Nadzieja już nie istnieje

Nadziei już nie ma

Nie chcę waszych pieniędzy! powiedziałem w złości i rzuciłam zgniecione banknoty na podłogę.

Ale to przecież twoje pieniądze odpowiedziała właścicielka mieszkania. W tym, co się stało, nie ma mojej winy. Proszę, nie rób scen, bo sąsiadów pobudzisz.

Rzuciłem jej gniewne spojrzenie, odwróciłem się na pięcie i wyszedłem na klatkę schodową.

Gdy tylko przeszedłem przez drzwi wejściowe, ciemność na chwilę zasnuła mi oczy, ledwie dotarłem do ławki. Usiadłem, zakryłem twarz dłońmi i zacząłem płakać cicho, niemal bezgłośnie. I przeklinałem siebie za to, co zrobiłem:

Gdybym tylko wiedział, jak to wszystko się skończy, nigdy nie pojechałbym na ten ślub!

*****

Sławek, żenię się! usłyszałem w słuchawce znajomy głos Marcina. Ślub za miesiąc. Potem wesele, a nawet poprawiny. Przyjedziesz?

Gratuluję, Marcin, naprawdę cieszę się z całego serca. Tylko westchnąłem ciężko.

No, mów Co jest?

Wybacz, ale chyba nie dam rady przyjechać. Bardzo bym chciał, naprawdę, ale

Jak to?! Marcin wyraźnie się zdziwił. Przyjaźnimy się od podstawówki, razem przechodziliśmy przez wszystko, a teraz nie przyjedziesz na mój ślub? Chcesz mnie obrazić?

Nie przyszło mi to nawet do głowy. Po prostu Wesele i poprawiny to nie jeden dzień.

No właśnie Trzy dni. Myślę, że bez problemu dostaniesz wolne w pracy.

Tu nie chodzi o pracę. Problem w tym, że mam kota. Nie mam go z kim zostawić. I nie wezmę go ze sobą, sam rozumiesz Więc

Sławek, nawet nie chcę słuchać wymówek! Musisz być na moim ślubie i poprawinach! Kota przekaż komuś do opieki, w końcu są hotele dla zwierząt, tymczasowa opieka. Wszystko da się załatwić, jak się chce. Jak sam nie dasz rady, pomogę ci.

Nie wiem, Marcin

Masz cały miesiąc, stary. Nie zawiedź mnie. W tak ważnym dniu chcę, żebyś był obok.

Po rozmowie z Marcinem długo się zastanawiałem. Z jednej strony nie chciałem rozczarować najlepszego przyjaciela, z drugiej nie miałem pojęcia, co zrobić z Bazylim.

Zostawić go samego w mieszkaniu nie wchodziło w grę, nawet z zapasem karmy i wody na miesiąc. Bazyli był bardzo towarzyskim kotem. Samotność, nawet na dwatrzy dni, to dla niego była tragedia.

Myślałem o tym codziennie, w końcu stwierdziłem, że muszę pojechać na ślub. A Bazylego oddać pod opiekę starszej pani z ogłoszenia.

Przynajmniej byłem przekonany, że pani jest porządna i odpowiedzialna.

Pani Elżbieta, do której ogłoszenia dotarłem przez internet, od lat prowadziła domową opiekę nad kotami i gwarantowała, że odda koty właścicielom zdrowe i całe.

Oczywiście, w internecie można napisać wszystko. Przeczytałem więc dokładnie wszystkie opinie większość bardzo pozytywna, wielu chwaliło ją za opiekuńczość, część klientów wracała po raz kolejny. Co przesądziło sprawę pani Elżbieta przez lata pracowała w weterynarii, więc w razie czego była w stanie udzielić fachowej pomocy.

Zadzwoniłem, umówiliśmy się na spotkanie.

Trzypokojowe mieszkanie, największy pokój przeznaczony tylko dla zwierząt. Warunki były naprawdę dobre, a sama właścicielka ciepła i serdeczna.

Miałem pewność, że Bazylemu nie zabraknie towarzystwa innych kotów, więc nie będzie się nudził.

Bazyli, stary, nie będzie mnie tylko trzy dni. Dasz radę, co?

Kocur otarł się o moje nogi i spojrzał prosto w oczy. Znałem ten wzrok prosił, żebym go wziął na ręce. Ale już musiałem wychodzić.

