Moja Tajemnica
Leżałem na zimnym, sprężystym od nie dawnego odwilżania, a dzisiaj dopiero co zamarzającym śniegu, który nawet wydawał się przyjemny. W środku wszystko płonęło, krew pulsowała mi w skroniach, w piersi czułem ból, twarz piekła, a usta miałem wyschnięte do granic.
Nabierałem śnieg do dłoni i powoli, z trudem rozchylając zęby, wkładałem lodowaty biały kęs do ust. Na języku, choć zimno przynosiło ulgę, czułem metaliczny posmak to krew sączyła się z popękanych dziąseł, zmuszała do kaszlu i połykania. Nie miałem siły nawet, żeby się przewrócić i wypluć.
Śnieg trochę tłumił ból byłem za to wdzięczny. Naturalna, darmowa anestetyka chwała niebiosom! Ale chłód nie zabijał bólu całkowicie, on tylko odsuwał się gdzieś daleko, za horyzont, gdzie czerwone słońce spadało, uciekając do końca dnia. Patrzenie na zachód też bolało oczy piekła nie do wytrzymania jasność.
Zacisnąłem powieki. Równy, wielki dysk słońca zamienił się w coś zamglonego, szaro-żółtego, nieokreślonego.
Chciałbym się stąd odpełznąć, schować gdzieś: w zagłębieniu, rowie, za śnieżną górką zwinięty w kłębek, schowany, ogrzewać się własną słabością i skamleniem jak pobity pies. Ale nie mogłem. Nogi leżały na śniegu jak dwa klocki, czasem przeszywał je skurcz
Próbowałem przewrócić się na bok, opierając się prawą ręką, ale ta była kompletnie bezwładna, w barku poczułem przeszywający ból.
Trudno Spróbuję inaczej, wyszeptałem zgrzytając zębami. Sam własny chrapliwy głos mnie przestraszył.
Lewą stronę miałem wciąż sprawną, dzięki czemu udało się trochę podciągnąć i przysiąść ale zaraz dłoń wsunęła się w zaspę, a ciało znowu zetknęło się z zimnym śniegiem.
Umrzeć. Po prostu umrzeć. Tu, teraz. Wtedy to się zakończy. Co będzie potem, już mnie nie obchodziło. Okazało się, że sięgnąłem po kawałek, którego nie byłem w stanie przełknąć. Sam sobie winienem. Teraz już się nie uratuję.
Rano będą szukać mojego ciała. Obiecali. Ale Może wilki będą szybsi? Im też trzeba coś zjeść I wtedy śmiałbym się z moich wrogów. Zostałyby im tylko kości
Szybko zrobiło się ciemno. Tak bardzo chciało mi się spać. Odpływałem w czarność, jak złapana w kleszcze ryba i to nawet było przyjemne. Potem wracał ból czerwone lampki migały przed oczami, rozlewały się w żyłach, powodując skurcze i szczękanie zębami. Ta wściekłość rodziła się we mnie, dzika, bezsilna, bezpodstawna Chciałem się zemścić ale nie potrafię podnieść ręki na kobietę. Więc to życzenie było niemożliwe
Wściekłość zmuszała mój mózg do pracy, powolnej, szeleszczącej, zacinającej się ale pracy.
A z głębi brzucha wypełzał strach. Pierwotny, zwierzęcy lęk przed śmiercią. I to on nie pozwolił mi odłączyć się.
Z lewej strony z zakrzaczeń usłyszałem wycie wilków. Skrzywiłem się: Nie, bracia! Tak łatwo się wam nie oddam! Wszyscy, dwunożni i czworonożni, jesteście wilkami ale moich kości nie dostaniecie!
Muszę się ruszać. Gdzie? Wszystko jedno. I jak też nieważne. Choćby czołgając się! Ale nie mogę tu zostać w punkcie mojego całkowitego upadku.
