A ja swojego męża nigdy nie kochałam

Dziennik, 4 października

– A ja swojego męża nigdy nie kochałem.
– Ile razem przeżyliście?
– Policz sam ślubowaliśmy w siedemdziesiątym pierwszym.

Siedziałem na ławce przy mogile na cmentarzu Batowickim. Obok mnie spoczywały na chwilę dwie nieznajome kobiety, każda porządkowała groby swoich bliskich, a potem, nie wiadomo jak, zaczęliśmy rozmawiać.

– Mąż? zapytała kobieta w grafitowym berecie, zerkając na zdjęcie.
– Mąż. Rok już minął Nie mogę się przyzwyczaić, tęsknię, aż brak sił. Ciągle tu przychodzę Kochałam go ogromnie ścisnęła czarną chustę przy szyi.
Zapadła cisza, aż druga odetchnęła głęboko:
– A ja swojego nigdy nie kochałem.

Odwróciłem się zaciekawiony:
– A ile razem byliście?
– Ślub w siedemdziesiątym pierwszym.
– Jak to nie kochałeś, tyle lat w małżeństwie
– Z przekory wyszłam za niego. Podobał mi się jeden chłopak, ale odszedł do mojej koleżanki, więc na złość powiedziałam sobie: pierwsza wezmę ślub. No i był Mirek taki ciamajda. Latał za mną, byłam mu bardzo w smak, więc zgodziłam się.

– I co dalej?
– Oj! Prawie uciekłam z własnego wesela. Wieś świętuje, a ja siedzę i płaczę myślę: koniec młodości. Patrzę na narzeczonego chciałoby się wyjść z siebie! Niski, kudłaty, łysina już na czole, uszy odstające. Garnitur jak na krowie siodło. Szczęśliwy, gapi się tymi swoimi oczami A ja? Sama sobie winna.

– Co było potem?
– Zamieszkaliśmy u jego rodziców. Oni jak on, dmuchali i chuchali na mnie. Dorodna byłam, śliwkowe oczy, warkocz długi, w biuście sukienki pękały każdy widział, że nie pasujemy do siebie. Rano wstawałam, buty już wyczyszczone matka Mirka kazała mu sprzątać pod mną. Ja warczałem, rozstawiałam po kątach i na matkę wrzeszczałam, bo siebie żałowałem. Nie kochałem go No i się nie układało komu by się podobała taka synowa?

Mirek w końcu powiedział: Jedźmy na Śląsk, zarobimy, odetniemy się od rodziców, sami będziemy. Mnie było wszystko jedno byle gdzie! Z głową w chmurach. Wtedy właśnie agitowali młodych na budowy i do przemysłu cała Polska jeździła pracować. Załatwił papiery, dostaliśmy miejsce, pojechaliśmy najpierw do Katowic, potem dalej.

Rozdzielili nas w wagonach kobiety z przodu, mężczyźni z tyłu pociągu. Mirek został bez jedzenia, a ja z torbą, ale go nie mogłem zobaczyć nie było przejścia. Ja od razu zaprzyjaźniłem się z dziewczynami, śmiech, jedzenie wspólne. Pomyślałem: da sobie radę. Bułki od matki oddałam dziewczynom.

Na stacji przybiegł spytać o jedzenie aż mi głupio było. Powiedziałem, że wszystko zjedliśmy, i się załamałem. A on widział mój wstyd i zaczął pocieszać. Dobrze, że najedzone jesteście, mówił szczerze. U nas też pełno, częstują całą drogę już nie dam rady nic wcisnąć. I pobiegł do swojego wagonu.

Wiedziałem, że kłamie nie był towarzyski, zamknięty w sobie, obcy chleb go nie kusił. Mnie tylko uspokajał Za chwilę już o nim nie pamiętałem.

Kiedy dojechaliśmy i pochowali nas w baraku trzydzieści kobiet w jednym pokoju, faceci oddzielnie. Tymczasowo obiecywali mieszkania małżeńskie. Mnie to nic nie obchodziło. Gdzie Mirek do mnie nie podejdzie, ja nosem kręcę, udaję zajętego. Baby już mi zarzucały: Toż to twój mąż, a ty

Często Mirek stał pod oknami, czekał aż wyjrzę. A ja? Ani myślę. Wilgoci, chlapa, a mi wszystko jedno.

Postanowiłem się rozwieść. Dzieci nie mieliśmy, choć dwa lata minęły. Do miłości jak nie było, tak nie ma. Zdarzyło się, że wracałem do niego do baraku na noc, z litości.

Wtedy pojawił się Grzesiek wysoki, kruczoczarny, z włosami falą. Pracowaliśmy ciężko, byłem cieślą, ale życie tam było kolorowe lepsze zaopatrzenie, czeskie piwo, apelsyny, kiełbasa z zachodu, koncerty, potańcówki.

Poznaliśmy się przez koleżanki same na niego ostrzyły zęby, a on na mnie. Miłość ogromna zakochałem się.

