Mamy za sobą trzydzieści lat wspólnego życia. Wiem, jak oddycha w nocy i co lubi na śniadanie. A on zamienił to wszystko na uczucia z czasów studiów i odszedł do kobiety z idealnym photoshopem. Tej nocy nie płakałam wypełniłam zamrażarkę kostkami lodu i zrobiłam listę. Listę rzeczy, które zrobię, by sprowadzić go z powrotem aż sam będzie błagał, żebym go przyjęła z powrotem. Pierwszy punkt spotkanie z jego nową wybranką.
Mówią, że pierwsza miłość jest jak ospa jak przechorujesz w młodości, zostaną blizny na całe życie, ale sama choroba już nie wraca. Okłamali nas. Albo to była jakaś inna zaraza.
Moja historia zaczyna się w momencie, gdy świat, który budowałam przez trzy dekady jak solidny dom z bali, nagle popękał. Nie od fundamentów, ale od dachu, dokładnie od anteny, która łapała cudze sygnały.
Z siostrą dorastałyśmy pod hasłem mamy: Najcenniejsze, co macie, to nie mieszkanie ani samochód, ale opinia o was. A zaraz po niej wasza godność. Mama była kobietą starej daty, o żelaznych zasadach. Może dlatego wyszłam za Wojtka, nie mając za sobą żadnego wcześniejszego romansu. Był moim pierwszym mężczyzną. I jedynym. On zaś… nie byłam dla niego pierwsza. Nigdy mi to nie przeszkadzało. Do czasu.
Tamta niedziela była leniwa i duszna. Za oknami naszego domu na Jeżycach rozkwitała czeremcha. Wojtek pił herbatę z miętą, zapatrzony w jeden punkt. Potem odstawił kubek, strzelił palcami i powiedział zdanie, które rozłupało ciszę, jak siekiera klocek drewna:
Jagna Chyba się wyprowadzę.
Odruchem dalej smarowałam masło na chleb. Masło się kruszyło, bo było za zimne.
Na delegację? spytałam, choć po jego twarzy widziałam: nie, nie na delegację.
Poznałem Martę. Pamiętasz, wspominałem czasem? Studiowaliśmy razem. Pierwsza miłość. I to to uczucie nie zniknęło, Jaga. Ono tylko czekało. Nie chcę cię okłamywać. To byłoby podłe.
Mówił, a ja patrzyłam przez okno, jak syn sąsiadów kopie piłkę. Piłka obijała się o ścianę garażu: bum-bum-bum. Równym rytmem do jego słów. Dzieci już dorosły, mieszkanie wydaje się za duże, wnuki pewnie niebawem… Powiedział coś jeszcze o szczerości i że uczuć się nie wybiera. A mnie w gardle tak zaschło, jakbym zjadła pustynię. Pokazałam tylko na dzbanek z wodą.
Źle ci? zerwał się, nalał. Jagna! Nie strasz mnie.
Mi? mój głos zabrzmiał ochryple, jak wrona. Fantastycznie. Szczęście przecież przychodzi i odchodzi, a rybę zawsze trzeba czyścić świeżą.
Wypiłam wodę, czując jak spływa w lodowatą pustkę w środku. Potem wstałam i poszłam do łazienki. Zamek wykluczył mnie z jego świata, z jego słów, z całego świata. Odkręciłam wodę na pełen gwizdek, by nie słyszał mojego oddechu. Ale on słyszał wszystko. Zawsze słyszał.
Jagna! Otwórz! walił pięścią w drzwi. Wyważę!
Daj mi spokój! powiedziałam przez drzwi. Muszę się tylko umyć.
Żartowałem! Wyjdź! krzyknął tak, jakby naprawdę wierzył, że to przejdzie za żart.
Spojrzałam w lustro. Patrzyła na mnie kobieta podobna do starej lalki, którą ktoś wrzucił do kałuży. Matowe włosy, worki pod oczami, nos spuchnięty. Księżniczka. Pokręciłam głową tam i z powrotem. Boże, ile ten Wojtek ze mną wytrzymał? Przecież on znalazł sobie skrytkę na uczucia.
