mu szklankę wody i powiedziała, że przejdzie tak jak dorosłym, i… zadziałało. Szymek wypił, łyknięcie, i już oglądał bajki na tablecie zostawionym przez ojca.
Nie chcieli zasnąć ani o dziewiątej, ani o dziesiątej, ani o wpół do jedenastej. W końcu, po drugim czytaniu bajki o misiu szukającym malin, Pola zasnęła na sofie, tuląc zająca. Weronika przez chwilę patrzyła na nią, potem ostrożnie przeniosła do rozłożonego łóżka w pokoju gościnnym. Dziewczynka była lekka, ciepła jak małe słońce. Nawet się nie przebudziła.
Weronika nalała sobie herbaty ziołowej do termokubka, otwarła laptopa. Do prezentacji zostały trzy dni. Trzeba było poprawić dwa slajdy, zrobić próbę wstępu.
Siedziała i piła herbatę w tej swojej kuchennej ciszy i nie mogła się skupić.
Drugi dzień zaczął się o 6.37. Pamiętała godzinę, bo spojrzała na zegarek w telefonie, kiedy z salonu dobiegł łomot.
Szymek wstał pierwszy i postanowił zbudować fortecę z poduszek. Wszystkie cztery poduchy leżały na podłodze, koc też, a Szymek, w środku, jadł ciastka, które odkrył na drugiej półce kuchennej szafki. Okruchy sypały się na parkiet.
Dzień dobry powiedział radośnie.
Dzień dobry odpowiedziała Weronika.
Umiesz robić pankejki?
Racuchy?
Takie okrągłe z syropem klonowym.
Nie mam syropu.
Szkoda.
Ugotowała kaszę gryczaną. Zjadł bez szemrania. Pola przyszła do kuchni z zającem, wspięła się na stołek, jeszcze śpiąca: Proszę kaszę jak Szymek.
Postanowiła, że idzie jej dobrze.
Potop był we wtorek, o drugiej po południu.
Siedziała przy biurku, poprawiała prezentację. Dzieci bawiły się w łaziencedostały pozwolenie na spuszczanie papierowych statków ze starych rachunków, które Szymek znalazł w szafce nocnej. Wydawało się bezpieczne. Woda zamknięta, dzieci zajęte, cisza.
Cisza skończyła się po dwudziestu minutach.
Niepokój przyszedł dopiero, gdy zauważyła smugę lśniącej wody wypływającej spod drzwi łazienki.
O rany wymamrotała zrezygnowanym tonem tych, którzy są już spóźnieni.
Kran otwarty na maksa. Dzieci, pochłonięte zabawą, potem według wersji Szymka poszły obejrzeć bajkę. Statek zablokował odpływ, woda lała się już od dziesięciu minut, sądząc po zalaniu.
Zakręciła kran. Spojrzała na powódź. Zamknęła oczy.
Po dwudziestu minutach zbierania wody, zadzwonił dzwonek.
Kto tam?
Sąsiad z siedemdziesiątki dwójki, z dołu.
Otworzyła. W progu stał czterdziestoletni mężczyzna, wysoki, lekko rozczochrany, w dżinsach i granatowym swetrze. W ręku trzymał telefon, pokazał ekran ze zdjęciem sufitowej plamy rozlewającej się od lampy.
Andrzej, siedemdziesiątka dwa.
Weronika. Osiemdziesiąt cztery. Wiem, co się stało. Dzieci.
Rozumiem. Schował telefon do kieszeni. Pomóc?
Spodziewała się awantury, pretensji i żądania zwrotu kosztów. Umiałaby rozmawiać i z tym.
Powiedział pan: pomóc?
Słyszę, że mokro. Mam porządnego mopa i suszarkę budowlaną mop z naprawdę dobrym wyciskaniem.
Za jej plecami wychylił się Szymek.
To ty jesteś tym sąsiadem, któremu kapie na sufit?
Ja, potwierdził Andrzej, łagodnie. Dobrze pływały te statki?
