Pracuję jako nauczycielka w przedszkolu. Mieszkam w małym miasteczku i znalezienie pracy było trudne dla osoby z moim wykształceniem, ale się udało. Skończyłam dwa kierunki: pedagogikę oraz psychologię. Zawsze interesowała mnie praca psychologa. Wybrałam ten kierunek studiów, bo zawsze chciałam zrozumieć ludzi, znaleźć wyjście z różnych trudnych sytuacji życiowych, dać ludziom możliwość uwierzenia w siebie, poprowadzić ich na właściwą ścieżkę, nauczyć patrzeć na świat w inny sposób i z innymi myślami. Szczególnie interesowała mnie psychologia dziecięca, ponieważ trudno jest zaakceptować i zrozumieć, że nawet małe dzieci mogą mieć traumatyczne przeżycia, nie mogą się realizować i wejść w społeczeństwo i rytm normalnego życia. Co gorsza, rodzice wielu dzieci świadomie nie pozwalają, aby ich dzieci to zrobiły.
Dostałam pracę w przedszkolu, dzieci bardzo mnie lubiły, a ja traktowałam je z uśmiechem na twarzy i chęcią pomocy we wszystkim. Każdy mój dzień wyglądał tak samo: praca, dom i obowiązki w domu, ale nie traciłam nadziei, że znajdę pracę jako psycholog, w moim drugim wyuczonym zawodzie. Brałam udział w wielu szkoleniach z psychologii, uczestniczyłam w dodatkowych kursach, a wszystko to łączyłam z pracą nauczyciela w przedszkolu.
Pewnego dnia pojechałam na kolejne szkolenie z psychologii na temat „jak rozmawiać z dziećmi porzuconymi przez rodziców”. Temat ten jest obecnie bardzo ważny. Uczono nas o tym, jak dzieci traktują rodziców, którzy poświęcają im niewielką uwagę lub w ogóle nie zwracają na nie uwagi, a powinni być odpowiedzialni za ich zdrowie psychiczne, jak wpływa to na dalsze życie tych małych ludzi. Dowiedzieliśmy się, na jakim poziomie są teraz domy dziecka i jakie mają obowiązki. Doświadczony personel skupia maksymalną uwagę na wychowankach i sprawia, że dzieci czują się komfortowo, a czasami lepiej, przebywać w sierocińcu niż z rodzicami alkoholikami.
Byłam bardzo zainteresowana tym tematem i jeszcze bardziej chciałam pracować jako psycholog. Nie robiłam sobie większej nadziei, bo mieszkałam w mały mieście i wiedziałam, że nie znajdę pracy w interesującej mnie dziedzinie, a co za tym idzie o wyższych zarobkach, mogę tylko pomarzyć. Kontynuowałam więc pracę w przedszkolu. Któregoś dnia kupiłam nasza lokalną gazetę, której kupowania zaniechałam już jakiś czas temu. Przeglądałam wiadomości lokalne i przeszłam do strony z ogłoszeniami. Jedno z ogłoszeń przykuło moją uwagę. Lokalny dom dziecka poszukiwał do pracy psychologa dziecięcego. Przez chwilę zastanawiałam się i pomyślałam, że może jest to szansa dla mnie? Takiej oferty nie można przepuścić i postanowiłam spróbować, tym bardziej że od dawna marzyłam o pracy z dziećmi. Następnego dnia poszłam do placówki, rozmawiałam z dyrektorem i zgłosiłam chęć podjęcia pracy. Nie byłam jedyną osobą ubiegającą się o tę posadę. Jak się okazało, na jedno miejsce było pięciu kandydatów. Dyrektor poinformował mnie, że jeszcze nie podjął decyzji o zatrudnieniu kogoś i zaproponował mi, abym następnego dnia przyszła do pracy na próbę. Obiecał mi, że jak się sprawdzę, to jest szansa, że mnie zatrudni. Wieczorem zadzwoniłam do koleżanki i poprosiłam ją o zastępstwo w przedszkolu i koleżanka się zgodziła.
Rozpoczęłam pracę jako psycholog w domu dziecka. W pierwszym dniu mojej pracy przywieziono małego, siedmioletniego chłopca Jasia, który bardzo płakał i mówił, że chce wrócić do mamy. Chłopczyk był przygnębiony i nie wiedziałam, jak go uspokoić. Dowiedziałam się, że dziecko pochodzi z patologicznej rodziny, rodzice byli alkoholikami i dopuścili się przestępstwa, za co trafili do więzienia. Nie było żadnych babć, dziadków i ciotek, więc chłopiec musiał zostać umieszczony w domu dziecka.
Udało mi się uspokoić chłopca. Powiedziałam mu, że tutaj będzie mu dobrze, że znajdzie przyjaciół i nigdy mu nie zabraknie jedzenia.
Wiedząc, że jestem zatrudniona w przedszkolu, poprosiłam o urlop bezpłatny i rozpoczęłam pracę w domu dziecka jako stażystka.
Od razu zabrałam się do pracy. Przyprowadzili do mnie Jasia. Chłopiec był bardzo zaniedbany wychowawczo, zamknięty w sobie, a ja starałam się wyprowadzić dziecko z tego stanu. Pierwszą rzeczą, którą musiałam zrobić, było odwrócenie uwagi chłopca od myśli o mamie. Przyprowadziłam go do innych dzieci i wspólnie się bawiliśmy. Dzieci wspólnie rysowały, grały w piłkę, skakały i były bardzo zadowolone. Jaś zaczął stopniowo czuć, że jest tu mile widziany. Dyrektor był zdumiony moją pracą i zaproponował mi etat w swojej placówce. Oczywiście zgodziłam się, ponieważ praca ta była moim marzeniem, zrezygnowałam z przedszkola i teraz pracuję tutaj w domu dziecka. Mam różne przypadki i sytuacje dzieci, wspólnie szukamy wyjścia z tych trudnych sytuacji wraz z pracownikami i robimy wszystko, co w naszej mocy, aby nasi wychowankowie czuli się tu komfortowo. Nie mogę tylko pogodzić się z myślą, że dzieci muszą mieszkać w domu dziecka, gdy ich rodzice żyją i mają się dobrze.