Umyłam twarz lodowatą wodą, uczesałam się, usta zaciśnięte. Wyszłam jak królowa tuż po detronizacji, robiąc dobrą minę do złej gry.
Stał w przedpokoju blady, trzęsły mu się ręce. Żaden z niego bohater. I ta jego żałość nie przyniosła mi ulgi. Wręcz przeciwnie. Potrzebowałam powietrza. Wyjść z tego mieszkania, gdzie ciągle czuć jego wodę kolońską.
Idę do parku. Nie idź za mną.
Jaga, serce twoje? A jak ci się pogorszy?
Serce? uśmiechnęłam się z ironią. Serce mam teraz w trybie oczekiwania do końca swoich dni. Nie idź.
Chciał coś powiedzieć, ale narzuciłam kurtkę i wyszłam.
Park Dębiecki skąpany jest w słońcu. Młode mamy prowadzą wózki, dziadek na ławce czyta gazetę, starsza pani z jamnikiem mocuje się ze smyczą. Życie biegnie swoim rytmem. Siadam na ławce, patrzę na twarze kobiet. Która z nich to ona? Może ta w czerwonym berecie? Albo tamta z siwymi lokami? Gdzie ją znalazł? Na Naszej Klasie? A może spotkali się przypadkiem w kolejce po szynkę? Myśl, że jej szukał, pisał, planował spotkania, pali mnie od środka. Muszę ją zobaczyć. Dotknąć jej. Zrozumieć, czym jest lepsza ode mnie.
Wracam do domu po czterdziestu minutach. Wojtek siedzi w kuchni i patrzy na zimną herbatę.
Jesteś? pytam chłodno.
A gdzie miałbym być? spogląda na mnie. Jaga, możemy pogadać?
Już rozmawialiśmy. Odwieszam kurtkę. Powiedziałeś wszystko, usłyszałam. Nie mam pytań.
Jagna, proszę cię…
Co jest? siadam naprzeciwko. Chcę zrozumieć mechanizm. To ona do ciebie napisała, czy ty do niej?
Westchnął ciężko, już wiedział, że mu nie odpuszczę.
Napisała do mnie przez Messengera. Kilka miesięcy temu. Natrafiła przypadkiem na moją stronę, mówi.
Jasne, przypadkiem. W sieci wszystko przypadkiem, zwłaszcza kiedy szukasz dawnych sympatii. I co dalej? Poszliście na kawę?
Spotkaliśmy się kilka razy. Porozmawialiśmy.
O pierwszych miłościach, oczywiście. O niespełnionych nadziejach. Wojtku, serio, jak chłopiec się zachowujesz. Jak ona się nazywa? Nie przeciągaj.
Zawahał się i wyraźnie się ściszył.
Jaga, po co ci to…
Chcę wiedzieć imię kobiety, dla której mąż po trzydziestu latach postanowił zamienić kapcie na walizkę. Czy ma jakąś tajemnicę? Może nazywają ją inaczej?
Marta. Marta Bukowska.
Marta… Rozciągam usta w uśmiechu, choć wnętrze kipiało. Piękne, modne imię. Nie to, co ja Jagna, nudna, stara, przewidywalna.
Jagna…
Cicho. Podnoszę się. Cieszę się twoim szczęściem, naprawdę. Ja sobie też chyba kogoś znajdę. Może jakiegoś trenera personalnego? Albo popatrzę na Krzyśka, kolegę ze szkoły. Podobno jest po rozwodzie.
Po co to mówisz? Ty taka nie jesteś.
A jaka jestem? już prawie znikam w sypialni, rzucając przez ramię: Nie chcę kawy. Boli mnie głowa. Będę leżeć.