Mama Szkoda mi jej. Czeka na mnie, martwi się, czy lepiej jej tam? Nie powiedziałem, gdzie jestem, nie dowie się jak to się kończy Pewnie i tak jej powiedzą. Będzie płakać. Przeze mnie. Ojciec mnie przeklnie. Słusznie
Na myśl o tym zrobiło mi się niedobrze, a na policzkach zamarzły łzy, nie spadły nawet na podartą kurtkę
Ruszyłem się. Głupio, nieporadnie machałem sprawną ręką, nogami miotałem po śniegu, zostawiając czerwone smugi, ale przesuwałem się choć wolno, odciągając się od wycia w oddali
A potem zapadłem się w nicość. Było to tak lekkie, słodkie. Nic nie czułem, o niczym nie myślałem. Pełny reset. Jeśli nawet to piekło podoba mi się. Chciałbym zostać tu dłużej. Hej, demony, jestem wasz! Zgrzeszyłem, zabierzcie mnie moje ciało już mi się nie przyda
Ale i w piekle byłem niepotrzebny. W twarz uderzyło mnie jaskrawożółte światło, a do ust popłynęła lodowata, paląca woda.
No co? Czemu nie kaszlesz? Kaszleć trzeba! ktoś klepał mnie po policzkach. Mocno, aż w zębach pulsowała miła ból.
Uuu zaskomlałem, odwróciłem się, zacząłem wypluwać na śnieg czerwoną ciecz.
Żyjesz, widzę. To idziemy do domu. Tu niedaleko. Kładź się na kożuch, zaciągnę cię. No! Nie dasz rady? Sam cię położę O, tak Silne ramiona podniosły mnie, położyły na ciepłym, pachnącym owcą kożuchu. Ładnie cię załatwili! A ja słyszałem, jak coś huczy, samochód podjechał. Świtała w oknie. Zawsze tu przyjeżdżają. Pola traktują jak cmentarz Głupie ludzie narzekał nieznajomy, układając mnie wygodniej. Nic, opatrzymy cię, potem będziemy myśleć co dalej.
Mamrotałem coś o wilkach, że moi wrogowie wrócą potem było już ciepło i wygodnie, straciłem przytomność
Aleś ty cudowny, taki delikatny! śmiała się Teresa, pozwalając całować swoje białe ramię. Cielak ze mnie robisz, co? Jesteś cielakiem? złapała mnie za policzki, przycisnęła swoje usta do moich, zamarła. Potem nagle odsunęła się, zarzuciła szlafrok, szybko zawiązała pasek. Idź. Już czas.
Terenia przeciągałem się rozkosznie na pachnącej świeżą pościeli. Chcę spać dalej Jeszcze wcześnie, spójrz na zegarek! Znowu mnie wyganiasz
Często nocowałem teraz u Teresy. Karmiła mnie kolacją, wysyłała do łazienki, potem sama ścieliła łóżko, zawsze czyste, pachnące. Wyłączała światło, czekała na mnie. Noc mijała niezauważalnie. Ja, świeżo po służbie, głodny kobiecej bliskości, trafiałem prosto z prysznica do raju. Teresa była piękna, delikatna, o wiele lepsza od dziewczyn, które do mnie wzdychały
Patrzyłem, jak Teresa nakłada pończochy na blade nogi, jak za parawanem zakłada bieliznę i sukienkę. Wszystko odbijało się w lustrze była tam słoneczna, wyrazista, niewiarygodna i tak bardzo pożądana.
Powiedziałam, wychodź! rzuciła cicho. Zasuń mi zamek i idź. Maciek, to dla twojego dobra! Nie dziś, przyjdź jutro. Słyszysz? Jutro
Jeszcze przez chwilę całowaliśmy się, potem Teresa rzuciła mi ubranie i wyszła.