Świetnie! Nawet lotniskowiec miałem!
No to poważna flota.
Proszę wejść, westchnęła Weronika. Co za różnica.
Niewiele pamięta z tej godziny. Andrzej zebrał wodę, rzeczowo, spokojnie. Pozwolił Szymkowi trzymać szmatę, co chłopiec uznał za poważne zadanie. Pola nadzorowała z progu i mówiła: Tu mokro i rzeczywiście, zawsze tam było.
Sufit bardzo ucierpiał? spytała po wszystkim.
Stara farba, a i tak już trzymała się na słowo honoru. Przeschnie, a jak nie, zobaczymy. Skrzywił się lekko. Niech pani nie martwi się na zapas.
Ja zapłacę za remont.
Może będzie trzeba, a może nie. Wzruszył ramionami, bez pretensji. Długo z dziećmi?
Drugi dzień.
Pani własne?
Siostrzeństwo.
Kiwał głową. Zerknął na Szymka, który już bawił się pilotem.
Rada: Załóżcie nakładkę na odpływ, są w każdym markecie. I odkręcajcie kran tylko na trochę.
Zastosuję.
Trzymam kciuki. Skinął głową. Już przy drzwiach dodał: Jestem u siebie, można zawsze pytać.
Dlaczego pan taki spokojny? wyrwało jej się.
Andrzej patrzył chwilę.
A co miałem robić, krzyczeć? Sufit szybciej nie wyschnie.
Odszedł. Weronika zamknęła drzwi i oparła się plecami. Za oknem zachodziło słońce. W kuchni Pola kłóciła się z Szymkiem o ciastko. Podzieliła im je po połowie, w milczeniu.
Spoglądali na nią z szacunkiem.
W środowy poranek przygotowywała się do prezentacji. Dzieci oglądały bajki, tablet naładowany, na stole miseczki z jabłkami i krakersami. Porządek.
O jedenastej zaczęła prezentację biurko, laptop, słuchawki, marynarka na podkoszulku. Z Warszawy, Poznania i Wrocławia skontaktowało się łącznie siedem osób dyrektor oddziału, partnerzy, regionalny przedstawiciel.
Pierwszy kwadrans bez zakłóceń. Przeprowadziła przez nową ofertę Estimy, wytłumaczyła politykę cenową, odpowiedziała na pytania.
Minuta szesnasta: otwiera się drzwi gabinetu.
Ciociu Wera! głos Poli niósłby się echem po klatce schodowej. Szymek zabrał mi zająca!
Pola, fukała Weronika, starając się nie stracić powagi przed kamerą, pracuję teraz…
Mówi, że zając jest brzydki!
Bo jest!
Przepraszam państwa na sekundę Weronika uśmiechnęła się wymuszonym spokojem. Zaraz wrócę.
Kliknęła pauzę. W salonie Szymek trzymał zająca za ostatnie uszko, Pola za brzuszek. Kazała puścić oboje puścili. Pola przytuliła zdobycz.
Szymek, możesz oglądać bez awantur?
Skończyła się bajka.
Włącz następną.
Reklamy leżą.
Spojrzała na niego. On na nią. Włączyła, przerzucając na bajkowy kanał. Wracając do gabinetu, miała wrażenie, że jej biznesowy wizerunek się rozpadł. Ale za chwilę pojawiła się jeszcze tylko jedna przeszkoda: Szymek wparował i ogłosił głośno przed kamerą:
Muszę do łazienki.
Pierwszy zaśmiał się dyrektor z Poznania. Po kolei wszyscy. Weronika poczerwieniała, pierwszy raz od kilkunastu lat.
Wiesz przecież, gdzie jest łazienka.
Chciałem tylko powiedzieć.
Wyszedł. Prezentacja rozpadła się w sensie oficjalnym, ale uratowała się w kontakcie. Regionalny partner przyznał się do trójki dzieci, wrocławski nawet chciał umówić się na rozmowę. Wszystko dobrze.
Zamknęła laptopa i przez chwilę nie czuła złości. To było nowe.