Upadłam na łóżko patrząc w sufit. Skłamałam. Nie bolała mnie głowa. Bolała dusza. Ostro, koląco, jakby ktoś wbił rozgrzaną igłę. Posłuchałam przez chwilę kroków Wojtka w kuchni, po czym po cichu wyjęłam laptop. Media społecznościowe tu mieszkają dziś wszystkie sekrety.
Wchodzę na jego profil. Wśród znajomych nie ma żadnej Marty Bukowskiej. Spryciarz? Usunął? A może ona go nie dodała? Przeglądam jego obserwujących, lajki, komentarze pod starymi zdjęciami. Nic. Pusto.
Wtem mój wzrok przykuwa kobieta na awatarze z morzem w tle. Złoty piasek, turkusowa woda, ona w słomianym kapeluszu z kieliszkiem w ręku. Imię Paulina. Miasto Sopot. Za mąż wyszła za cudzoziemca. Jest wśród znajomych męża. Przeglądam jej zdjęcia i… coś ściska mi żołądek. Na jednym starym zdjęciu ze studiów, gdzie wszyscy stoją z nartami, ktoś okrążył ładną dziewczynę z warkoczem. Podpis: Marta Bukowska, nasza gwiazda!
Mam ją! Klikam w tag, ale profil zamknięty. Ale znajduję ją na Instagramie. Profil otwarty.
Gapię się. Na awatarze ta pełna makijażu brunetka w futerku, pół twarzy to oczy. Opis: Żyję tu i teraz. Obserwuje strony o psychologii związków, kulinariach, astrologii. Ostatni post: cytat Los spotyka ludzi, by dawać im drugą szansę. Plus serduszko.
Zalała mnie fala złości. Oto ona łowczyni. Zarzuciła sieci, zarzuciła wędkę, a mój Wojtek połknął przynętę. Pierwsza miłość, uczucia odżyły. Bzdura. Kobieta w średnim wieku z photoshopem i ochotą na przygodę.
Już miałam zamknąć kartę, gdy wśród jej znajomych widzę znajomą twarz. Mężczyzna z siwymi skroniami, w eleganckim płaszczu, przy nowym SUVie. Przyglądam się. Krzysiek! Krzysztof Gawroński! Mój kolega z podstawówki, ten, co kiedyś w ósmej klasie nosił mi tornister i przynosił czekolady. Nie widzieliśmy się z dwadzieścia lat. Słyszałam, że przeprowadził się do Poznania, zajął się biznesem budowlanym, ożenił się, rozwiódł i dorobił.
Serce mocniej bije. Jeśli ktoś wie wszystko o Marcie, to właśnie Krzysiek. Studiowali równolegle, mogli się spotykać.
Znajduję go na Facebooku. Piszę wiadomość, staram się być miła: Krzysiek, cześć! Poznałeś? Stara znajoma Jagna. Pamiętasz jeszcze? Mam sprawę. Możesz się ze mną spotkać na chwilę?
Odpowiedź przyszła po godzinie. Zgodził się spotkać w restauracji Stary Rynek w centrum.
Z pracy wymówiłam się, że idę do dentysty. W domu urządziłam maraton piękności. Wyszukałam w szafie granatową sukienkę z dekoltem, kupioną na 60-tkę teściowej. Nakręciłam włosy, zrobiłam makijaż, perfumy, szpilki. W lustrze inna kobieta. Gotowa na bitwę.
W restauracji byłam dwadzieścia minut wcześniej. Usiadłam przy oknie, zamówiłam lampkę wina. Palce mi drżały, gdy unosiłam kieliszek.
Krzysiek wszedł punktualnie. Pewny siebie, ubrany drogo, siwizna przy skroniach, lekki uśmiech. Rozejrzał się, od razu poznał mnie i w jego oczach pojawił się zachwyt.
Jagna? podszedł, pocałował mnie w dłoń niczym w starym filmie. Rozpoznałbym cię wszędzie. Cała klasa!
Daj spokój zawstydziłam się, ale było mi ciepło. Dzięki, że znalazłeś czas. Wiem, że masz napięty grafik.
