Walentyna wracała późnym wieczorem z domu letniskowego pod Krakowem. Zdecydowała się wyruszyć w drogę dopiero, gdy zaczęło się ściemniać, i zamiast zwykłej szybkiej trasy pojechała wolno, najdłuższą okrężną drogą. Gdyby jutro nie musiała iść do pracy, po prostu zostałaby na nocleg w domu wśród sosen.
Dlaczego nie spieszyła się z powrotem? Bo po prostu nie chciała wracać do domu a dokładniej nie chciała spotkać męża. Wewnętrzny głos od dawna szepcze Walentynie, że pod jednym dachem nie zostaną już długo. Ich relacja stała się lodowata, nerwowa, a co jakiś czas wybuchała w kłótnię.
Wciąż, wpatrując się w dal przez przednią szybę, Walentyna rozmyślała o tych dziwnych, nielogicznych stosunkach małżeńskich. W pewnym miejscu okrężna droga wiodła przez małą wioskę. Zmniejszyła prędkość, a przy przystanku autobusowym, w świetle reflektorów, dostrzegła starszą kobietę z czymś owiniętym w szmatę, przytulonym do klatki piersiowej niczym noworodek. Kobieta patrzyła na nadjeżdżające auta z taką nadzieją, że Walentyna natychmiast zahamowała.
Zatrzymała auto, wysiadła i pospieszyła do starszej pani. Pod jej stopami stała mała wózkowa torba.
Dlaczego tu stoicie? zapytała z troską Walentyna. Czy potrzebujecie pomocy? Co macie w rękach? Dziecko?
Dziecko? starsza kobieta zdziwiła się i nieśmiało się uśmiechnęła. Nie, to nie dziecko To chleb
Co? Walentyna nie mogła uwierzyć. Jaki chleb?
Domowy prosto z pieca Sprzedaję chleb
Sprzedajecie? Skąd go bierzecie?
Sama go piekę i sprzedaję Pensja mała, więc muszę dorabiać. Gdy pieniędzy brak, a nie ma co wstydzić. Niektórzy go kupują, bo mój chleb jest pyszny. Mówią, że przynosi szczęście.
W jakim sensie szczęście?
Nie wiem dokładnie. Jeden mężczyzna ciągle mówi, że mój chleb przynosi szczęście. Może i dziś się uda. A chcecie chleb? Jest jeszcze gorący.
Chleb? Walentyna zrozumiała, że starszej kobiecie po prostu potrzebne są pieniądze, i skinęła głową. Tak, poproszę. Ile kosztuje bochenek?
Trzy złote odpowiedziała ostrożnie, obserwując reakcję potencjalnej klientki. Czy to nie jest drogo?
Ile macie bochenków?
Dziesięć. Nie sprzedałam jeszcze nic. Dopiero przyjechałam. Ile chcecie?
Wezmę wszystkie! oznajmiła stanowczo Walentyna, ruszając po pieniądze do samochodu.
Nie! Nie oddam wszystkiego! wykrzyknęła przerażona starsza pani.
Dlaczego? Walentyna była zaskoczona.
Bo wiem, że kupujecie nie dla chleba, a po to, by mi pomóc.
I co z tego?
A może ktoś inny jeszcze potrzebuje? Może ten mężczyzna znów przyjedzie, a ja nie będę mieć nic w środku?
Walentyna poczuła się zakłopotała taką naiwnością.
Dobrze. Powiedzcie, ile możecie sprzedać?
Pięć bochenków mogę oddać niepewnie odparła kobieta.
Może trochę więcej?
Nie Nie wolno pokręciła głową. Kupujecie z litości. Ten chleb jest do jedzenia. Z pieca.
W porządku uśmiechnęła się Walentyna, poszła po pieniądze, wzięła torbę i wsypała do niej pięć jeszcze ciepłych bochenków, po czym wróciła do auta.
Po chwili ruszyła w drogę. Nagle poczuła, że aromat świeżego chleba wypełnił cały samochód i aż ją rozpalili. Nie wytrzymała, podgryzła solidny kawałek, włożyła go do ust i uznała, że nie jadła nic smaczniejszego w życiu.
