Jagoda, co to się stało? Ty naprawdę wyrzuciłaś ogórki kiszone od mojej mamy?
Witek, oczywiście westchnęła Jagoda. Już dawno się popsuły Miękkie, nie da się ich zjeść…
Przecież tragedii nie ma. Wylewasz te z góry, resztę się wypłucze i gotowe. Odkąd pamiętam, jedliśmy z mamą nawet napuchnięte słoiki i jakoś nikomu nic nie było. A tu ledwie trochę postoją. Z jedzeniem się tak nie postępuje, Jaga, przecież to kosztuje!
Witold z wysoko podniesioną brodą minął żonę, mamrocząc coś pod nosem.
Jagoda westchnęła. Jeszcze parę lat temu uważała to za urocze. Przypadkiem przypomniała sobie ich pierwsze randki…
…Po alejce w parku szedł wysoki chłopak w białej koszuli, szeroko się uśmiechając. W rękach miał bukiet kwiatów. Polnych, jak Jagoda najbardziej lubiła.
Witek! zdziwiła się dziewczyna. Naprawdę sam zerwałeś?
Pewnie, kiwnął głową chłopak. Po co róże? Banalne, a jeszcze drogie. Lepiej zabiorę cię na karuzelę, pojeździmy razem.
Jagoda uśmiechnęła się i poszła za nim, chichocząc
Dzisiejsza Jagoda potrząsnęła głową i usłyszała chlupot wody Witold naprawdę płukał ogórki. Już dawno przestała się czemukolwiek dziwić. Wcześniej myślała, że nie chodzą do kawiarni, bo Witek lubił spacery, a nie dlatego, że żal mu było pieniędzy. Na diabelskim młynie jechali przecież nie z powodu ceny biletów, tylko “dla bezpieczeństwa”.
Ale teraz, po tych wszystkich latach, po ślubie i dwójce dzieci, już rozumiała wszystko. Pozostało jej tylko pogodzić się z losem albo walczyć. Wybrała jednak milczenie.
Jagoda weszła do kuchni i zaczęła nakładać jedzenie dla bliźniaków, siebie i Witka. Kasza gryczana, kotlety, surówka. U nich w domu nie było miejsca na zbytki.
Witek, co robisz? zapytała z rezygnacją. Jej mąż sterczał nad talerzami dzieci i kroił kotlety.
Są mali, pięć lat. Na pewno wystarczy im po połówce.
W zupełnej powadze dzielił kotleta, drugiego zabrał z talerza i włożył z powrotem na patelnię.
Ty sobie żartujesz?
Naprawdę myślisz, że przesadzam? odpowiedział. Przecież jesteśmy tacy sami jak oni. Przeciął kotleta również na talerzu żony. To wołowina, droga sprawa. Zresztą, za dużo mięsa szkodzi, tym bardziej smażonego. I rób na parze, mniej tłuszczu pójdzie, bo olej teraz taki drogi.
Ale dzieci nie znoszą gotowanych na parze.
Polubią, zdrowiej, uciął Witek, skończył kroić i wyszedł. Jagoda patrzyła na te biedne okrojone kotlety i poczuła, że jej cierpliwość sięga dna…
…Na weekend wróciła pani Helena teściowa. Przy niej Witold wydawał się wręcz szczodry.
Jagódko, kochanie! Witaj, mam coś nowego dla dzieciaków! Jaka ze mnie babcia zawsze coś przyniosę!
Jagoda, która dopiero wróciła z pracy, westchnęła, przeklęła w duchu i poszła przywitać Helenę.
Ale to ubranka dla dziewczynek… zajrzała do siatki.
A co za różnica machnęła ręką teściowa, wyciągając różową koszulkę z napisem Hello Kicia. No i co, przecież Michaś lubi kotki. Jaki to problem? Dzieciom wszystko jedno, czy to różowe, czerwone, czy niebieskie…
Dziękujemy, pani Heleno, potem się z chłopcami pobawimy… Jagoda odłożyła reklamówkę; wiedziała, że w końcu ją wyrzuci. Nie dość, że wszystko dziewczęce, to jeszcze znoszone tak, że wstyd na podwórko wyjść.
Witek, kiedy się wyprowadzimy? Nie mogę już mieszkać z twoją mamą szepnęła Jagoda, zamykając drzwi.
No jak to, przecież jak zaoszczędzimy na mieszkanie, to wtedy
Witek, to my weźmy kredyt, bo tak to nigdy!
Już o tym gadałem. Kredyt to życie na smyczy. Przepłacić tyle? Z mamą praktycznie, gotuje, sprząta, spiżarnia zawsze pełna…
Zwariowałeś? Dzieci śpią w jednym pokoju z twoją matką! Dobrze, mają pięć lat, ale co będzie później? Ani żadnej prywatności, ani spokoju, bo zamki w drzwiach, według twojej mamy, to marnotrawstwo!