Dla ciebie zawsze. Usiadł naprzeciwko i przywołał kelnera. O, pijesz wino? Świetnie. Przynieście butelkę czerwonego, tego lepszego. Jaga, nie jesteś głodna?
Nie wiem przyznałam szczerze. Mam kluchę w gardle.
Kelner nalewa wino. Krzysiek wznosi toast.
Za spotkanie.
Wypiliśmy. Wino grzeje gardło i serce.
Krzysiek… odstawiam kieliszek. Szybko przejdę do rzeczy. Mąż mnie zostawia. Dla swojej pierwszej miłości. Dla Marty Bukowskiej. Widziałam ją w twoich znajomych.
Krzysiek marszczy czoło, opada wygodnie na krzesło.
Bukowska? Zaraz… to ta Marta, nie? w głosie ironia.
Masz ją jako Paulina precyzuję. Ale Wojtek mówi Marta. Widocznie dla różnych ludzi ma różne imiona.
Krzysiek się śmieje, wyciąga papierosy, ale zaraz chowa, bo sala dla niepalących.
Słuchaj, Jaga. Twój mąż, nawet jakby był Casanovą, długo tej roli nie podźwignie. Pochyla się w moją stronę. Tę Martę to znam z widzenia. Byliśmy na paru imprezach. Dobre wrażenie robi, póki milczy w ładnej sukience. Ale pomieszkać z nią…
No i? pochylam się. Krzysiek, powiedz!
Wacha się, w końcu wzrusza ramionami.
Powiem wprost. Jest straszną bałaganiarą, nie umie gotować tylko gotowane pierogi i mrożonki. Ma dwoje dzieci z różnych związków, żadne z nią nie mieszka, bo je ciśnie. I chrapie. Nocowałem kiedyś na działce u kolegi, ściany cienkie taki chrap, że szyby drżą. Wojtek był chyba przyzwyczajony u was do ciszy i pomidorowej, nie?
Mam w środku kłębki różnych uczuć: satysfakcję, nadzieję, ulgę?
Krzysiek… szepczę. Nawet nie wiesz, jak mi pomogłeś. Ale to nie wszystko. Potrzebuję…
Nie dokończyłam, bo nad stołem rozległ się donośny głos, od którego zamarło mi serce.
A, tu jesteś! Dzwoniłam przecież!
Odwracam głowę. Przy naszym stoliku stoi Wojtek. Blady, zaciśnięte pięści. A pod rękę trzyma kobietę. Od razu ją rozpoznaję to Marta Bukowska. Na żywo jakby mniej olśniewająca: masywny podbródek, przesadnie czerwona szminka, czujny wzrok.
No proszę, Krzysiu! piszczy, puszczając Wojtka i rzucając się do mojego rozmówcy. Ale niespodzianka!
Cześć, Marto Krzysiek wstaje z uprzejmym uśmiechem.
Wojtek dopada do mnie, chwyta mnie za łokieć i szarpie.
Co tu robisz? syczy. Po co się z nim spotykasz? Od jak dawna?
Wojtek, puść mnie zimno rzucam, wyślizgując się z jego uchwytu. Zostawiłeś mnie rano. Jestem wolna. Mam prawo.
Wolna?! jego wzrok przeskakuje na Krzyśka. Czyli on, tak? Twój nowy pocieszyciel? Ładnie sobie radzisz!
Nie twoja sprawa odcinam się.
Marta włącza się, mizdrząc do Krzyśka:
Spokojnie, Wojtku, spokojnie. Krzysiek swój chłop znamy się latami. Kokieteryjnie łapie go za rękaw. Bywasz tu często? Daj numer, bo już dawno się pogubiliśmy!
Krzysiek rzuca mi szybkie spojrzenie: A nie mówiłem?
Marto, byłem akurat zajęty mówi, wzruszając ramionami. Jaga to moja stara znajoma, gadaliśmy o sprawach.
O jakich sprawach?! wścieka się Wojtek. Przecież Jagna to gospodyni domowa, jakie ona ma sprawy?