W tym momencie zadzwonił telefon. Walentyna spojrzała na wyświetlacz, zmrużyła się i podniosła słuchawkę.
Walcia wkurzony głos męża odebrał. Skocz do sklepu i kup chleb.
Co? zerknęła na chleb leżący na przednim siedzeniu po lewej. Dlaczego nagle przypomniałeś sobie o chlebie?
Bo go nie mamy! Ani okruchu! A przy okazji twoje przyjaciółki wpadły do nas!
Jakie przyjaciółki?! zaskoczyła się Walentyna. Co? Jest już późno.
Sam zapytaj ich. Po prostu kup chleb. Trzy twoje koleżanki rozsiadły się w kuchni, piją herbatę i czekają na ciebie.
Ojej Walentyna mocno wcisnęła gaz.
Po pół godziny wpadła do domu, wnosząc ze sobą ten szalony zapach chleba.
Walo, ale pachnie od ciebie! wykrzyknęły przyjaciółki z uczelni, które kiedyś poznały na studiach, i rzuciły się w objęcia.
Mąż, wyczuwając ten niesamowity aromat, chwycił torbę, odłamał prawie pół bochenka, przyłożył do nosa i spojrzał na żonę zszokowany.
Skąd wziąłeś ten cudowny chleb?!
Tam, gdzie go kupiłam, już go nie ma wzruszyła ramiona.
Mąż z odłamaną kromką poszedł do swojego pokoju, a Walentyna została w kuchni z przyjaciółkami. Tam siedziały do północy, popijały wino, podjadały ten nieziemsko pyszny chleb i narzekały na swoich mężów, każda o swoim. Trochę zapłakały, zdając sobie sprawę, że poślubili nie tych facetów, o których marzyły.
Kiedy nadszedł czas pożegnań, Walentyna każdej podarowała po bochenku babciny chleb.
Po tym gospodarczyni zamknęła za nimi drzwi, przeszła obok sypiącego się już w pokoju męża i poszła położyć się na kanapie w salonie.
O poranku zaczęły się jakieś cuda. Ledwie się obudziła, a przy niej na kanapie usiadł mąż i, z ironicznym tonem, rzekł:
Walentyna, chyba wczoraj zjadłem za dużo twojego chleba i dostałem olśnienie. Mówimy sobie, że jesteśmy głupkami.
Co? wytrzeszczyła oczy.
Jesteśmy głupkami, Walcia. Musimy się naprawić. Dlatego zapraszam cię dziś wieczorem na randkę do restauracji, do tej, w której kiedyś cię oświadczyłem.
Po co?
Bo chcę wszystko naprawić. Myślę, że naszą miłość jeszcze da się uratować. Będę w pracy, a o szóstej wieczorem będę cię czekał. Przyjdź.
Mąż odszedł, a Walentyna poczuła, że poranek jest inny niż zwykle. Na dworze było tak jasno, jakby już nie było jesieni, a wczesna wiosna już zapukała w okna. Dlatego zaczęła wyczekiwać tego dziwnego, wieczornego spotkania.
Nagle zadzwonił telefon. Dzwoniła jedna z wczorajszych przyjaciółek, dysząc z emocji:
Walcia, uwierz! Z moim facetem się pogodziliśmy! Przecież mieliśmy się rozwodzić, a teraz Do trzeciej w nocy jedliśmy twój chleb i się godzimy Dzięki, Waleczko!
A ja w co w to wpadłam? zakłopotana Walentyna.
Po obiedzie zadzwoniła druga przyjaciółka, a potem trzecia. Obie opowiadały, że w ich domach wszystko się nagle poukładało, że były głupie, obrażając mężów.
Po takich wiadomościach Walentyna podeszła do kuchni, wyjęła z koszyka ostatniego, już zaczętego bochenka, wciągnęła ponownie aromat i znowu oderwała mały kawałek, wsunęła go do ust. Tym razem poczuła, że chleb ma delikatny posmak miłości Miłości do wszystkich ludzi.



