Zosia odwiedzała ją co drugi dzień. Zostawiała przy łóżku jedzenie i wodę, po czym wychodziła bez słowa.
Miałam sąsiadkę, Zosię, której matka od lat mieszkała samotnie. Niegdyś była znakomitą gospodynią z radością gotowała i piekła dla całej rodziny, zawsze częstując też sąsiadów swoimi wypiekami.
Lecz Zosia wstydziła się matki, prostej wiejskiej kobiety, która całe życie przepracowała na roli. Po śmierci męża została zupełnie sama. Córka rzadko ją odwiedzała, a matka z czasem zaczęła zapominać najprostsze rzeczy, czasem plątać słowa.
Pewnego dnia, gdy Zosia przyszła do matki, w domu unosił się gryzący dym. Okazało się, że staruszka zapomniała wyłączyć piekarnik.
Co ty wyprawiasz, na litość boską? Nawet wody zagrzać nie potrafisz? Dom spalisz! krzyczała Zosia.
Córciu, wybacz! Pierwszy raz coś takiego się stało! tłumaczyła się matka drżącym głosem.
Z biegiem czasu jej stan się pogarszał. Ledwo mogła chodzić, nawet po własnej izbie. Pewnego ranka zadzwoniła do córki:
Zosiu, źle się czuję Ciśnienie mi podskoczyło! Przyjedź, proszę
A ja co, doktor jestem? Wzywaj pogotowie! odparła Zosia i rzuciła słuchawkę.
Matka przestała wychodzić z domu, a Zosia zmuszona była przyjeżdżać raz w tygodniu. Kupowała najtańsze produkty, trochę sprzątała, wynosiła śmieci i za każdym razem wybuchała gniewem:
Jak można żyć w takim syfie? Sama jesteś, a brudzisz jakby cię tu dziesięcioro było! Wstyd!
Zazwyczaj trzaskała drzwiami i odchodziała. W końcu matka przestała wstawać z łóżka. Zosia zaglądała co drugi dzień, zostawiała suchy prowiant i odchodziała. Aż pewnego dnia zastała ją zimną.
Po pogrzebie zaczęła często przychodzić na cmentarz. Klękała przy grobie i powtarzała przez łzy:
Jakże tęsknię za moją kochaną mamcią! Była mi najdroższa na świecie!
Czy naprawdę pamiętała tylko te dobre chwile? Czy zapomniała, jak matkę zaniedbywała, jak odmawiała pomocy, jak gardziła jej starością? Jak to możliwe?