Czułam narastającą złość, gdy nagle Krzysiek obejmuje mnie w pasie i mówi głośno, żeby wszyscy słyszeli:
Wojtek, nie obrażaj. Jagna to wspaniała kobieta. Jeśli jesteś na tyle głupi, żeby zamienić ją na… znacząco patrzy na Martę, …na to coś, to tylko twój problem. A my z Jagną, kto wie, może będziemy kontynuować znajomość. Masz coś przeciwko, Jaga?
Zaskoczona, szybko łapię konwencję. Uśmiecham się słodko, kładę mu głowę na ramieniu.
Nie, Krzysiu.
Teatr, czysta szopka. Dla Wojtka cios pod żebra. Blednie jeszcze bardziej.
Ty… wy… brakuje mu słów.
Wojtek, chodźmy szarpie go Marta, teraz wyraźnie podenerwowana. Nie psuj wieczoru.
Tak, idźcie dodaje Krzysiek łagodnie. Nie rób scen. Sam deklarowałeś wolność.
Wojtek miota wzrokiem to na mnie, to na Krzyśka, potem na Martę. W oczach zakłopotanie dopiero teraz zaczyna rozumieć, że ogłaszając własną wolność, podarował wolność także mi. I że ta wolność zaczyna działać na jego niekorzyść.
Jeszcze pogadamy mamrocze i wychodzi nie patrząc na Martę, która podąża za nim zirytowana.
Wypuszczam powietrze. Trzęsą mi się kolana.
Dzięki, Krzysiek. Spektakl zagrałeś genialnie.
Nie ma za co. Ale wiesz, Jaga, nie tylko grałem.
Patrzę na niego. Ma w oczach tę dawną łagodną nostalgię, coś, co mnie porusza.
Kiedy cię dziś zobaczyłem mówi cicho zrozumiałem, że byłem idiotą w szkole. Trzeba było wtedy o ciebie walczyć. Ale się przestraszyłem, wyjechałem.
Krzysiek nie wiem, co odpowiedzieć. W głowie galimatias.
Dobra uśmiecha się, klepiąc stół. Przejdźmy do kolacji, bo z głodu padniesz.
Zjedliśmy razem. Krzysiek opowiadał o sobie, o biznesie, o córce. Słuchałam jednym uchem, myśląc o Wojtku, o tym, jak teraz idzie obok Marty. Myślałam o jej chrapaniu, mrożonkach. I o tym, że właśnie obudziłam w swoim mężu zazdrość, a zazdrość to zawsze znak, że uczucia nie umarły.
Do domu wróciłam późno. W korytarzu paliło się światło. Wojtek siedział na stołeczku, w swetrze, blady, z zaczerwienionymi oczami.
Wróciłaś? spytał ochrypłym głosem.
Jak widać. Rozebrałam się. A ty czemu nie u Marty? Pierwsza miłość chyba czeka?
Jagna… podszedł do mnie. Przepraszam cię, idiotę.
Już dziś przepraszałeś. Rano. Za żart, pamiętasz?
Ja nie żartowałem rano. Byłem głupi. Pojechałem do niej, do tej Marty… Posiedziałem godzinę. Włączyła telewizor, podgrzała kotlety i zaczęła narzekać na byłego, na dzieci, na bóle krzyża. W pewnej chwili patrzę i widzę obcą, starą, zmęczoną kobietę. Tam nie ma żadnej miłości, Jagna. Jest tylko żal do życia i potrzeba, żeby ktoś podał tabletkę. Pamiętam, jak piłaś rano wodę. Jak ci się trzęsły ręce. Jak potem wyszłaś z łazienki z podniesioną głową. Zrozumiałem, co tracę.
Niczego nie straciłeś, Wojtek. To ty to wyrzuciłeś. Różnica istotna.
Podszedł za mną do pokoju, stanął na progu.
Ale Krzysiek… jego głos się łamie. On… podoba ci się?