Proszę się nie martwić uśmiechnęła się pani Elżbieta szeroko. Na pewno wszystko będzie w porządku.

Bardzo na to liczę. Proszę, tu jest tysiąc złotych za opiekę. Gdyby coś się działo od razu proszę dzwonić.

Oczywiście.

*****

Trzy dni minęły błyskawicznie.

Marcin był szczęśliwy, ja również cieszyłem się jego nowym etapem w życiu. Jego świeżo upieczona żona zrobiła na mnie bardzo dobre wrażenie.

Codziennie myślałem o Bazylim, codziennie dzwoniłem do pani Elżbiety:

Dzień dobry, jak mój Bazyli? Nie sprawia kłopotu?

Dzień dobry, panie Sławku. Kotek je normalnie, do kuwety chodzi jak należy. Wraca pan za trzy dni, tak?

Tak, dokładnie. Coś się stało?

Nie, nie, tylko pytam. Często bywa tak, że ktoś się spóźnia i mówi na ostatnią chwilę. Chcę sobie wszystko ułożyć.

Nie, nic się nie zmieniło. Zresztą i tak nie dałbym rady rozstać się z Bazylim na dłużej.

Kiedy wróciłem do Krakowa, od razu zadzwoniłem i uprzedziłem, że przyjadę odebrać kota.

Tak, czekam westchnęła smutno.

Ten westchnienie długo nie dawało mi spokoju.

Za bardzo się martwię Nic przecież nie mogło się stać. Przecież mówiła, że wszystko z Bazylim w porządku próbowałem się uspokoić, ale niepokój narastał.

Pana kot uciekł wyznała mi spokojnie pani Elżbieta.

Słucham?! Jak to?

Wie pan, sąsiedzi nad nami zaczęli remont. Był taki hałas, że wszystkie koty się wystraszyły. Poszłam poprosić ich, żeby na kilka dni ciszej robili i wtedy, gdy tylko uchyliłam drzwi, pański Bazyli wybiegł na klatkę. Nie zdążyłam zareagować.

Dlaczego nie zadzwoniła pani od razu? krzyczałem. I dlaczego mnie pani okłamała?

Liczyłam, że sama go odnajdę. To się czasem zdarza mam tu kilka kotów, czasem wymkną się przez nieuwagę, ale zawsze dotąd udawało mi się je odnaleźć i przyprowadzić z powrotem. Ale Bazylego nie znalazłam. Ogłoszenie w internecie zamieściłam, niestety bez skutku. Ale jeszcze nic straconego, może się odnajdzie, proszę się nie załamywać.

Żebym się nie załamywał?! Jak pani mogła? Przecież pani obiecała

Może pan odebrać pieniądze powtórzyła.

Nie chce mi się tych pieniędzy! powtórzyłem i rzuciłem jej zmięte banknoty pod nogi.

To jednak pańskie pieniądze odpowiedziała sucho. I nie przesadzaj pan, naprawdę nie ma mojej winy. Skandalu tu nie potrzebujemy, bo sąsiedzi już się budzą.

Rzuciłem pogardliwe spojrzenie na kobietę w progu, odwróciłem się i zszedłem po schodach.

Kiedy wyszedłem z klatki, ledwo powłóczyłem nogami do ławki. Nie wierzyłem w to, co się stało. Po co w ogóle jechałem na ten ślub? Po co zostawiłem Bazylego?

Wspominałem wtedy dzień, kiedy, wracaoąc z pracy, u progu bloku znalazłem tego rudego sierściucha. To był 30 grudnia, przede mną długi weekend. Planowałem wtedy odpocząć, ale on mały rudy kociak wskoczył mi na kolana i nie pozwolił przejść dalej.

O, to ci niespodzianka! zaśmiałem się pod nosem.

Wziąłem go na ręce. Innego rozwiązania nie widziałem.

Nowy Rok spędziłem z Bazylim; weekendy zamiast dla siebie poświęcałem jemu. Nawet nie zauważyłem, kiedy pokochałem tego kota całym sercem.

Synku, może poznaj wreszcie jakąś porządną dziewczynę, a nie tylko koty z ulicy przynosisz! śmiała się mama przez telefon.

No cóż, los chciał, że pierwszy był kot. A dziewczyna będzie musiała się przyzwyczaić, że jest w kolejce druga.