Słyszałem, jak nastawia kuchenkę, mieli kawę. Po domu roznosił się intensywny zapach. Stefan, jej mąż, zawsze pijał mocną kawę z pieprzem twierdzi, że boska. Teresa zwykle siedzi naprzeciw, uśmiecha się, kiwa głową, podkuliła nogi na stołku, zawsze czujna, żeby nie powiedzieć przez pomyłkę innego imienia
Jeszcze trochę postałem, potem wsunąłem się do łazienki, obficie chlapałem się wodą, śmiałem się do siebie, nie spiesząc się włożyłem koszulę i spodnie, podszedłem do kuchni, oparłem się o framugę. Teresa stała tyłem. Przeszywało ją słoneczne światło szkicując kształtne biodra.
Była starsza ode mnie o piętnaście lat, ale mi to wcale nie przeszkadzało cieszyłem się, że zwróciła na mnie uwagę, wybrała mnie spośród mężczyzn wokół.
Teresa Doświadczona, pobłażliwa dla moich niezdarnych gestów, śmiała się melodyjnie, całowała tak, że kręciło się w głowie. Pozwalała mi zostawać u siebie, w mieszkaniu pełnym bibelotów, wysokie sufity, kryształowe żyrandole, wypastowany parkiet, elegancka porcelana. Karmiła mnie, wiecznie głodnego, patrzyła, jak pochłaniam z patelni placki ziemniaczane i kotlety, jak wywracam kieliszek Lubiliśmy pić do siebie, śmiała się wtedy, poddając mi szyję do pocałunków.
Przeciwna była temu, byśmy się poznali, ale ja nalegałem.
Zauważyłem ją w tramwaju, przedarłem się przez tłum. Byłem wtedy pijany, rozbawiony. Był ze mną Grzesiek, ale go potem pogubiliśmy. Uparcie próbowałem z Teresą się umówić, wypierała się jednak zawstydzona.
Mimo to odprowadziłem ją do domu. Pod wejściem kazała mi iść, zrobiłem więc kilka kroków ale wróciłem w bramę, czekając aż światło w jej oknie się zapali.
Parter. Okna jej mieszkania wychodziły wprost na ulicę. Widać było jej sylwetkę za firaną. Przebierała się, patrzyłem zauroczony, aż wygnał mnie dozorca
Przychodziłem tam codziennie wieczorem, jak zaczarowany. Mamie mówiłem, że idę na spacer, a faktycznie czatowałem pod jej oknem.
Zobaczyłem także jej męża. Okno kuchni wychodziło na podwórko. Mąż Teresy chodził po domu w podkoszulku i rozciągniętych spodniach. Chudy, kościsty, przygarbiony, rzucał dziwne ruchy głową. Czemu ona za takiego wyszła?! dziwiłem się. Zakochała się?!
Stefan powoli jadł kolację, przeglądał gazetę, potem Teresa podawała mu herbatę i ciasteczka. I ja obserwowałem aż raz nagle poderwał się, jakby poczuł mój wzrok, zasłonił rolety. Dwa cienie zlały się w jedno, zrobiło mi się niedobrze. Jak ona, moja Teresa, może całować się z tym cieciem?!
W końcu znudziłem się tym podglądaniem i włamałem się do niej przez okno do sypialni, gdy mąż wyjechał służbowo. Usiadłem przy stole, Teresa się przestraszyła, chciała krzyczeć, ale uciszyłem ją pocałunkiem.
Jak pachniała! Jej włosy, usta, letnia sukienka
Moja mama nigdy nie miała perfum. Zawsze czuć było od niej fabryką albo papierosami. Paliła dużo, zęby miała przez to żółte, nie śmiała się szeroko. Teresa miała śnieżnobiałe zęby jak z żurnala. Mama rzadko się ładnie ubierała. Kiedyś mi to nie przeszkadzało, potem byłem zażenowany zamiast kupować mamie coś przyzwoitego, wydawałem pieniądze na kwiaty dla Teresy. Jej mąż synonim nieudacznika kwiatów nigdy nie dawał. Tak, mieszkanie mieli cudowne meble z najlepszych gatunków drewna, obrazy na ścianach, zastawa porcelanowa godna królowej. Ale wszystko to pochodziło z dziedzictwa po rodzinie Teresy mąż tylko korzystał. Oszust.