Jest moim starym znajomym odpowiadam zmęczona. I jedynym, który dziś powiedział mi, że jestem piękna i że jestem kimś. Od ciebie nie słyszałam tego od lat.
Wojtek ukląkł przede mną, złapał za ręce.
Jaga. Jestem głupi, stary i ślepy. Daj mi szansę to naprawić.
Nie wiem, Wojtek. Patrzę na jego siwiejącą głowę. Dziś bardzo mocno umierałam. Tak, jakbym naprawdę umarła. I mam wrażenie, że siedzi tu już ktoś inny. Albo ja jestem już inna. Nie wiem.
Będę czekał. Ile powiesz. Tylko nie wyrzucaj mnie. Spojrzał na mnie w oczach łzy. Przez trzydzieści lat widziałam go płaczącego raz jak umarł jego ojciec.
Znów milczenie. W głowie przewijają się słowa Krzyśka, jego spojrzenie, jego trzeba było walczyć. I zaraz potem twarz Wojtka, jego dłonie, jego zapach domu.
Dobrze szepczę. Wstawaj już z tej podłogi. Jest wilgotna. Pogadamy jutro. Idź spać. Na kanapie.
A ty?
Ja jeszcze posiedzę.
Wyszedł. Zostałam sama. Głowa pusta, w środku tylko cisza. Podchodzę do okna. Za oknem deszcz. Wiosenny, głośny, który zmywa brud z ziemi. Albo z duszy.
Mija tydzień. Żyjemy obok siebie jak lokatorzy: grzecznie, cicho, na palcach. Wojtek się stara: zmywa, odkurza, przynosi zakupy. Obserwuję go z dystansu. Marta dzwoni parę razy słyszę, jak odpowiada krótko i ozięble. Potem ją blokuje.
Krzysiek też czasem dzwoni, zaprasza do kina. Odmawiam. Nie dlatego, że nie chcę boję się nowej rzeczywistości, gdzie mogę iść z innym facetem. Ale ostatnio powiedział: Jagna, przecież nie jesteś w klasztorze. Masz prawo do życia. I do tego pięknego.
Dziś sobota. Wojtek kręci się wokół mnie od rana, próbuje zagadać.
Jagna, może pójdziemy do parku? Bez magnolie kwitną.
Nie mam ochoty.
Jaga… Siada obok mnie. Wiem, zraniłem cię. Chcę, żebyś wiedziała, że wybieram ciebie. Codziennie. Już zawsze.
Patrzę na niego. Schudł, poszarzał, pokorny wzrok. Ale w oczach lęk przed utratą.
A co będzie za rok? Gdy znowu ci się znudzi, przypomnisz sobie o dawnych miłościach?
Nie przypomnę kręci głową. Bo ostatnią miłością jesteś ty. Dopiero zrozumiałem, kiedy prawie cię straciłem.
Dzwonek do drzwi. Oboje się wzdrygamy. Wojtek idzie otworzyć. Słyszę kobiecy głos. Piskliwy. Marta!
Wpada jak burza. Bez płaszcza, mokra od wiosennego deszczu.
Wojtek! Czemu nie odbierasz?! Już wiem! krzyczy od progu. Przez nią? Wskazuje na mnie. Przez tę starą babę?!
Marta, wyjdź mówi twardo Wojtek. Nie zapraszałem cię.
A kto mi przysięgał miłość? Kto mówił, że lata nie są ważne?! łka, choć to aktorskie. A ona romansuje z Krzyśkiem Gawrońskim, a ty śpisz na kanapie!
Skąd niby wiesz, gdzie śpię? Wojtek blednie.
Krzysiek mi wszystko opowiedział! Spotkaliśmy się! wypala i nagle ucina, czując, że się zdradziła.
Cisza. Martwa.
Spotkałaś się z Krzyśkiem? Wojtek mówi powoli.
Marta błądzi wzrokiem i nagle przechodzi na żal.
No i co? Piliśmy tylko kawę. To on zadzwonił. Chciał pogadać o… sprawach.
