Danusia, wybieramy się do was w odwiedziny! Już mamy kupione bilety! tak nietypowo rozpoczęła rozmowę daleka krewna Danusi. Naprawdę bardzo daleka Bo Danusia za nic w świecie nie mogła sobie przypomnieć, kim jest ta osoba
Danusia ze zdziwieniem patrzy na telefon, próbując ustalić, kim jest kobieta po drugiej stronie, po co dzwoni i czego właściwie chce. Najbardziej jednak zastanawia się, skąd obca kobieta zna jej imię.
Kto mówi? Jakie odwiedziny?
Danusia zachichotał kobiecy głos no co ty? To ja, twoja ciocia Liza!
Danusia nawet mocno się wysilając, nie mogła sobie przypomnieć żadnej cioci Lizy, ale przezornie zapytała:
A co się stało?
Odwiedzić was chcemy! Mieszkacie nad morzem, prawda? My tylko na dwa dni, po prostu Lechowi mojemu synowi bardzo trzeba
Po krótkiej wymianie zdań Danusia zrozumiała, że Lechu, syn cioci Lizy, wymaga leczenia i lekarze zalecili mu morski klimat. Przynajmniej tak twierdziła Liza. Obiecała, że nie będzie robić problemów, posprząta po sobie i we wszystkim pomoże. Danusia z trudem zgodziła się na wizytę, choć czuła, że to kiepski pomysł. Miała złe przeczucia.
Dzięki, Danusiu! zawołała z radością kobieta. Przyjedziemy w piątek.
Rozłączyła się szybko. Danusia westchnęła i spojrzała na swojego dwunastoletniego syna, Igora.
Coś nie tak, mamo? Znowu ktoś przyjeżdża?
Jakaś ciocia Liza, wzruszyła ramionami Danusia.
Zadzwoń do babci i dopytaj, kto to taki! Igor nie przepadał za takimi gośćmi, bo zwykle jedno obiecywali, drugie robili.
Ostatnimi czasy Danusia wszystkim odmawiała gościny, ale w tym przypadku, skoro chodziło o dziecko, postanowiła się zgodzić. Tym bardziej, że wizyta miała trwać tylko dwa dni.
…Danusia kupiła domek w Gdyni trzy lata temu, po rozwodzie i podziale majątku. Przeprowadziła się tu z synem i od razu odkryła nagle mnóstwo rodzinnych koneksji, o których wcześniej nie miała pojęcia.
Na początku nowe znajomości ja cieszyły, ale szybko zorientowała się, że wielu z tych krewnych wpadało do niej, bo wszystko mieli na gotowe i nawet talerza po sobie nie chcieli umyć. Do tego wydawali polecenia, że skoro to jej dom, to ona musi sprzątać i kupować jedzenie.
Oczywiście, Danusia szybko postawiła granice: mówiła wprost, że to nie pensjonat. Niektórzy i tak przyjeżdżali, ale nie wpuszczała ich za próg. Trafiali się też normalni, którym rzeczywiście zależało na kontakcie i którzy pomagali, i z takimi kontakt ją cieszył ale było ich niewielu.
Teraz zastosowała się do rady Igorka i zadzwoniła do mamy, która została w Białymstoku, ale raz czy dwa do roku do nich wpadała na odpoczynek.
Cześć, Danusiu odezwała się mama.
Cześć, mamo, jak tam u ciebie?
Chwilę rozmawiały o bieżących sprawach, po czym Danusia przeszła do tematu cioci Lizy i jej syna.
Takich osób nie znam odpowiedziała zaskoczona mama. Może to jakaś dalsza rodzina, od strony twojego taty? Spytam go, ale wątpię, żeby wiedział.
Nic z tego nie wyszło. Danusia musiała czekać na rodzinkę.
