Od nienawiści do miłości

Od nienawiści do miłości

Marek od zawsze nie znosił psów. Wszystko przez tamto odległe zdarzenie, kiedy jako pulchniutki, rudawy pierwszoklasista w okularach, z wypchanym książkami tornistrem, został otoczony przez sforę psów na pustym placu za blokami w Łodzi.

Przywódca szczupły, czarny z rudymi znaczeniami na pysku wpatrywał się w Marka. Chłopiec i płakał, i błagał, by psy dały mu spokój, nawet rzucał im nie zjedzone w szkole kanapki z szynką, ale psy pozostawały nieugięte.

Wódz, przy każdej próbie ruszenia się Marka, unosił wargi tylko z prawej strony i, ukazując swoje żółtawo-białe kły, warczał głucho.

Sfora trzymała Marka w okrążeniu ponad dwie godziny. Nagle, wódz obrócił prawe ucho, wyczulił się i bezszelestnie pobiegł w stronę parkowego zagajnika za pustkowiem.

Psy jeden po drugim zniknęły za drzewami. Marek otarł łzy, ścisnął mocniej tornister i pognał do domu.

Ale nie dane mu było dotrzeć do mieszkania. Stary drewniany dom, gdzie mieszkał z rodziną i paroma sąsiadami, jeszcze tlił się resztkami żaru eksplodował piecyk gazowy.

W pożarze zginął dziadek, ojciec taty Marka, do którego mówił dziadeczku.

Dziadeczek był niegdyś marynarzem, przesiąkniętym morską bryzą i słoną wodą. Miał śnieżnobiałe wąsy i brodę, którą ścinał raz do roku, zaraz po świętach. Potem zapuszczał ją, splatał w warkoczyk, upinał śmieszną gumką albo po prostu zarzucał za ucho.

Po śmierci dziadeczka i spotkaniu z psami, Marek długo się jąkał.

Drugi raz pies upomniał się o niego, kiedy wyrośnięty, wychudzony gimnazjalista, już bez okularów zamienił je na soczewki odprowadzał po lekcjach najładniejszą dziewczynę w klasie, Zuzę Kowalską.

O Zuzę starał się także Sebastian, szkolny rozrabiaka i dwójkowy uczeń, powtarzający już drugi rok w ósmej klasie. Cała szkoła się go bała, a Marek miał odwagę iść obok dziewczyny, która tak podobała się łobuzowi.

Pies wyrósł przed nimi niespodziewanie i, groźnie warcząc, zaczął odsuwać Marka od dziewczyny. Chłopak cofał się powoli, poddając się sile dużego psa. Gdy tylko Zuzia zniknęła za rogiem swojego bloku, pies też odszedł.

Marek westchnął i poszedł do domu. Następnego dnia, podczas matematyki, dostał liścik o trzech krótkich zdaniach:

Nie odprowadzaj mnie. Wczoraj Sebastian chciał cię pobić. Przepraszam.

Przyjaźń z Zuzą się nie ułożyła. Chłopak jeszcze bardziej się na psach zawziął.

Minęło wiele lat. Marek dorósł. Ukończył z wyróżnieniem studia, po kilku latach otworzył własny biznes i został przedsiębiorcą. Kariera układała się świetnie, zarabiał porządnie, miał odpowiednie znajomości. Niedługo szczęście przyszło i w domu piękna Zuzia, dawniej Kowalska, została jego żoną, a wkrótce narodził się wspaniały syn Michaś, nazwany na cześć ukochanego dziadeczka. Ośmiomiesięczny maluch jeszcze nie mówił, ale siedząc w wózku, zawsze uśmiechał się do psów i mawiał:

Hau, hau!

Tamtej niedzieli Marek spacerował z synem po parku w Łodzi. Powoli pchał wózek i opowiadał Michasiowi o ptakach, które dokarmiali w karmniku ziarnami, i o wiewiórkach, z których jedna zbiegała po świerku i brała orzechy wprost z dłoni.

Czas było wracać. Wyszedłszy z parku, Marek skręcił w stronę przejścia dla pieszych. Gdy pojawiło się zielone światło, popchnął wózek na pasy.