Zrobiła dzieciom kanapki z serem. Szymek powiedział, że dobre. Pola pół zostawiła, bo rozmawiała z zającem.
Cztery po południu: dzwonek.
Przyniosłem korek do łazienki. Na odpływ.
Patrzyła na Andrzeja, który miał w ręku mały, przezroczysty woreczek.
Specjalnie dla nas do sklepu?
I tak miałem kupić chleb.
Proszę wejść.
Nie planowała zapraszać, ale wyszło naturalnie. Szymek przyleciał do kuchni:
To ten pan, co wycierał wodę!
Ten sam, uśmiechnął się Andrzej.
Twój sufit już suchy?
Już prawie.
To dobrze. Zagra pan w Jengę? Mam, tata zapakował.
Jasne.
Zagrali przy stoliku z katalogu Estima. Pola nie znała zasad, ale kibicowała zającem. Andrzej grał poważnie z szacunkiem do każdej wieży. Weronika udawała, że robi kolację, a tak naprawdę tylko patrzyła.
Uważaj, ta kostka na skraju, zobacz, pójdzie gładko tłumaczył Szymkowi.
A w życiu ludzie też mają jakieś najsłabsze miejsca?
Andrzej pomyślał chwilę.
Pewnie. Tylko trzeba je znaleźć.
Jedli wspólnie. Andrzej pomagał z kotletami, kroił chleb, bo zobaczył, że Weronika nierówno tnie.
Długo tu pani mieszka?
Rok temu się wprowadziłam.
Zauważyłem, jak wnosiliście meble. Akurat wychodziłem do pracy.
Pracuje pan jako?
Konstruktor w biurze architektonicznym.
Nuda?
Konstruktorów nikt nie chwali, czy ładnie. Tylko: czy stoi.
Ale to najważniejsze odparła.
Patrzył na nią, jakby nie tego się spodziewał.
Tak, może właśnie tak.
Dzieci spały o dziewiątej bez walki. Andrzej dopił herbatę, podziękował i wstał.
Dobrej nocy powiedział w przedpokoju.
Dobrej. Dziękuję Za wszystko. Za korek dodała.
Spojrzał dłużej, niż potrzeba.
Dobrze sobie pani radzi, jak na pierwszy raz.
Skąd pan wie, że pierwszy?
Gdyby to nie pierwszy, nie wyglądałaby pani, jakby niosła kryształowy wazon i bała się upuścić.
Zachichotała. Pierwszy raz szczerze.
Zamknęła za nim drzwi, znów oparta plecami. Na wieszaku wisiał płaszczyk Poli z misiową aplikacją, obok kurtka Szymka. Jej własny płaszcz gdzieś z boku, samotnie.
Czwartek i piątek były inne. Coś się przesunęło. Przestała reagować nerwowo na każdy hałas. Poranne rytuały ze śniadaniem i sokami stały się czymś zwyczajnym. Pola lubiła siedzieć koło niej przy pracy i rysować w notesie od Weroniki. Najczęściej rodzinę zajęcy mnóstwo, każdy z imieniem.
To mama zając tłumaczyła Pola. To tata, a to mały Pucek.
Dlaczego Pucek?
Bo jest mały i okrągły.
Logiczne westchnęła Weronika.
W piątek wieczorem Andrzej przyniósł planszówkę Miasta świata. Pudełko stare, karty wymięte. Dzieci nie znały większości miast, ale nie przeszkadzało im to w zabawie.
Skąd to pan ma?
Z dzieciństwa. Zabrałem, jak się przeprowadzałem. Po co nie wiedziałem.
Dobrze, że pan zabrał.
Siedzieli na podłodze. Pola zasnęła przy Weronice, którą ta, nieświadomie w trakcie gry, objęła. Andrzej zauważył, ale nie skomentował.
Sobotę spędzili w parku. Pomysł Andrzeja. Szymek znalazł kałużę i przeszedł przez środek, mimo ostrzeżeń. Buty przemoczone, szła z nim w samych skarpetkach (też mokre), jemu to zupełnie nie przeszkadzało.
