Artysta w Sercu

Aktorka

Wanda wsiadła do wagonu metra i opadła ciężko na siedzenie. Po co właściwie założyła buty na obcasie? No cóż, w każdym wieku kobieta powinna wyglądać jak kobieta.

Spojrzała na swoje odbicie w ciemnej szybie naprzeciw. Wcale nieźle. „Zwłaszcza gdy się wyśpi, nałoży tonę makijażu i nie spojrzy w lustro tylko w mroczne okno” – mruknął w myślach wewnętrzny głos.

„Tak, oczy smutne. Pewnie ze zmęczenia.” Wanda odwróciła wzrok. „Trzeba jednak ubierać się stosownie do wieku, chociażby zrezygnować z obcasów – uznała. – O Boże, żeby tylko dotrzeć do domu, zdjąć te przeklęte buty, zrzucić ciężkie futro. Po co ja się tak wystroiłam?”

Od dawna już nikt jej nie pamiętał ani nie rozpoznawał na ulicy, ale nawyk wychodzenia do ludzi z „twarzą” pozostał. Nie żeby Wanda była sławna. Lecz po kilku filmach zaczęto ją zauważać. A jacy mężczyźni za nią latali! Żadnego dnia nie było, by po spektaklu ktoś nie czekał na nią z bukietem przy wyjściu z teatru.

Wtedy nazywała się nie Wanda Sobczak, tylko Lila Durand. Brzmi! Dumna była, gdy widziała swoje nazwisko w czołówce, choćby tylko dwóch filmów.

Jak tu duszno. Rozpięła górny guzik futra. Zdjęła chustę z szyi, potrząsnęła głową, odpędzając zmęczenie. Włosy przerzedziły się, ale dobra fryzura i farba dawały iluzję gęstości. Znów spojrzała przed siebie. Zamiast własnego odbicia ujrzała młodego mężczyznę, który patrzył na nią i uśmiechał się.

Lila zareagowała odruchowo, jak zawsze na męskie spojrzenia. Uniosła lekko podbródek, uśmiechnęła się i zaraz spuściła wzrok. Ot, zauważyła, doceniła zainteresowanie i tyle.

„Trzeba było wziąć taksówkę. Drogo, ale szybko. I nie byłabym taka zmęczona” – burknęła do siebie. Trzeci mąż namawiał ją, by zrobiła prawo jazdy. Nigdy się nie odważyła. Bała się.

Edward, trzeci mąż Lili, był najlepszy ze wszystkich jej oficjalnych małżonków. Szkoda, że tak wcześnie odszedł. Po nim postanowiła już nie wychodzić za mąż. Zresztą, nikt już nie proponował.

Ale jaka była piękna w młodości, Boże drogi! Szlachetny nosek, szkarlatne usta, gęste rzęsy. A oczy! Żywe, pełne blasku. Figura nawet teraz niczego sobie. Niewiele kobiet w jej wieku może się tym pochwalić. „Oszczędzała się, nie rodziła. I na co? Życie w samotności, zapomniana przez wszystkich” – zjadliwie skomentował wewnętrzny głos.

„Daj spokój” – machnęła leniwie ręką Wanda, ale zaraz rozejrzała się niepewnie. Ostatnio często rozmawiała sama ze sobą.

Nikt na nią nie zwracał uwagi. W wagonie było niewiele osób. Ktoś drzemał, ktoś siedział z obojętną twarzą. Tylko ten mężczyzna naprzeciw wciąż na nią patrzył. Wanda oderwała wzrok i wróciła do wspomnień.

Szkoda, że urodziła się za późno. Była wystarczająco dobra, by zagrać w „Zimowym wieczorze” nie gorzej niż Cyganerówna. Głos miała wprawdzie piskliwy, ale to nie problem – mogła śpiewać playback, jak większość w tamtych czasach. Za to tańczyła znakomicie.

Na planie pierwszego filmu, w którym właśnie tańczyła, poznała pierwszego męża, przystojnego i czarującego aktora. Zakochali się w sobie szaleńczo. Wyszła za niego bez wahania. Lecz małżeństwo przetrwało ledwie rok.

Grał nie tylko na scenie. Zorientowała się, gdy z domu zaczęły znikać pieniądze i biżuteria. Przegrywał dużo, długi rosły. Ani łzy, ani awantury nie pomagały. Gdy ją uderzył, spakowała rzeczy i odeszła.

Niedługo po rozwodzie wyszła za Wiktora. Był starszy o dziesięć lat. Lila go nie kochała, ale miał pieniądze i dobrą posadę. Miłości pierwszego męża miała już dość. Wiktor porzucił dla niej rodzinę, zostawił syna. Była żona dzwoniła często, prosiła, by wpadł – syn tęskni. Wracał wtedy zamyślony i milczący.

W końcu dostał zawału ze stresu i zmarł. Na pogrzebie Lila nie szlochała jak pierwsza żona. Ta obejmowała trumnę i krzyczała: „Na kogoś nas zostawił?! Połóżcie mnie obok niego! Do grobu doprowadziła cię ta aktorczyca…” Lila wyszła wcześniej.

Romansów miała kilka, ale za mąż się nie śpieszyła. Aż po pięciu latach wyszła za Edwarda, emerytowanego pułkownika. Jak on o nią dbał! Kwiaty, futra, diamenty. Jak za takiego nie wyjść?

Żyli razem dwanaście lat. Prosił, by mu urodzić dziecko. Ale nie wyszło, zresztą Lila nie paliła się do macierzyństwa. Zmarł na udar. Tym razem płakała naprawdę. Kochała go jak ojca, jak wiernego przyjaciela. Krewni męża patrzyli na nią ze zdziwieniem i dezaprobatą. Wszyscy myśleli to samo: aktorzyca.

Tydzień po pogrzebie nie wychodziła z domu. Przyszła wierna przyjaciółka Kasia i przeraziła się na widok Wandy-Lili. Nalała jej solidną porcję koniaku, ułożyła do łóżka. Gdy ta zasnęła, ugotowała rosół. Obudziła się wypoczęta, a na stole czekała zupa i fryzjer, który ułożył włosy, zrobił makijaż. Lila spojrzała w lustro i znów zapragnęła żyć.

Wróciła do teatru. Ale coś w niej zgasło, i wiek już nie ten. Wielbicieli znacznie ubyło. Role dostawała starszych pań. Do zespołu weszły młode aktorki – Lila nie miała z nimi szans. W filmach też nie proponowano jej ról. Urażona, odeszła z teatru.

Ale trzeba było z czegoś żyć. Wanda zatrudniła się w domu kultury, prowadziła amatorską grupę teatralną. Płacili niewiele, ale trzeci mąż zostawił jej spory majątek. Sprzedawała futra, kosztowności. W końcu przeszła na emeryturę. Męczyło ją uczenie grać nieudaczników.

Tak się zanurzyła we wspomnieniach, że nie zauważyła, jak młody mężczyzna przysiadł się do niej.

„Od razu pana rozpoznałem. Jest pani Lilą Durand. Moja mama bardzo panią lubiła. Oglądała filmy z pani udziałem, chOna spojrzała na niego przez chwilę, a potem wybuchnęła śmiechem, który nagle zamienił się w łzy, bo w końcu zrozumiała, że jedyną publicznością, jakiej potrzebowała, było własne odbicie w tej ciemnej szybie metra.

Rate article
Fajna Tajna
Artysta w Sercu