Przyjechali po dwóch dniach, jak zapowiadali. Ciocia Liza kobieta postawna, z przebiegłym spojrzeniem i Lechu, który okazał się nie małym chłopcem, ale piętnastoletnim dryblasem. Później Danusia dowiedziała się, że żaden lekarz leczenia nie zalecił, po prostu Elżbieta zapragnęła taniego wczasowania. Nic nowego.
Czemu nie odebrałyście nas z dworca? to pierwsze słowa cioci Lizy. Nawet tata Danusi jej nie pamiętał.
Mama nie musi tego robić burknął Igor, stojąc przy Danusi.
Elżbieta udawała, że nie słyszy jego uwagi, ale rzuciła na niego zagniewane spojrzenie.
Danusia, gdzie postawić rzeczy? Gdzie będą nasze pokoje?
Jest jeden pokój dla was, spoważniała Danusia, nie mam miejsca dla każdego osobno.
Jak to? Słyszałam, że macie wielki, piękny dom! Nad samym morzem.
Nie wiem, skąd to macie. Ale jeśli coś wam się nie podoba, możecie wynająć pokój w pensjonacie odpowiedziała Danusia spokojnie. Nie chcę zaczynać znajomości od kłótni.
Od razu uśmiechnęła się (jakby nigdy nic), po czym zaczęła łagodnie się tłumaczyć:
Danusiu, kochana, coś ty, nie wyrzucaj nas od razu! Trochę się zagotowałam, jestem zmęczona po podróży. Chodźmy do środka!
Pierwsza weszła do domu, za nią powlókł się Lechu z bagażami. Igor spojrzał znacząco na Danusię.
Mamo, zobaczysz, pożałujesz, że ich wpuściłaś.
To tylko dwa dni próbowała uspokoić siebie i syna Danusia.
Szczęśliwie resztę dnia spędzili względnie spokojnie. Elżbieta i syn wcześnie położyli się spać, choć trochę marudzili, że wolą spać osobno. Danusia miała jeszcze dwie wolne izby, ale były w remoncie, a proponowana wersalka w salonie im nie odpowiadała. Pogodziła się z tym i sama poszła spać.
Noc minęła bez incydentów, ale rano Danusię obudził hałas. Z trudem zerknęła na zegarek szósta rano. Danusia to typowa sowa i nie znosi budzenia bladym świtem. Igor o tym wiedział, wstawał cicho i zajmował się swoimi sprawami, czasem szedł do sąsiadów, zostawiając tylko karteczkę, gdzie poszedł.
O co chodzi? ziewając, Danusia wychodzi do salonu.
Nic, Danusiu ciocia Liza wyrzuca górę ubrań z torby. Strój kąpielowy gdzieś mi wsiąkł.
Nie dało się tego zrobić ciszej, w swoim pokoju?
Nie miałam gdzie tego rozłożyć! Poza tym starałam się nic nie hałasować.
Okazało się, że hałas był na podwórku Lechu walił patykiem w metalowe wiadro, czekając na matkę. Ta nie spieszyła się wcale.
Powiedz mu, żeby przestał, zaraz mnie sąsiedzi zamordują powiedziała Danusia do Elżbiety.
Ta odburknęła coś niechętnie, ale wrzasnęła do syna, a ten usiadł na ławce pod drzewem.
Danusia pojęła, że snu już nie odzyska i poszła do kuchni.
Gdzie idziesz?
Na kawę, warknęła Danusia.
Kawusia, świetnie! Dla mnie duża, z mlekiem, trzy cukry!
Danusia stanęła. Spojrzała na bezczelną ciotkę.
Pani Elżbieto, nie znam pani nawet z imienia ojca, wjeżdżacie do mnie, bez pytania, budzicie w środku nocy, a teraz jeszcze rozkazujecie mi robić kawę?!
Ależ co ty, to już nie noc, Danusiu! Mów mi Elżbieta, Elżbieta Sergiejewna, chociaż nie wiem, czy to po polsku To jak z kawą?
Samoobsługa!