O jakich sprawach? uśmiecham się. Jakie wy możecie mieć sprawy, Marto?
Patrzy wrogo:
Nie twoja sprawa! Ty odbierasz facetów! Suka!
Ja komuś coś odbieram? wstaję. To ty przyszłaś tutaj i krzyczysz w moim domu. Wojtek, wyprowadź ją.
Ale Wojtek jak wmurowany. Patrzy to na nią, to na mnie, wreszcie rozumie wszystko.
Spotkałaś się z Krzyśkiem… stwierdza. A on przecież tak o tobie dbał.
Dbał, może. Ale i o stare znajomości nie zapomniał. Patrzę na Wojtka. No co, zawiało z powrotem?
Przepraszam cię za wszystko. Za nią, za ból, za to, że byłem ślepy.
Podchodzę do okna. Deszcz ustał. Słońce wychodzi zza chmur, a mokry asfalt iskrzy się jak tysiąc diamencików.
Wiesz, Wojtek, w jednym ma rację. Spotykałam się z Krzyśkiem. Raz, w restauracji. Ale nie poszłam z nim do kina. Nie dlatego, że czekałam na ciebie. Bo zrozumiałam jedną rzecz.
Jaką? nie oddycha nawet.
Odwracam się.
Trzydzieści lat z tobą. Wiem, jak oddychasz w nocy, którą nogę podkładasz, jak lubisz jajecznicę i kiedy milczysz, bo coś boli. Wrosłam w ciebie, jak drzewo w ziemię. Można je przesadzić, ale nie zawsze przyjmie się gdzie indziej. Krzysiek to ładna oranżeria. Ty jesteś moim zaniedbanym ogrodem. Starym, ale moim.
Wojtek łyka ślinę. Podchodzi, chwyta mnie za rękę.
Zadbam o ogród. Obiecuję. Wszystkie chwasty wyrwę.
Zarosną znowu wzdycham. Takie życie.
Jagna… Ten wieczór… restauracja… Krzysiek cię obejmował. Myślałem, że zwariuję.
Byłeś zazdrosny?
Umierałem z zazdrości. I zrozumiałem, że nie wytrzymam, jeśli ktoś się do ciebie zbliży. Oprócz mnie, głupca.
Patrzę na niego długo. Potem opieram głowę o jego pierś. Słyszę jego serce mocno bije.
Wojtek.
M?
Chyba też nie umiem bez ciebie.
Obejmuje mnie, mocno, aż chrupie kośćmi.
Dziękuję.
Za co?
Że dałaś mi jeszcze jedną szansę.
Stoimy przy oknie. Słońce zalewa pokój. Na zewnątrz ćwierkają wróble, pachnie ziemią i bzem. Gdzieś daleko, w centrum, Marta Bukowska pewnie szuka już nowego celu. Krzysiek Gawroński jedzie swoim samochodem, myśląc, że nie wszystko da się kupić.
A my stoimy i milczymy. Dwoje nie najmłodszych ludzi, którzy prawie się rozeszli, a jednak los ich znów połączył. Bo są rzeczy silniejsze od pierwszej miłości. Jest ta ostatnia, która nie rdzewieje. Po prostu jest. Cicha, pewna, prawdziwa.
Podnoszę głowę.
Chodź na herbatę. Z miętą.
Z miętą, mówi… Już idę. Kupiłem szarlotkę. Twoją ulubioną, z wiśniami.
Skąd wiedziałeś, że wrócę?
Po prostu wiedziałem. Całuje mnie w skroń.
Idziemy do kuchni. Za oknem wiosna. Przed nami życie. Takie zwyczajne, trudne, z kłótniami i pogodzeniami, radością i smutkiem. Ale razem. A może to właśnie najszczęśliwsze? Nie to z portali społecznościowych czy od przypadkowych ludzi. To, które zawsze było w domu. Czasem tylko o nim zapominamy. Ale pamięć jak miłość nie rdzewieje. Zawsze czeka na swój czas.