Jestem inny. Mnie potrzebna była sama Teresa, nawet bez tej całej otoczki. Oczywiście, kolacja i miękka pościel pomagały, ale myślałem, że ze swoją ukochaną i w stogu byłoby mi dobrze.
A więc Teresa pachniała cudownie. Obwąchiwałem jej szyję i włosy
Podziwiałem swoje kobietę. Tak nazywałem ją: Moja kobieta. Zdobyłem ją, wtargnąłem do jej świata, oddała mi się.
Teresa wszystko robiła pięknie jadła, przebierała się, paliła papierosa. Wszystko w niej było płynne, harmonijne, muzyczne, jak gra na gitarze, którą ma w biodrach. Bogini. Moja bogini.
Pierwszą noc pamiętam na zawsze. Była wtedy naprawdę delikatna. Nie udawała, nie naśmiewała się, nie kokietowała. Topniała w moich ramionach, topniałem i ja od nadmiaru siły.
Rano wiedziałem: ona mnie kocha. Tam, z mężem, po prostu trwa, wykonuje obowiązek a ze mną żyje.
Niestety, czasem rano trzeba było uciekać.
Wstawaj, kochany! Już pora, całowała mnie po naszej trzeciej nocy. Stefan lada chwila wraca. Maciuś, mój drogi nie przychodź teraz przez tydzień, dobrze? Potem znowu będziemy razem.
Może z nim pogadam? zaśmiałem się zadziornie. Chcę być twoim mężem, Teresa!
Zaśmiała się, rzucając głową, jej ciemne włosy spłynęły na ramiona jak lawa. Objąłem ją, całowałem.
Moja! Jesteś tylko moja! szeptałem. Żaden Stefan mi nie straszny!
Nic nie mów, kochany. Wysunęła się z objęć. Wszystko zostanie po staremu. Ty jesteś moją tajemnicą, ja twoją. Są sprawy, Maciek, których lepiej nie wiedzieć. Idź już muszę jeszcze posprzątać.
Obraziłem się wtedy. Nie chciała być moją żoną! Jak to?…
Ale zamykając drzwi, pocałowała mnie na pożegnanie. Może nie żona, ale MOJA. Będzie mnie wspominać w łóżku i przy śniadaniu. Cały czas jestem w jej myślach. Jest moja, a Stefan rogacz.
Po odejściu Maćka Teresa gorączkowo sprzątała. Mąż zadzwonił w środku nocy, uprzedził, że wraca wcześniej. Mądry, wyrachowany człowiek nie chciał Teresy stawiać w niezręcznej sytuacji. Była zdenerwowana, czerwona, otworzyła okno, by Stefan nie poczuł obcego zapachu. Lecz ten i tak coś wyczuł.
Smierdzi, Terenia! rzucił walizkę na podłogę.
Czym? odparła, zamykając szczelniej szlafrok.
Czymś podejrzanym. Nie zgrzeszyłaś tu pod moją nieobecność? spojrzał na nią spod oka, zdejmując buty.
Przeraziła się, ale uśmiechała.
Ależ skąd! To kurczak się popsuł w piekarniku. Stefan, idź się umyj, zaraz podam kolację. Kawa gotowa, mielone mam. Podgrzać? Kocham cię Tęskniłam kokietowała, aż za wesoła.
Stefan pociągnął ją za włosy, długo patrzył w oczy, potem puścił.
Mam dla ciebie prezent. Przymierz, wyjął z chustki kolczyki z czerwonymi, krwawymi kamieniami, ciężkie, nieco przybrudzone. Przymierz od razu! ryknął widząc jej wahanie. Pokręciła, spojrzała trwożnie na męża.