Mirek błagał, przekonywał. Na nic. Myślałem tylko o Grześku.

Powiedziałem: Rozwodzę się z tobą.
Dali nam wtedy osobny kąt w baraku. Ale tam już nie wróciłem.

A Mirek zawsze gdzieś za mną. Idę z Grześkiem, czuję Mirek się ciągnie za nami. Ale co tam, miłość, hulaj dusza.

Koleżanka słuchała w zamyśleniu.
– Jak on to znosił?
– Znosił bo kochał. Potem Grzesiek poszedł do Kaśki, księgowej, i mnie rzucił. Gdy powiedziałam, że jestem w ciąży, obrzucił mnie błotem przy wszystkich. Rzekł: Sama wlazłaś na moją szyję, bo twój mąż to fajtłapa.

Dobrzy ludzie donieśli Mirkom. Jego miłość do mnie wyssała z niego całą siłę. Poszedł się bić z Grześkiem. Poza terenem nawet nie wiedziałam. Przekazali mi, że Mirka odwieziono do szpitala. W drodze tam klnąłem na niego gdzie mu do Grześka? A kierowca Sławek milczał, z wyrazem potępienia.

Zobaczyłem Mirka leży, siny, spuchnięty, jak nie on, noga w gipsie.

– Po co? pytam.
– Dla ciebie!

Wtedy żałowałem już tylko siebie. Byłem w ciąży, na budowie dzieci nie chcieli odsyłali kobiety do domu. To znaczyło: z powrotem na wieś, tłumaczyć, że dziecko nie Mirka Wiadomo jak mnie przyjmą Zresztą nie byłem pewien z Mirkiem też byliśmy razem

Nosiłem mu do szpitala paczki. Ale nie z miłości z obowiązku.

Gdy stanął na kulach, przyszłam, stoi w oknie w szpitalnej piżamie, stary, przeżarty żalem.

– Nie rozwódźmy się, wyjedziemy stąd, dzieciak będzie mój, nikt więcej.
– Po co ci to?
– Kocham cię
– No to jak chcesz

Odwróciłem się i poszedłem. On patrzył za mną, a ja nie odwróciłem się, choć w środku miałem motyle radość, że nie wracamy na wieś, że razem łatwiej z dzieckiem.

Wyjechaliśmy na Dolny Śląsk. Mirek cichy, ale w pracy szybko awansował technikum skończył, został brygadzistą od nowych maszyn budowlanych, ciągle w delegacjach. Wracał z prezentami sam nie zjadł, wszystko mnie.

– Mam żonę w ciąży! chwalił się, a ja spuszczałem wzrok. Dostaliśmy mieszkanie. Pracę miałem w biurze.

W szpitalu urodził się czarny, wyraźnie Grześkowy syn. Mirka nawet brew nie drgnęła, patrzył, uśmiechał się, łzy w oczach, gdy nas odbierał.

Maks był trudny od urodzenia w grzechu poczęty, chorował, płakał. Mirek nie narzekał, padał ze zmęczenia, ale nie rzucił nigdy słowa skargi.

Rok później urodziła się Marysia, Mirka córka, na cześć jego mamy. Wtedy zrozumiałem, że paskudnie zaszedłem jego rodzinie za skórę, ale teściowa się cieszyła jej imię.

Do Mirka wciąż nic nie czułem ani miłości, ani nienawiści. Przy dwójce dzieci ledwo sobie radziłem. On prał, sprzątał, pozwalał mi się wyspać.

Kiedyś zanosił się do prania bielizny, prawie musiałem mu wyrywać miskę z rąk. Przecież co ludzie powiedzą facet, kierownik, a kobiece majtki pierze On pod nosem: Woda lodowata. Lepiej jak żona się rozchoruje? Przejąłem się, złościłem, bo był zbyt oddany.

A ta jego miłość z czasem mnie drażniła.

Maks, syn, już w wieku trzynastu lat miał sprawy w sądzie dla nieletnich. Poznałem tam świetnego oficera, starszego ode mnie, kawalera. Lubiłem go, a z Maksem też dogadywał się dobrze, bo chłopiec ojca nie słuchał, popychał, słaby charakter Mirka Ja za pas, za pas! Sam przecież po sklepach kradł! Ale Mirek nie pozwalał wyrywał pasek, bronił.

W końcu Mirka skierowano na szkolenie służbowe do Warszawy. Mieszkaliśmy już wtedy w nowym mieszkaniu w Krakowie. Pytał: Jak powiesz, żebym nie jechał, zostanę. Wiedział już, że źle między nami.

Powiedziałem: Jedź.

Pojechał z goryczą. Oficer policji zaraz przy mnie zostaw go, rozwódź się, przecież go nie kochasz A ja

Kobieta w berecie usiadła. Przetarła stół z liści.
– No i co? przesiedliśmy na ty, zbliżyliśmy się.

Zamyśliłem się zmarszczka na czole. Czułem, jak ciężko wspominać.

