Anioł, który ważył sto kilo i pachniał kawą z dworca

Anioł, który ważył sto kilo i pachniał tanim żurkiem

Dzień zacząłem w szpitalnej świetlicy na oddziale onkologii dziecięcej. Tam zwykle panuje cisza inna niż w domu, inna nawet niż w kościele. Cisza, jaką można usłyszeć tylko wśród dzieci, które za dużo już wiedzą, choć mają mniej niż dziesięć lat. Przerywa ją tylko szeleścik papieru czy świergot flamastrów ślizgających się po kartkach. Rysowaliśmy dzisiaj Anioła Stróża. Proste zadanie, ale dzieci włożyły w nie całe serce.

Patrzyłem, jak dziewczynki i chłopcy pochylają się nad stołami. Jeśli chodzi o mnie, długo miałem przed oczami tylko kościelne obrazy anioły z Jasnej Góry, z lekkimi włosami i niebem w oczach, otoczone blaskiem jak ze złotych ram. Dzieci Jasiu z ogromnym mieczem w dłoni, Zosia z aniołem o skrzydłach puszystych jak wata cukrowa trzymały się tej tradycji. Wszystko piękne, ale podobne do siebie.

W końcu zatrzymałem się przy Marysi.

Marysia siedem lat, główkę ma okrągłą i gładką po sterydach i chemii, skóra przezroczysta, jakby bała się dotknąć świata. Rysowała powoli, wystawiając koniuszek języka.

Zajrzałem przez ramię i zamarłem.

Zamiast eterycznej postaci zobaczyłem grubego, wielkiego faceta. Na kartce ledwo się mieścił. Żadnych skrzydeł, za to spory brzuch owinięty białym czymś, łysa głowa i ogromne okulary, które wisiały na nosie jak guzik na starym kapeluszu.

Marysiu spytałem miękko, przykucając przy niej kto to jest? Przecież mieliśmy rysować anioła.

To jest anioł odpowiedziała cicho, nawet nie patrząc na mnie, tylko pilnując, by dobrze pokolorować brzuch białą kredką.

Ale jest trochę inny niż anioły, które znam. I nie ma skrzydeł?

Ma skrzydła rzuciła stanowczo. Chowa je pod fartuchem, żeby się nie pobrudziły. Tutaj jest brudno.

Szczerze? Uśmiechnąłem się tylko wyobraźnia dzieci nie zna granic.

Na korytarzu rozległ się znany dźwięk ciężkiego oddechu. Powolny szuf-szuf, jakby ktoś zbliżał się, trzęsąc posadzką.

Drzwi od świetlicy otworzyły się z przestrachem i pojawił się on.

Dr Piotr Nowak, ordynator reanimacji. Facet potężny waży chyba ze sto kilo, trzykrotny podbródek, fartuch wiecznie rozpięty i za mały, okulary zsuwające się na nos, łysiną świecił jak księżyc. Pachniał jak to się mówi, śledziem, potem i żurkiem z proszku, który siorbał na kolejnym dyżurze. Trzecia doba na kanapie w swoim pokoiku dyżurnym.

Dla mnie był zawsze tylko zmęczonym, nieco zaniedbanym lekarzem, któremu chyba już dawno przysługiwała emerytura.

To co, mali artyści? zagrzmiał basem, brzmiącym jakby z żołądka wydobytym. Jak tam życie?

Żyjemy, panie doktorze! odezwały się dzieci niejednym głosem.

Idąc między stolikami, ciężko opierał się o miniaturowe oparcia krzesełek.

Zatrzymał się na chwilę przy bladziutkim chłopcu z kroplówką. Położył wielką dłoń na jego czole.

Wytrzymaj, mały bohaterze zamruczał. Wyniki już przyszły, damy radę.

Potem podszedł do Marysi. Jej oczy aż się rozświetliły. Uniosła ramionka i uśmiechnęła się do tego masywnego, nie najświeższego lekarza.

Rysujesz? rzucił. A spod grubych szkieł okulary jego oczy wyglądały na zaskakująco niebieskie i wcale nie zmęczone.

Ciebie szepnęła Marysia.

Parsknął, odruchowo poprawił okulary.

Daj spokój, tego papier nie zniesie.

W tym momencie gdzieś na korytarzu zapiszczała aparatura. Alarm.

Dr Nowak wyprostował się w sekundę. Wszystko, co ciężkie, znikło. Stał się nagle zwinny, szybki, jakby zamienił się w kogoś innego. Pędem ruszył do wyjścia.

Siedzieć tu! huknął z korytarza. Kasiu, przygotuj zestaw resuscytacyjny, raz-dwa!

Zostałem z dziećmi w sali. Za ścianą usłyszałem komendy, brzęk narzędzi i jego głos, który już nie był ciepły, ale twardy jak stal.

Oddychaj! Dalej, zostań z nami, oddychaj!

Ten okrzyk świdrował we mnie. I była w nim i prośba, i rozkaz.

Czekaliśmy. Czterdzieści minut wieczność. W świetlicy panowała cisza. Dzieci wpatrywały się tylko w drzwi; nikt nie rysował.

Wreszcie wszedł dr Nowak. Mokry, fartuch miał przepocony, na rękawie ślad krwi. Zsunął okulary, przetarł twarz dłonią, ledwie łapiąc oddech, po czym runął na malutkie krzesełko, które żałośnie zaskrzypiało.

Udało się wydyszał. Śpi.

Patrzyłem na niego i raptem zobaczyłem wszystko jak przez soczewkę.

Spojrzałem na rysunek Marysi: ten niezdarny, ociężały człowiek z kartki i lekarz przede mną nagle wyglądali całkiem podobnie.

Nie widziałem już tłuszczu, śladów potu. Widziałem wielką masę miłości, dzięki której można utrzymać przy sobie te lekkie, kruche dziecięce dusze. Złotowłosy, lekki anioł nie pomógłby tutaj. Potrzeba kogoś, kto stanie jak kotwica, mocny, ziemski, pachnący kuchnią i zmęczeniem. Kogoś, kto chwyci uciekające życie i wychrypi: Nie puszczę.

Jego łysa głowa lśniła pod żarówką jak aureola nie złota i czysta, tylko zwykła, robocza, spocona od wysiłku.

Marysia zsunęła się z krzesełka, podeszła i objęła jego grubą nogę.

Widzisz, mówiłam powiedziała cicho, patrząc na mnie okiem starej duszy. On chowa skrzydła. Żeby nam nie wiało.

Dr Nowak położył delikatnie wielką dłoń na jej łysą główkę.

Drżał mu palec.

Wytrzymajcie, maluchy wyszeptał. Jeszcze trochę.

Odwróciłem się do okna, bo już nie mogłem patrzeć.

Łzy płynęły mi po policzkach, wstydziłem się swojej ślepoty. Szukałem piękna tam, gdzie błysk i złoto, a ono siedziało tuż obok, spocone, ciężkie, nieładne i najświętsze na świecie.

Dziś wiem, że prawdziwe piękno nie zawsze ma skrzydła. Czasem ma fartuch ubrudzony żurkiem i siada nie na chmurze, tylko na skrzypiącym krzesełku u boku tych, których nie może zostawić.

Rate article
Fajna Tajna
Anioł, który ważył sto kilo i pachniał kawą z dworca