Uspokój się, światło gaś, za prąd rachunek przyjdzie, to się zdziwimy.
Jagoda jęknęła i schowała twarz w poduszkę.
…
Afera wybuchła nazajutrz. Witek nie pozwolił dzieciom oglądać Dobranocki. Zaoszczędzić trzeba, zbytek To była kropla, która przepełniła czarę Jagody.
Wystarczy! Nie mam już siły! Odchodzę, zabieram dzieci, jedziemy do mojej mamy. Tam przynajmniej będą mieli własny pokój.
Z walizką w ręku i prowadząc chłopców, ruszyła do drzwi.
Michaś, Staś, idziemy.
Jaga Ty na serio? stanął Witold. A nasza rodzina? Dla mnie było wszystko dobrze, przecież się nie skarżyłaś
Sześć lat to znosiłam. Ciebie i twoją mamę. Kupujemy najtańszy papier, szampon w baniaku do mycia samochodu Dzieci mają resztki z twojego dzieciństwa, a ja chcę normalności. Być rozrzutna to lepsze niż wiecznie liczyć każdy grosz.
Helena złapała się teatralnie za serce, nie pozwalając synowi ruszyć za żoną.
Ojej, coś mnie serce ściska Zostaw, Witold. Ona wróci, zobaczysz. A komu ona potrzebna z tym trojgiem pod pachą…
I Witek wierzył. Wierzył, że wróci.
…
Jagódko, co ty robisz? zapytała Lidia, mama Jagody. Po prostu wyrzuć torebkę i weź nową.
Jagoda ocknęła się z zamyślenia i spojrzała trzeci raz parzyła herbatę na tej samej torebce.
Jak tam w ogóle dawaliście radę? Mówiłam, że to nie życie, tylko męczarnia. To wszystko jest jakieś niezdrowe!
Wiem, urwała Jagoda, zastygając z otwartą lodówką. A tam: porządny ser, kiełbasa, jogurty Trzeba schować czekoladki, bo dzieci zjedzą wszystkie.
A niech jedzą. To po to im je kupuję!
Lepiej schować, bo się nie przyzwyczaili, mogą dostać wysypki!
Lidia pokiwała głową i delikatnie pogłaskała córkę po ramieniu.
W nocy Jagoda wstała. Łóżko było za miękkie, zbyt cicho. Leżała na mocno skrzypiącej kanapie u Witka. Teraz miękkość była niepokojąca.
Jagoda otworzyła lodówkę szeroko. Z cichym zachwytem patrzyła na zapasy. U Witka zawsze było najtańsze mleko, jogurtu zabronione kefir był zdrowszy. Twaróg robili sami z kwaśnego mleka.
Odkroiła kromkę chleba, zbudowała monumentalną kanapkę z serem i kiełbasą. Gruba, nierówna, ledwo mieściła się do ust, ale jakże smakowała! Nikt nie stał za plecami. Nikt nie mówił, ile może być sera albo z czym jeść, albo że tylko raz dziennie! Otworzyła jogurt i wypiła łyk prosto z butelki. Cudowność.
O rany ale ja byłam głupia Jak dobrze nie musieć wiecznie oszczędzać…
Sześć lat wytrzymała, jak żyła według jego reguł? Jak nie mogła jeść, co chciała? Robić remont w domu, albo kupić porządną sukienkę? Jak mogła?
…
Kilka tygodni później rozległ się dzwonek do drzwi. Była sobota, mama zabrała chłopców do parku, pozwalając Jagodzie pospać.
Kto tam? Witek? Po co przyszedłeś?
Na progu stał mąż.
Jagoda, wróć Z mamą już nie będziemy tak przesadzać. Wydawanie to grzech, ale więcej cię posłuchamy Kocham cię, Jaga To nasza rodzina, dzieci…
Nie! Nie! I jeszcze raz nie! Nie wrócę! Moje dzieci mają swój pokój. Ja mam swój. Oglądają bajki, ile chcą. Jedzą całe kotlety. Mogą brać czekoladki, kiedy zechcą. I już nie piorę cholernych reklamówek po zakupach! Wreszcie kupiłam sobie porządny szlafrok! Rozumiesz? Chcę zwykłej normalności. To moje pieniądze, wydaję je, jak chcę. Koniec! O rozwodzie dostaniesz pismo!
Jagoda zamknęła z hukiem drzwi i rozpłakała się. Sama nie wiedziała ze wzruszenia czy z żalu. Czekało ją więcej pracy, żeby utrzymać dzieci, ale była gotowa. Gotowa na wszystko, tylko już nigdy nie wróci do tamtego życia. To nie było jej życie…