Co to na nich? Stefan położyła prezent na półce, odruchowo wytarła ręce o sukienkę.
Daj spokój, wydało ci się. Zakładaj i chodź jeść! Teresa, szybko!
Z posłuszeństwem zdjęła stare, po matce kolczyki i założyła nowe. Mąż zadowolony pokiwał głową. Lubił ją stroić jak lalkę drogie sukienki, torebki, biżuteria, spać w ciężkich łańcuchach. Wżynały się w skórę Stefan uważał to za śmieszne.
Pobędę pięć dni, potem wyjadę na długo, rzucił, wycierając talerz chlebem. Sprawy mi się dobrze układają. Gdzie ten kurczak? nagle warknął.
Jaki? Ręka Teresy drgnęła, kawa rozlała się na obrus. Stefan nienawidził brudnych obrusów miał wspomnienia z patologicznego domu i biedy. Wszystko jego było czyste i wykwintne, a Teresa najlepsza. Był gotów iść po trupach, byle osiągnąć sukces.
Teresa miała kiedyś narzeczonego, młodego fizyka. Zamordowano go w nocy. Przypadek Kradzież
Wtedy wpadła w rozpacz, chciała popełnić samobójstwo, ale Stefan umiał znaleźć podejście, zauroczył jej matkę i w końcu został mężem Teresy. Ojciec Teresy prawie trafił za kraty, ale Stefan wszystko załatwił i ożenił się z Teresą na ślubie kazał jej się szeroko uśmiechać. Uśmiech trzeba mieć.
Teraz też uśmiechała się, zakrywając plamę serwetką.
Kurczak, ten który robiłaś. Nie ma go w koszu, dopytywał Stefan.
Wyniosłam na śmietnik, machnęła. Co będę trzymać w domu!
Stefan się uśmiechnął. Dobry lis. Wszystko zrozumiał
Jak tylko wyjechał, Teresa zaraz do mnie zadzwoniła. Pracowałem w fabryce lodów ona uwielbiała śmietankowe w kubeczku. Zawsze jej przynosiłem. Całowałem ją, aż usta miała w wiórkach
Wymówiłem się na złe samopoczucie, przyszedłem tuż po obiedzie. Boże, jak ja się stęskniłem. Nie mogłem się nasycić. To był ogień, Teresa była ogniem, dziką namiętnością. Znów była moja
Nie nocowałem w domu już trzy dni, nie dzwoniłem do rodziców, zniknąłem Ale miałem do tego prawo młodość.
O tym, że mama leży w szpitalu, dowiedziałem się spotykając rano ojca przy zakładzie. Stał tam, chudy, szary jak cień.
Tato, co ty tu? spytałem niechętnie.
Mamy zabrali w nocy. Żołądek. Odwiedź ją, proszę powiedział cicho, gniotąc czapkę.
Jaki szpital? denerwowałem się, przerywając miłe rozmyślania.
Dał mi adres. Obiecałem zajrzeć. Ojciec kiwnął. Widziałem łzy w jego oczach, ale wtedy to było mi obojętne. Mama często chorowała, szpital to norma. Po co dramatyzować?
Teresa niechętnie mnie puściła, nawet spakowała jedzenie. Moja ukochana, dobra Teresa, ona była aniołem
Mama leżała na korytarzu, na twardej leżance, bo w sali nie było miejsca. Cały czas miała nudności, pielęgniarka wrzeszczała, kazała mi zabrać mamę.
Gdzie mam ją zabrać? Potrzebuje leczenia! złościłem się. Niech pani się nie odzywa tak do mojej mamy!
Mama uspokajała mnie, ściskała dłoń, ja jednak nie mogłem się nie złościć. Co to za szpital, gdzie nie ma szacunku do pacjentów? Ja mam swoje życie, a mama ciągle w szpitalu
Mama wolno jadła zupę od Teresy, mówiła, że dobra. Ja siedziałem, ciągle ktoś przechodził, potrącał patrzyłem na zegarek. Jeszcze dwa tygodnie i Stefan wraca! Muszę znów odejść od Teresy
Mamo, dokończysz sama? nie wytrzymałem, zostawiłem jej torbę z prowiantem.