– Myślałem, myślałem Aż przyszło list od Mirka. Do dziś je trzymam. Nikt nie wie, nawet dzieci. Pisał, że wie, że zmarnowałem mu życie, bo nigdy go nie kochałem, tylko znosiłem. Pisał, że jeśli odpiszę, że go nie potrzebuję, nie wróci. Że dzieci nie zostawi, będzie przesyłał połowę pensji, wszystko mi zostawi, życzył szczęścia. List był dobry, nie miał w sobie żalu ani żądania. Cały ból zostawił sobie, mnie wolność.

Liście z brzozy znowu spadły na stół. Dzień ciepły, złoty, niebo nad głową nieprzyzwoicie jasne. Kobieta w chustce ocierała łzy.

– Co płaczesz?
– Życie takie jak się wspomni, ściśnie za gardło Opowiadaj, co zrobiłeś. Odszedłeś?
– Nocami nie spałem. Maks wywijał, ja sam zgubiłem się w życiu. Gniotłem ten list. W pracy miałem koleżankę, mistrzynię, starsza ode mnie. Lidka, durnaś! Takiego chłopa na rękach trzeba nosić.

I rano nagle wstałem, zrozumiałem: co ja robię! On całe życie dla mnie, a ja

Wszystko przypomniałem. Jak latał za mną, jak pomagał, jak byłem chory operacja, lekarze już ręce załamują, w żółtej sali reanimacyjnej leżę A Mirek wtedy wszystkich postawił, pielęgniarkę wynajął, leków nałatwiał, nie odchodził z sali.

Kiedyś zabraliśmy nie swoją paczkę z dostawy helikopterem w śnieżycy wszystko pomieszali. Odkryliśmy w domu, że to nie nasze. Mirek w śnieg, do sąsiedniej wsi oddać paczkę. Przegadywałem nie słuchał. Ludzie czekali, nie można Wrócił z odmrożonymi policzkami, potem chory leżał.

I nagle wiedziałem: nikogo mi nie trzeba, tylko jego.

Napisać? Przecież i tak mnie nie zrozumie. Tyle lat pokazywałem mu, jak mi obojętnie

A przecież wiedziałem postanowił odchodzić, myślał, że kocham innego.

Jesień szła. Właśnie taka ciepła, kolorowa. Dzieci zapewniłem, w pracy wszystko ułożyłem i pojechałem do niego do Warszawy.

W pociągu nie mogłem usiedzieć serce wyrywało się, jakbym miał się narodzić na nowo. Tęskniłem za jego spojrzeniem, za łysiną, uszami, brzuchem, całym nim.

W akademiku powiedzieli: Na zajęciach, tam Pan dojedzie. Pojechałem jeszcze metrem, wypatrywałem go w każdej twarzy.

Nie wpuścili mnie do środka, czekałem na schodach. Wreszcie wychodzą, grupa, Mirek w czapce, krótkim płaszczu, z teczką nie poznałem jego. Minął mnie. Stałem w osłupieniu.

Oni już przeszli alejkę, wtedy zawołałem: Mirek!

On się odwrócił, zobaczył mnie, nie wierzył oczom. Staliśmy, patrzyliśmy na siebie, a liście złote spadały, jak dziś.

Jego koledzy patrzyli, śmieli się: No, to jest miłość! Po tylu latach tak się spotkać!

Kobieta w chustce wypłakiwała nos. To do końca w miłości wytrwaliście, tak?
– Do jakiego końca?
– No Czy to twój mąż tam spoczywa?
– A nie To Maks, nasz syn. Umarł młodo, nawet czterdziestki nie dożył. Zszedł na złą drogę odsiadywał, upił się Przeżyliśmy z Mirkiem swoje. Ale mąż żyje, dzięki Bogu! Teraz córce pomagamy, a Mirek tam idzie po mnie, bo za długo się rozgadałam. Może panią gdzieś podwieźć?
– Nie, jeszcze tu przy grobach zostanę. Dziękuję.

Podszedł do mnie Mirek mocno zbudowany pan w czarnej kurtce i skórzanej czapce, dobrotliwy, okrągła twarz, pogodny. Przywitał się serdecznie.

– Zmęczony, Mirku? Oj, nabiegałeś się.
Posprzątał cały grób syna, ale ciężki kosz wyrwałem mu z rąk i sam zaniosłem oszczędzać trzeba jego chore plecy.

Odeszliśmy razem pod rękę przez żółtą, pełną liści aleję cmentarną.

Zmieniając ulicę spojrzałem w tył, pomachałem tej kobiecie, a Mirek za mną.

Ona siedziała wpatrzona w pomnik swego męża i myślała o tym, że szczęście nie przychodzi samo trzeba je zaprosić do serca.

A jedynym prawdziwym szczęściem jest kochać i być kochanym.

Dzisiaj rozumiem, że tak, byla w tym cierpliwa miłość choć inna niż z romansu, niż z filmu. Ale najprawdziwsza, bo wybrana na codzień.

Rate article
Fajna Tajna
A ja swojego męża nigdy nie kochałam