Czemu się nie denerwujesz? spytała.
A o co?
Buty przemoczone.
Wyschną.
Jesteś jak Andrzej rzuciła głośno.
Andrzej jest super. Ciociu Weroniko, to twój przyjaciel?
Sąsiad.
To to samo?
Nie.
Dlaczego?
Nie umiała odpowiedzieć. W tle Andrzej niósł Polę na barana i tłumaczył jej coś o drzewach.
W niedzielę wieczorem zadzwonił Darek. Głos miał inny, lżejszy.
I jak tam?
Przeżyli. Szymek wlazł w kałużę, Pola narysowała czterdzieści siedem zajęcy.
Zaśmiał się.
Dałaś radę.
Jakoś tak. A u was?
Chwila ciszy.
Lepiej. Dużo lepiej. Dzięki.
Cieszę się. Po pauzie. Naprawdę.
Drugi tydzień minął łatwiej. Weronika wiedziała już, że Szymek nie tknie surowych pomidorów, ale zupę pomidorową zje byle nie wiedział, z czego. Wiedziała, że Pola przed snem każe uchylać okno na szparę. I że o wpół do ósmej zaczyna się marudzenie, które należy zgasić propozycją drzemki nie dyskusją. Takie drobiazgi pojawiły się same.
Andrzej wpadał codziennie. Czasem z drobiazgiem, czasem tylko porozmawiać. O pracy, o książkach, o mieście. Czytał dużo co ją zaskoczyło; ona też kiedyś, zanim straciła czas.
Co teraz czytasz? spytał.
Nic. Ostatnie pół roku same firmowe instrukcje
To się nie liczy.
Wiem.
Chcesz, przyniosę coś fajnego?
Przynieś.
Przyniósł powieść japońska autorka, historia kobiety, która odkrywa zmarłą matkę na nowo. Czytała pół godziny codziennie po zaśnięciu dzieci. To były najlepsze pół godziny dnia.
W czwartek Szymek poprosił, by pokazać mu pracę.
Tu pracuję, w gabinecie.
Wiem. Pokaż.
Pokazała. Patrzył na laptopa, katalog Estima, kaktusa na parapecie.
Jesteś szczęśliwa? spytał.
W sensie?
No, z pracy.
Tak… Chyba tak.
Tata mówi, że trzeba pracować z radością. Inaczej po co?
Mądrze mówi.
Ciociu Werka, a czemu mieszkasz sama?
Tak wyszło.
Nie chciałaś mieć kogoś pod dachem?
Przyzwyczaiłam się do samotności. I tak mi było dobrze.
Było?
Zamilkła.
Było.
Ostatni dzień przyszedł niespodziewanie. W niedzielę o trzynastej Darek zawitał z Kasią. Wyglądali zupełnie inaczej niż wtedy jakby spokojniejsi. Kasia długo przytulała dzieci, Pola nie puściła jej przez trzy minuty.
Weroniko Kasia była wzruszona nie wiem jak ci podziękować.
Nie trzeba.
Były grzeczne?
Zachowywały się jak dzieci. I to normalne.
Spakowanie zajęło godzinę. Pola trochę płakała Weronika obiecała, że spotkają się znowu. Szymek pożegnał się poważnym uściskiem dłoni, aż jej się zrobiło śmieszno i ciepło jednocześnie. Potem wbiegł przytulić naprawdę i już. Znikli za drzwiami.
Porządek. Na wieszaku nie wisiał już płaszczyk Poli. Jej własny wisiał samotnie.
W ciszy przeszła do salonu. Na sofie zmięta poduszka Szymek rano oglądał tam bajki. Na podłodze pod stolikiem kartka Pola zapomniała. Rodzina zajęcy: mama, tata, mały Pucek, a obok narysowana żółtowłosa postać. Podpisane: ciocia Wera.
Trzymała kartkę w rękach przez dłuższą chwilę.