Spieszysz się, synku? Dobrze, nie martw się, tata mnie odwiedzi. uśmiechnęła się, pogłaskała moją dłoń.
Kiwnąłem głową i wyszedłem. Nie wiedziałem, że tego jedzenia mama nie zje, nie wiedziałem, że będzie leżała dalej na korytarzu Wtedy nie zależało mi myślałem tylko o Teresie
Wróciłem do naszego gniazdka i zobaczyłem Teresę płaczącą na podłodze.
Co się stało? stanąłem w drzwiach.
Trzęsła się i pokazywała na jakieś błyszczące bibeloty na dywanie.
Stefan mi dał kolczyki ostatnim razem. Chciałam je wyczyścić, bo sczerniały A na nich Są brudne Maciek, zabierz je z domu! Wynieś! One tu nie mogą być! Boję się ich!
Owinęła je szmatką, wcisnęła mi do ręki.
Idź! Wyrzuć je! Boję się! Co teraz będzie?! szeptała, rozmazując tusz po policzkach.
Spokojnie, umyję je. Stefan zapyta o nie! Zresztą i wtedy zrozumiałem to nieczyste pochodzenie. Takich śladów jak po ranie, dużej ranie
Zrobiło mi się niedobrze, miałem ochotę zwymiotować.
Teresa! Może zgłosić to na milicję? Przecież to spojrzałem na nią i uświadomiłem sobie, że gadam głupoty. Teresa nigdy nie wyda męża.
Posłusznie wyszedłem, wyrzuciłem pakunek za mur drukarni. Nie zauważyłem wtedy mężczyzny stojącego w krzakach. A powinienem On już długo nas obserwował
Stefan i dwóch zbirów przyszli nocą. Dopiero co usnęliśmy, pijani, nie słyszeliśmy nic. Obudził mnie cios. W ciemnościach ktoś okładał mnie pięściami, Teresa wrzeszczała, potem ucichło.
Próbowałem się bronić, bolała głowa, w ustach metaliczny smak, machałem pięściami nie trafiałem, upiłem się za bardzo.
Włączyło się światło. Stefan siedział w fotelu, Teresa stała obok niego, zamknęła oczy.
Przepraszam za kłopot cicho powiedział mąż. Ale muszę coś odebrać. Tereniu, kochanie, pocałuj męża!
Szarpnął jej rękę, przyciągnął, wbił się ustami w jej twarz.
Stefan on Teresa wskazała na mnie.
Nie chcę, pokręcił głową Stefan, skinął i znowu zostałem uderzony. Próbowałem odpowiedzieć, ale wszystkie siły zostały wieczorem, przy winie i pieszczotach
Kochanie, a zbierz mi swoje błyskotki. Potrzebne mi są.
Podszedł do mnie. Ledwo go widziałem oczy miałem spuchnięte, ciężko było oddychać, chyba złamane żebra.
A ty, szczurku, na kolana i czołgać się, kochany! wydyszał.
Stefek Teresa grzebała w bieliźnie, przy komodzie. Zostaw go. Mówiłeś Pozwoliłeś szeptała, otulając się szlafrokiem. Przecież się umawialiśmy Po co chłopaka
Bo za zakazany owoc się porwał. Nie podoba mi się, Teresa. Wiesz? Jego matka w szpitalu. Umiera matka, a on u ciebie na pościeli kopnął mnie. A matkę trzeba szanować. Ja swoją znienawidziłem, ale pogrzebałem jak królową. A ten szczyl zostawił mamę.
Skąd wycharczałem, zakasłałem.
Skąd? Wszystko tu wiem, Maćku. Całe miasto chodzi pod moim butem. Dziwi cię? Teresa nie mówiła, z kim się zadaje? Krzywdzisz chłopaka. Inni znosiłem tego nie zdzierżę!