W pracy wszyscy się ze mnie śmiali.

Sławek, koty zawsze się same przypałętają wtedy, kiedy na dworze zimno, leje albo wieje. Potem nagle pojawiają się znikąd, takie smutne, zmarznięte, patrzące z nadzieją mówiłem dziewczynom z biura.

A potem? pytały chichocząc.

I potem już nie możesz sobie odmówić. Zgadzasz się, bierzesz swoje szczęście pod pachę i niesiesz do domu.

Ty to powinieneś pisać książki, Sławek śmiały się.

Nie do końca rozumiały, czemu tak kocham kota bo same jeszcze nie miały żadnego. Ale kiedyś zrozumieją.

Z Bazylim mój dom był pełen nie tylko sierści, ale i ciepła, domowego spokoju i radości.

Codziennie, wracając z pracy, widziałem go pod drzwiami, jak czeka wiernie.

Miau! wołał z radością, po czym ocierał się czołem o moje kolana.

Najbardziej lubił spać mi na kolanach, czasem wciskał się pod kołdrę, mruczał głośno jak kombajn w PGRze.

A teraz Nikt nie czeka. Nikt nie mruczy. Bazylego nie ma.

A raczej mam ogromną nadzieję, że gdzieś jest. Tylko nie wiem, gdzie.

Dość tego! powiedziałem, wstając z ławki. Nie będę siedział z założonymi rękami. Muszę go znaleźć.

*****

Halo! Znalazł go pan?! wykrzyknąłem do wolontariusza telefonu, który pomagał mi w poszukiwaniach.

Może tak Dostałem dziś wiadomość od pani, która znalazła kota na osiedlu; wygląda dokładnie jak twój Bazyli. Czeka dziś na ciebie. Wyślę adres SMS-em.

Bardzo dziękuję!

Byłem ogromnie wdzięczny wszystkim ludziom, którzy mi pomagali, bo sam na pewno bym nie dał rady. Od ucieczki Bazylego minęło już półtora miesiąca.

To było najgorsze półtora miesiąca mojego życia. Wieczorami wertowałem ogłoszenia o zaginionych zwierzakach, przeglądałem galerie zdjęć ale Bazylego wśród nich nie było.

Najgorsze, że miałem w telefonie tylko stare zdjęcie rudego kociaka sprzed pół roku.

Nigdy nie przypuszczałem, że będzie mi kiedyś potrzebna jego aktualna fotografia.

Bazyli przez ten czas bardzo się zmienił, urósł dlatego nikt go nie rozpoznawał.

Wyskoczyłem z taksówki, wszedłem na klatkę i zadzwoniłem domofonem.

Tak? usłyszałem kobiecy głos.

To Sławek. W sprawie rudego kota, którego pani znalazła. Wolontariusz dał mi adres.

Zapraszam.

Po dziesięciu minutach wyszedłem roztrzęsiony przed blok i rozglądałem się w poszukiwaniu ławki. Nie było gdzie usiąść, więc płakałem stojąc.

Kot, którego znalazła ta pani, był rzeczywiście rudy. Ale to nie był mój Bazyli. Ładny, przyjazny ale nie mój

To ja go sobie zostawię powiedziała kobieta, przytulając pupila. Ale niech się pan nie poddaje. Wierzę, że odnajdziesz Bazylego. Trzeba wierzyć.

Pierwszy raz w życiu patrzyłem na kogoś z zazdrością. Dlatego pośpiesznie się oddaliłem żeby nie narzucać jej swojego smutku.

W kolejnych miesiącach kilka razy jeszcze ktoś dzwonił w podobnych sprawach. Za każdym razem jechałem z nadzieją, a wracałem rozczarowany.

Może to było największe życiowe wyzwanie: biegniesz, ściskając serce, a wchodząc do mieszkania widzisz to nie twój kot.

Synku, wiem, jak bardzo go kochasz mówiła mama w telefonie. Ale musisz żyć dalej. Znajdziesz sobie drugiego rudego kotka. U sąsiadki na wsi cała gromadka się urodziła, nawet jeden rudy.

Dziękuję, mamo. Ale ja nie chcę innego

Po pół roku, kiedy Bazylego nadal nie było, wiedziałem już: nie ma nadziei.

Modliłem się tylko o jedno: żeby Bazyli był żywy. Nieważne, z kim jest oby żył, nawet jeśli gdzieś z innymi bezdomnymi kotami.