Potem weszła do kuchni, nastawiła czajnik, nalała wody z filtra Britt. Ulubiony kubek. Wszystko na miejscu, jak lubiła.
Spodziewała się ulgi tej znajomej po wyjazdach do brata, po imprezach, po wszystkim, co zakłócało jej rytm. Ulgi powrotu do siebie.
Nie przyszła.
Czuła jedynie rysunek w ręce i ciszę, która brzmiała teraz inaczej. Nie jak spokój, lecz jak zawieszenie po muzyce. Gdy dźwięki już ucichły i nie wiadomo jeszcze, czy to dobrze, czy źle po prostu coś się zmieniło.
Siedziała przy herbacie i patrzyła na park. Myślała o Szymku i pytaniu o szczęście. O Poli, która zasypiała przy niej na podłodze w piątek, a ona nie zabrała ręki. O tym, jaki był gabinet przed pytaniem Szymka, i jaki był po.
Myślała też o Andrzeju.
O tym, jak równo kroił chleb. O jego spokoju trwałym i pewnym, a nie obojętnym, takim jak w filarze konstrukcji. O tym, że przychodził codziennie bez oczekiwań, po prostu był.
Przypomniała sobie, że od dziewięciu dni nie obudziła się w nocy zestresowana pracą. To dziwne. Praca była jej tłem od lat.
Po osiemnastej umyła się, założyła ulubiony granatowy sweter (jej zdaniem dobrze w nim wyglądała). Wzięła telefon, odstawiła, zaraz znów podniosła.
Nie zadzwoniła. Zjechała windą na siódme piętro i zadzwoniła do drzwi Andrzeja.
Otworzył szybko. Z twarzy biła uważność.
Dzieci wyjechały powiedziała.
Słyszałem, jak trzasknęły drzwi.
Teraz jest cicho.
Zapewne.
Ma pan ochotę na herbatę? Ledwo co nastawiłam czajnik, już na pewno wystygł, zaraz znów zagotuję.
Czekał sekundę.
Chętnie odpowiedział.
Wrócili na górę. Andrzej usiadł na tym samym stołku, co Darek tydzień wcześniej. Inny człowiek, inna rozmowa.
Wie pan powiedziała dziś pierwszy raz od dziewięciu dni nie mam żadnych obowiązków. I nie wiem, co z tym zrobić.
To dobrze czy źle?
Nie wiem. Szukała słowa. Nietypowo.
Przyzwyczai się pani do nowego nietypowego.
Co znaczy: nowe nietypowe?
Najpierw było nietypowo samej, potem się pani przyzwyczaiła, teraz znów nietypowo, ale już inaczej.
Mówi pan jak ktoś, kto tego doświadczył.
Spojrzał jej w oczy.
Byłem żonaty, sześć lat. Teraz od trzech nie. Zamilkł na moment. Najtrudniejszy był moment po… Kiedy tą ciszą człowieka zalewa. Bo cisza z kimś, a cisza samemu, to nie to samo.
Zawsze myślałam, że cisza to wolność. Że samotność to wybór.
Może i wybór. Ale wybory można zweryfikować.
A pan zweryfikował?
Jestem w trakcie. Uśmiechnął się lekko. Pomagają mi w tym dzieci sąsiadów, które robią powodzie w łazience.
Roześmiała się szczerze.
Andrzej…
Tak?
Pan… Zacięła się. I mogła oczywiście z tego wyjść, przemilczeć, zmienić temat, tak robiła całe życie.
Podoba mi się pan. Chcę, żeby pan to wiedział.
Patrzył.
To dobrze odezwał się miękko. Bo pani mi też. Myślałem o tym.
Od kiedy?
Od dnia, kiedy spytała pani, czemu jestem spokojny. Nikt wcześniej nie pytał.
Dziwny powód.
Mam dziwne powody.
Herbata wystygła, rozmawiali jeszcze długo o jej pracy, jego pracy, o mieście z różnych pięter, o dzieciach, które zostawiły rysunek zajęcy i cioci z żółtymi włosami. Nie spieszył się do wyjścia, ona go nie wyganiała.