Podniosłem powoli głowę, spojrzałem na Teresę. W głowie wszystko się mieszało: mama, szpitalny korytarz, mężczyzna na końcu tego korytarza, zupa, awanturująca się salowa, nasze z Teresą nocne igraszki. Zasłoniły wszystko lodowatoszare oczy Stefana, który nie omieszkał nachylić się i rzucić mi szyderczy uśmiech.
Pożałujesz, że zostawiłeś matkę. Teraz już się nie zobaczycie! szepnął. Rozpłakałem się. Jestem nikim.
Stefek, co miałam mu mówić? Teresa już się opanowała, zaczęła pakować biżuterię. Sam przyszedł, ja nie chciałam. Jest dorosły, odpowiada za siebie, ja nie mam z tym nic wspólnego. O, tutaj wszystko, podała ciężką torbę mężowi.
Ten zerknął do środka, skinął głową.
A teraz załóż te kolczyki, co ostatnio dostałaś rozkazał.
Nie pasują mi do szlafroka, Stefek! Potem próbowała się przymilać Teresa. Zamarłem.
Powiedziałem, załóż! wrzasnął, pociągnął w moją stronę. Strzelił kula trafiła w parkiet, obok mojej stopy.
Teresa zaczęła szukać kolczyków w pościeli, w bieliźnie.
Na pewno coś wymyśli! Teresa nas uratuje! powtarzało mi się w głowie. Na pewno!
Nie Stefan, nie ma ich! Tutaj chowałam, a teraz pusto! rozłożyła ręce i spojrzała na mnie. To ty! kopnęła mnie boleśnie. Ukradłeś! Ja dla twojej ubogiej matki gotowałam, a ty mnie okradłeś?! Stefan, wyrzuć go z domu!
Zegarek, który Teresa oddała lekarzowi za zabieg przerwania ciąży dzieckiem byłoby z Maćkiem, ale nie chciała go, Stefan nie byłby pozwolił Teresa zapłaciła zegarkiem. Teraz całą winę zrzuciła na mnie
Stefan kazał mnie podnieść. Dalej nie pamiętam dobrze. Został w pamięci tylko obraz Teresy piękna, namiętna kobieta, dziś już poza mną, a on mnie rozkładał na części
Nie lubię, jak mnie okradają, Maćku, powiedział już na śniegu. Wszystko zniosę miłość, żonę, nawet zdradę. Sam zdradzam. Ale kradzieży nie. Moje, to moje!
Położyłem się sercem na zimnym śniegu, usłyszałem odjeżdżające auto, wycie wiatru i już tylko własny puls w skroniach. Myśl o tym, że ukochana mnie zdradziła. Serce mi ostygło. Uzdrowiło się.
Co było dalej, już wiecie
Spędziłem w domku myśliwskim wiele dni. Myśliwy sprowadził lekarza, poskładali mi żebra i nogi nie były nawet połamane. Uratowali mnie ci obcy ludzie, za co dziękowałem, choć tylko przez zaciśnięte zęby.
Wyzdrowiejesz, zaczniesz biegać! mówił myśliwy.
Wyszedłem na zewnątrz po trzech tygodniach. Oszołomiło mnie słońce. Śnieg parzył oczy, myśliwy założył mi ciemne okulary.
A teraz idź stąd powiedział. I nie bierz już więcej, co ci nie przynależy. Następnym razem nie będzie tyle szczęścia
Pakując się, słyszałem, jak dwóch wybawców dzieli pieniądze od Stefana za moje uratowanie. Zamarłem.
Co? spytałem cicho.
Nic. Stefan bardzo dobry. Tylko pazerny. Ale do wybaczenia. Jego żona jeszcze gorsza. Złoto sprzedaje na lewo, myśli, że w końcu ucieknie. Jak złapie, wręcza mu takich chłopców jak ty. Nie pierwszy i nie ostatni. Bogaci mają swoje fanaberie. Weź, co na twoje zęby i idź. Już czas. poklepali mnie po ramieniu.
