Antek, który zgodził się podwieźć mnie do rodzinnego domu, okazał się strasznie zezowaty. Wysadził mnie pod domem dziecka, kurza twarz.

Słuchaj, muszę Ci opowiedzieć, co mi się ostatnio przydarzyło, bo to po prostu jakieś wariactwo. Pamiętasz te bajki z dzieciństwa o bocianie, co przynosi dzieci? Mnie chyba dopadł mój własny, wyjątkowo niezdarny bocian. Ja nie żartuję chłop był tak zezowaty, że zamiast pod dom rodziców, wywalił mnie pod dom dziecka, taki z niego był niewprawny ptaszysko. Kura go pewnie dziobała po głowie za młodu.

No i od tamtej pory wszystko szło jak po grudzie. Ale słuchaj, po czterdziestce jakoś się podniosłem. Dom zbudowałem, żonę znalazłem, samochód co prawda używany, ale jeździ. Zostało coś posadzić i kogoś wychować. Razem z Hanką damy radę wychować jednego, o drugim nawet nie było mowy.

O tym właśnie sadzeniu, beznadziejnym wzroście czegoś nowego i tym paskudnym, deszczowym poranku myślałem, parząc sobie kawę. Nawiew kręcił suszarkę, w której dyndały bokserki swoją drogą, bokserki miałem na długo zanim Hanka się pojawiła, ironia losu, prawda?

I nagle puk, puk w szybę balkonową. Myślę sobie: Znowu dzieciaki ganiają gołębie kamieniami! Bociana by na was nasłać, łobuzy!. A tu znowu: stuk-stuk. Jeszcze raz. Trzecie piętro przecież!

Odsłaniam firankę, patrzę a tam, na balkonie, stoi ten sam zezowaty bocian z moich dziecięcych fantazji. Myślałem, że padnę! Wykrzyknąłem tylko: Spadaj, dziadzie! i mój tost zrobił salto dołem w kierunku podłogi.

A bocian, łeb w szparę drzwi do balkonu i mówi cienkim głosem: Przepraszam cię, Janek, no serio, sorry, przyznaję zrobiłem błąd. Dziobnij mnie, z prawego skrzydła lepiej, bo większe.

Za to ja: Spadaj stąd! Próbowałem go wypchnąć na dwór, złapałem ten jego gadzi kark oburącz, a on:

Janek, nie wygłupiaj się, posłuchaj przecież zadławił się ze śmiechu bocian, ale mówił dalej Przyleciałem z przeprosinami.

A ja swoje: Ty jeszcze gadać zacząłeś? Zaraz cię na kokardę zawiążę jak będziesz fikał!

Przepraszam, przyleciałem… z przeprosinami powtórzył bidak.

Trochę się spóźniłeś, długonosy rzuciłem oschle.

W tym dzwonek do drzwi. Hanka wróciła. Drę się do bociana: Znikaj, ma cię nie być jak wrócę! i biegiem do wejścia.

A bocian jeszcze zza okna: Przepraszam, Janku, naprawdę, wszystko naprawiłem!

I dosłownie w tej chwili Hanka wpada do mieszkania cała mokra, ale tak uśmiechnięta, aż jej się włosy do policzków lepią. Zamiast słowa, rzuca gdzieś parasol, wpada mi na szyję i piszczy: Czworka! Czworka!

Patrzę na nią jak na objawienie: Ale co czwórka?

A ona: Będziemy mieli czworaczki! Czworo maluchów na raz!

I wtedy wszystko mi się poukładało bocian, jego paplanina, i te nasze czworaczki. Wyskakuję na balkon jak szalony, ten zezowaty bocian właśnie odrywa się do lotu. Próbuję go złapać za ogon, ale nie zdążyłem.

Krzyczę za nim: Stój, wariacie jeden! Stój, długonosy!

A z góry tylko: Naprawiłem!

Odwracam się, a za mną stoi Hanka, szczęśliwa i cała zapłakana. No i co Ty na to?

Rate article
Fajna Tajna
Antek, który zgodził się podwieźć mnie do rodzinnego domu, okazał się strasznie zezowaty. Wysadził mnie pod domem dziecka, kurza twarz.