Na odchodnym objął ją na sekundę za rękę.
Dobranoc, Weroniko.
Dobranoc.
Tym razem, gdy oparła się o drzwi, czuła ulgę. Ale inną. Ta cisza była ciepła nie pusta.
Podniosła rysunek Poli i ustawiła na półce przy wazonie. Rodzina zajęcy patrzyła z kartki, ciocia Wera z żółtymi włosami trochę krzywo, ale swojsko.
Minął rok.
Mieszkanie się zmieniło niezdobnie, ale zauważalnie. Na półkach leżały dziecięce książki, po ostatnich odwiedzinach siostrzeństwa. Na parapecie cztery doniczki jedna wykrzywiona, bo Pola za dużo podlewała. Na wieszaku dwa płaszcze: granatowy damski, obok męski szary.
Na stoliku z charakterystyczną rysą leżał katalog techniczny Andrzeja, obok niedopita kawa i powieść z zakładką.
Weronika patrzyła na jesienny park przez okno. Lubiła takie listopadowe światło.
Brzuch była już spory piąty miesiąc. Przyzwyczajała się do zmian etapami jak do czegoś, co wydaje się niemożliwe, a potem staje się najważniejsze.
Drzwi się otwarły.
Jadą już, powiedział Andrzej z kuchni. Darek napisał SMS-a.
Czyli za pół godziny będą.
Dzwonił Szymek?
Trzy razy. Pytania: czy bajka na tablecie, czy park.
Można i jedno, i drugie.
Tak mu powiedziałam.
Andrzej nastawił czajnik, spojrzał na nią.
Jak się czujesz?
Dobrze, tylko nogi trochę.
Usiądź.
Stoję.
Weroniko…
Dobrze, już siadam usiadła na sofie. Wiesz, myślałam dzisiaj Rok temu, w tę niedzielę, wyjechali. Stałam tutaj z czajnikiem i czekałam, aż poczuję ulgę po ciszy.
I?
Nie przyszła.
Przyszłaś ty.
Czekałeś?
Zamyślił się.
Chyba nie. Raczej liczyłem, że przyjdziesz.
Dzwonek taki, jak tylko dzieci potrafią dzwonić, niosąc całą energię świata.
To Szymek powiedziała.
Na pewno.
Otwórz, proszę ciężko mi wstawać.
Andrzej poszedł do drzwi.
Ciociu Werko! krzyknął już z przedpokoju Szymek. Przyjechaliśmy! Idziemy do parku? Już spadły liście? A twój brzuszek urósł?
Szymon, pozwól wejść innym, upomniał Darek.
Ja już wszedłem!
Pola weszła jak zawsze, powoli, rozejrzała się, znalazła wzrokiem ciotkę, przytuliła. Zajrzała poważnie w oczy.
Ciociu Werko, a zajączek tu jest?
Jest. Na półce w pokoju gościnnym.
Wiedziałam! Uspokoiła się. On tu był zawsze.
Zaraz zrobiło się gwarno. Darek ściskał Andrzeja, Kasia relacjonowała Weronice drogę, Szymek szukał po mieszkaniu książki o misiu i malinach.
Przechowałaś naszą książkę!
Jasne.
Przeczytasz ją ptaszkowi w brzuchu?
Przeczytam.
To dobrze. Uśmiechnął się. Andrzej, idziemy do parku? Są liście?
Są.
Najpierw herbata zaproponowała Weronika. Potem park.
Ty zawsze tak mówisz.
I będę mówić.
No dobrze. Ciociu Werko, teraz jesteś szczęśliwa?
W domu było głośno śmiech Kasi, głos Poli wołającej z zajęciem, czajnik w kuchni, gwar przez uchylone okno i jesienne liście w parku poniżej. Brzuch, w którym już ktoś się ruszał.
Weronika spojrzała na Szymka.
Teraz tak odpowiedziała.