*****

Nie wiedziałem, co robić dalej.

Czułem winę. Głupio mi było przed samym sobą. Taki ślub co z tego? Mogłem nie jechać i nic by się nie stało.

A tak oddałem kota obcej osobie. Straciłem go.

Teraz nie wiem, co z nim i gdzie jest. Ta niewiedza jest gorsza niż wszystko inne.

W weekendy, zamiast siedzieć w pustym mieszkaniu, wychodziłem na miasto. Chodziłem po krakowskich osiedlach, szukałem po śmietnikach.

Oczywiście, już dawno przestałem wierzyć, że Bazyli się znajdzie. Ale i tak szukałem.

Sam nie wiedziałem jak, ale pewnego razu stałem u bram schroniska na obrzeżach miasta.

Może mama ma rację? Może faktycznie wziąć innego kota? przemknęło mi przez głowę.

Natychmiast odrzuciłem tę myśl.

A jeśli Bazyli kiedyś się odnajdzie? Co sobie pomyśli? Że go zdradziłem?

Już miałem zawrócić, gdy zobaczyłem pracowniczkę schroniska.

Dzień dobry. Przyszedł pan do nas?

Trzęsąc się, pokiwałem głową.

Jeśli chce pan adoptować zwierzaka, chętnie pokażę naszych podopiecznych. Proszę się nie stresować, można tylko pooglądać.

Nie miałem siły odmówić.

To Szymek. Dalej siedzi Felek. Prawda, że ładne? pytała.

Tak bardzo ładne.

Nie umiałem tego wyjaśnić, ale w schronisku poczułem ulgę po raz pierwszy od miesięcy. Koty i psy, spoglądające z nadzieją, jakby leczyły moją duszę na odległość. Przez chwilę nie chciało mi się stąd wychodzić.

A tam, w ostatnim boksie, kto jest? wskazałem na koniec korytarza.

Tam mieszka kot, którego nazywamy Pustelnik. Bo nikogo do siebie nie dopuszcza. Rzadko daje się nakarmić, a o adopcji nie ma mowy. Pół roku temu znaleźliśmy go ledwo żywego stanęliśmy go na nogi, ale kontaktu nie utrzymuje z nikim.

Coś ścisnęło mi serce.

Mogę zobaczyć?

Zapraszam.

Rudy kot demonstracyjnie się odwrócił, ignorując nas kompletnie. To nasz Pustelnik wyjaśniała dziewczyna, ale już jej nie słuchałem. Patrzyłem w oczy temu kotu i

nie, to się chyba nie dzieje.

Bazyli? wymamrotałem cicho. Bazyli, to ty?

Kot ostrożnie odwrócił głowę i spojrzał na mnie z zaskoczeniem.

Nie, to mi się zdawało

Bazyli! zawołałem mocniej. Boże, naprawdę żyjesz! Chodź tu, mój kochany! Poznajesz mnie, Bazyli?

Kot spojrzał jeszcze raz jakby próbował rozpoznać głos, zapach. I już wiedział.

Tylko przez moment się wahał. Przecież mnie porzuciłeś! A może nie Jeśli wróciłeś, to po co? myślał pewnie po kociemu.

Jego instynkt podpowiadał jednak jedno biec! I pobiegł. Prosto w moje ramiona. Pracownica zdążyła tylko otworzyć boks, a ja już tuliłem do siebie Bazylego.

Patrzyli na nas wszyscy pracowniczka, inni ludzie, psy i koty. Nawet chmury i słońce patrzyły i się uśmiechały. W takich momentach aż chce się uśmiechać.

Wyszedłem z Bazylim ze schroniska, obiecując, że będę pomagał w końcu to dzięki nim mój kot wrócił do mnie.

*****

W drodze do domu Bazyli mruczał jak traktor i czasem miauczał, opowiadał mi ten straszny dzień: Tak się wtedy przestraszyłem, był taki hałas, a ciebie nie było. Więc pobiegłem cię szukać. Ale wpadłem pod samochód. Jak się cieszę, że mnie znalazłeś. Już mnie nie zostawisz, prawda? na chwilę przestał mruczeć i spojrzał mi w oczy.

Nie zostawię cię, Bazyli. Nigdy.

Rate article
Fajna Tajna
Nadzieja już nie istnieje