Już miała zrujnowany humor. Igor przyszedł do kuchni, współczująco poklepał matkę po ramieniu.
A nie mówiłem, mamo? Oni mają wypisane na twarzy, jacy są nachalni. Jeszcze czas ich pogonić!
Jeszcze tylko jeden dzień westchnęła Danusia.
A oni już od rana wszystkich pobudzili!
W kuchni zjawiła się Elżbieta z nadąsaną miną.
Kawy jednak nie zrobiłaś?
Mama nie musi tego robić! Zrób sobie sama! Igor znowu ją obronił.
Danusiu, nie uczysz syna, że dzieci mają słuchać starszych?
Proszę mi syna nie zaczepiać! Danusia czuła, jak w niej narasta złość.
Nie jestem dzieckiem syknął Igor.
Elżbieta w ciszy zrobiła sobie kawę, potem, uśmiechnięta tak, jakby nic się nie stało, zapytała:
Danusiu, nie zaprowadzisz nas nad morze?
Zejdziecie ścieżką, tam od razu będzie widać wybrzeże. Proste.
A ty z nami nie pójdziesz?
Igor zerknął na matkę ewidentnie nie chciał akompaniować im na plaży.
My pójdziemy dopiero po południu. Idźcie same.
A co będzie na obiad?
Danusia zazwyczaj gotowała dla siebie i Igora, a dla gości tylko wtedy, gdy byli mili i dokładali się do zakupów. Nie było ją stać na żywienie tłumów. W wielu przypadkach odpowiadała tak samo, jak dziś:
My z Igorem jemy w domu, wy możecie zjeść w barze obok.
Ale nie mogłabyś nam coś przygotować? Nie znoszę jadłodajni ciocia Liza próbowała zmiękczyć Danusię.
Mogę, za odpowiednią opłatą. Też nie mam zbyt wielu pieniędzy, przyznała szczerze Danusia.
Elżbieta prychnęła urażona.
To już wolę w barze, tam pewnie lepiej gotują!
Igor odparł coś pod nosem, ale nie skomentował głośno.
I tak w atmosferze ciągłych sprzeczek minęły te dwa dni. Drugiego dnia okazało się, że Elżbieta nawet nie zamierza się wyprowadzać. Kiedy Danusia przypomniała o ustalonych dwóch dniach, usłyszała tylko:
Danusiu, no coś ty! Wyrzucisz nas? Urlop mamy na tydzień. Pospimy jeszcze trochę, to chyba nie problem?
Dla Danusi to był problem. Straciła spokój przez te dwa dni, a ich obecność ją zwyczajnie męczyła. Zwłaszcza Elżbieta była nieznośna. Lechu chociaż niby dziecko robił głupie psoty, np. podstawiał Igorowi nogę, śmiecił, hałasował na podwórku. Sąsiedzi już zaczęli się skarżyć.
Owszem, to problem. To mój dom i za parę dni przyjeżdżają do mnie przyjaciele. Proszę, spakujcie się i wyjdźcie jutro rano. Tak się umawialiśmy.
Danusia mówiła spokojnie, zdecydowanie. Elżbieta była zszokowana. Oczy zrobiły się jej wielkie, prawie krzyczała:
Jak możesz tak postępować? Wyrzucasz rodzinę na ulicę? Gdzie my pójdziemy, na dworzec? Jak ty możesz?
Lechu stał obok, zawstydzony. Było widać, że źle się czuje w tej sytuacji.
Jaką rodziną? Nikt was u nas nie pamięta! Macie czas do rana. A jak coś ukradniecie albo zniszczycie dzwonię na policję.
Danusia wyszła, z ulgą, że postawiła na swoim. Rano Elżbieta i Lechu się wynieśli, narzekając i złorzecząc, ale byli zmuszeni opuścić dom. Od tamtej pory Danusia postanowiła nie wpuszczać żadnych krewnych, nawet na dwa dni.