Do miasta dotarłem wieczorem. Zaraz poszedłem do szpitala. Może jeszcze mama żyje?
Nie ma nikogo o tym nazwisku. Przepraszam, zamknęła okienko rejestratorka. Wystraszyłem ją chyba swoim wyglądem.
Proszę, sprawdźcie jeszcze! waliłem w szybkę, potem odszedłem do domu.
Znów czerwony, przeczuwalny zachód słońca. Bałem się.
W naszym oknie świeciło się światło. Odetchnąłem i ruszyłem, kulejąc, do kamienicy. Zadzwoniłem długo w końcu otworzyła mama. Cała drobna, chuda. Przylgnąłem do niej, zobaczyłem ojca, rozpłakałem się.
Bardzo się martwiliśmy o ciebie, synku, mówiła mama, nakładając mi smażone ziemniaki. Ale zadzwonił Stefan powiedział, że wpakowałeś się w kłopoty, niedługo wrócisz, póki co lepiej się nie pokazywać, bo możesz trafić do aresztu
Stefan? opuściłem widelec.
Tak. Jakiś pan z ministerstwa. Nawet odwiedzał mnie w szpitalu, załatwił oddzielną salę. Dziękuję, Maćku, że go poprosiłeś! Bez niego bym nie przeżyła
Mama jeszcze coś mówiła, płakała, głaskała mi ogoloną głowę, a ojciec patrzył długo, potem odwróciłem wzrok
Po latach z żoną Marysią szukaliśmy na rynku ładnej, żywej choinki. Zbliżał się Nowy Rok Marysia kocha prawdziwe drzewka, ich żywicę, igiełki, zapach. Przeszliśmy już wiele targów.
Zajrzyjmy jeszcze tutaj, wskazała na zadaszony kawałek placu. W słabym świetle lamp błyszczały kikuty choinek, gałęzie w kącie.
Weszliśmy. Marysia zaczęła oglądać gałązki, wtedy ktoś z ciemności warknął zachrypniętym głosem:
Kup, a potem dotykaj! Ręce precz!
Przed nami stanęła kobieta w watowanej kurtce, walonkach, z chustką na głowie. Smutna twarz, pełna gniewu.
Poznałem ją to była moja Teresa. Moja pierwsza, namiętna miłość. Kobieta, która zostawiła na mnie ślady. Marysia czasem pytała o blizny wymyślałem głupie historie. Kłamałem, bo kocham żonę, nie chcę jej ranić. Marysia żywa, prawdziwa, z krwi i kości, jest moją skałą, oparciem. Dostałem ją od Boga. Nie chcę, by cierpiała.
Teresa spojrzała, splunęła. Poznała mnie.
Stefan kazał jej marznąć, sprzedawać choinki, sam grzał się w restauracji. Nie bił, nie wyzywał. Znowu wykiwał. Ona wszystko straciła. Kolejny chłopczyk jej nie uratował. Już nie miała czym łowić Starzenie się zabrało jej urodę.
Chodź, Marysiu ująłem żonę za dłoń. Tutaj złe drzewka. Pojedziemy na plantację, tam sam zetnę ci choinkę.
Marysia się uśmiechnęła. Ufała mi, kochała naprawdę. Nie umiałem zrozumieć, czy zasłużyłem
Czyli za moje szczęśliwe życie powinienem dziękować Stefanowi? Za to, że nie kazał tym razem zabić mnie? Chudy, przygarbiony Stefan mnie pokonał, zrobił z mnie swojego dłużnika.
Może jednak wszystko w życiu ma swoje miejsce każda decyzja, każdy ból i każda zdrada. I tylko od nas zależy, czy w końcu będziemy po właściwej stronie, żyjąc w zgodzie z własnym sumieniem.