Skąd, jak spod ziemi, wybiegła ta zwariowana jamniczka!

Szczekała tak rozpaczliwie i broniła im przejścia, jakby za chwilę miały jej puścić gardło. W tym samym momencie tuż przed wózkiem przejechał z hukiem samochód osobowy, wyskoczył na trawnik i uderzył w latarnię.

Z auta wybiegli nastolatkowie i rozproszyli się w popłochu.

Serce Marka biło tak mocno, że sam nie wiedział, jak utrzymał się na nogach. Po jamniczce nie było już śladu, a do samochodu biegli ludzie. Ktoś chwycił Marka za ramię.

Wszystko w porządku? Wózka nie zahaczył samochód? zapytał przejęty głos przechodnia.

Marek tylko potrząsnął głową wózek cały, a dziecko zdrowe. W porządku.

Jak dotarł do mieszkania nie pamiętał. Zuzi o tym nie opowiedział, nie chciał martwić, skoro wszystko się szczęśliwie skończyło. Ale tym razem w sercu Marka coś się poruszyło na wspomnienie rudej jamniczki. Poczucie wdzięczności wobec psa, który uratował jego syna.

Przez całe popołudnie milczał, wspominając trzy przypadki z psami i zaczynał rozumieć, że to nie zwierzęta były zagrożeniem. One go chroniły, jak potrafiły. Zuzia zerkała ukradkiem na zadumanego męża, ale nie drążyła ciszy pytaniami.

Wieczorem cała rodzina wyszła na podwórko na krótki spacer przed snem. Przy dalszej ławce zgromadzili się sąsiedzi. Przechodząc obok nich, Marek usłyszał:

I co z nim zrobić? Komu taki potrzebny?

Przez ramię sąsiada Marek dostrzegł karton na ławce. A w nim maleńki szczeniaczek. Szczeniak nie miał oczu zapewne urodził się z wadą. Ludzie szeptali.

Zuzia z wózkiem ruszyła dalej i z boku czekała na Marka.

I co teraz?
Gdzie tego biedaka?
Ja bym chyba nie mogła takiego wziąć szeptały sąsiadki.

Marek podszedł bliżej, szczeniak miał piękną czekoladową sierść. Cicho piszczał, kręcąc łebkiem, szukając znajomego zapachu.

Ale wokół nie było już ciepła matki.

Mężczyzna znieruchomiał na moment, po czym zdecydowanie odwiązał szalik z szyi wiosna była chłodna, szczególnie wieczorem.

Ostrożnie, oburącz, chwycił malca pod brzuszkiem i uniósł szczeniaczek miał lekko powykręcane tylne łapki.

Za Markiem zaszlochał czyjś cichy kobiecy głos.

Marek delikatnie owinął ślepaczka swoim szalikiem, ułożył go na ramieniu jak niemowlę i powiedział:

No dobrze, maluszku, chyba twoja kolej. Chodź, przedstawimy cię naszej mamie. Ona jest dobra i na pewno znajdzie dla ciebie w lodówce mleko.

Poszedł w stronę młodej, pięknej kobiety, która stała przy wózku i patrzyła na niego z miłością w oczachGdy stanął przy Zuzi, ta spojrzała na zawiniątko, w jej oczach rozbłysła łza i uśmiech pełen zrozumienia. Michaś, jakby wyczuł nowego towarzysza, sięgnął rączką i pogłaskał szczenię po karku.

Na chwilę, jakby świat zdjął buty i szedł na palcach wszystko ucichło. Wieczorne światła uliczne łagodnie odbijały się w kasztanowych włosach ich synka i w czekoladowym futerku ślepaczka.

Witaj w domu, maluszku szepnęła Zuzia.

Marek poczuł ciepło rozlewające się po sercu, jakby nareszcie znalazł w dziejach własnego lęku drogę powrotną drogę, na której strach ustępuje miejsca miłości.

A kiedy minęli ławkę i zniknęli za klonami, Marek po raz pierwszy świadomie uśmiechnął się do siebie na myśl o psach.

Może i nie widział ich oczami, ale przecież sercem zobaczył więcej.

Rate article
Fajna Tajna
Od nienawiści do miłości