Ostatni wyjazd
Od samego rana Marcelinę nie opuszczało dziwne przeczucie, że coś się wydarzy.
Coś złego…
Pierwsze, co zrobiła, to zadzwoniła do mamy, ale pani Grażyna zapewniła, że wszystko u niej w porządku:
Ciśnienie wzorcowe, głowa nie boli. A czemu pytasz, córeczko?
Tak po prostu Na wszelki wypadek odpowiedziała Marcelina. Dobra, muszę się zbierać do pracy. Jakby co, dzwoń, mamo.
Jasne, skarbie.
W teorii ten telefon powinien ją uspokoić, ale niestety, nie poczuła się lepiej i niepokój nie minął.
Marcelina nie mogła zrozumieć, skąd się to bierze, bo w zasadzie nie miała powodu do zmartwień.
Chociaż z taką pracą jak jej, wszystko może się wydarzyć, zwłaszcza w poniedziałek wiadomo, jaki jest poniedziałek.
Dopiła kawę, spojrzała na zegarek była szósta trzydzieści szybko się ubrała, złapała przekąskę do torby i ruszyła do pracy.
*****
Przy wejściu na bazę już czekał Andrzej kierowca, z którym całą dzisiejszą zmianę miała jeździć po Krakowie. Pomachał jej na powitanie, a ona tylko lekko skinęła głową, zmęczona.
Marcelinka, czemu taka ponura jesteś? uśmiechnął się Andrzej, odpalając papierosa. Coś się stało?
Nic się jeszcze nie stało, Andrzej. Ale czuję, że zaraz coś się wydarzy odpowiedziała zamyślona.
Oby nie. Skąd ci takie myśli do głowy przychodzą już rano? Za krótko spałaś?
Marcelina tylko wzruszyła ramionami.
Spojrzała w niebo. Ciemne chmury skutecznie przesłaniały słońce, zaraz mogło zacząć lać jak z cebra.
A deszczu nie cierpi od dziecka…
“Może to tylko pogoda, a nie żadne przeczucie?” pomyślała i nawet się uśmiechnęła, gdy wpadła na to wyjaśnienie.
Ale po chwili niepokój powrócił ze zdwojoną siłą.
Dobrej służby! zawołała młoda dziewczyna, przebiegając korytarzem.
Andrzej aż zakrztusił się dymem, a gdy odkaszlał, pokazał jej pięść, na co dziewczyna natychmiast zrobiła przerażoną minę.
Ojej, przepraszam… Zapomniałam! powiedziała z zakłopotaniem.
Była nowa dopiero tydzień temu zaczęła pracę jako ratowniczka i wciąż nie mogła zapamiętać, że nie powinno się życzyć powodzenia wchodzącym na zmianę.
To zły omen.
No, teraz na pewno coś się wydarzy wyszeptała Marcelina i dreszcz przebiegł jej po plecach.
Phi… mruknął Andrzej, wrzucając peta do metalowego kosza.
*****
Marcelina za każdym razem, kiedy dyspozytorka wysyłała przez tablet nowe zgłoszenie, zaciskała nerwowo usta.
Mężczyzna, 35 lat, silny ból głowy. Mówi bełkotliwie podejrzenie udaru.
“Tego mi jeszcze brakowało…” pomyślała Marcelina. Niby powinna być przygotowana na wszystko, ale…
Każde wezwanie przeżywała bardzo, szczególnie kiedy groziło to czyimś życiem. A udar to nie żarty.
Szczególnie dzisiaj…
Na szczęście okazało się, że pacjent udaru nie miał.
Język mu się plątał, bo do świtu razem z kolegami świętował urodziny przyjaciela, a głowa bolała go zwyczajnie z przepicia. Marcelina podała mu tabletkę i doradziła, żeby się wyspał.
A jak wypiję piwko, pomoże? zapytał z nadzieją w głosie.
Absolutnie nie! Zrobi się jeszcze gorzej. Jeśli chce pan żyć długo i szczęśliwie, najlepiej w ogóle odejść od alkoholu.
Wychodząc z mieszkania, odetchnęła z ulgą. Nic poważnego się nie stało.
“Może Andrzej miał rację i to złe przeczucie jest po prostu przez zmęczenie i przepracowanie?” pomyślała.
Już prawie się uspokoiła, gdy… dyspozytorka wysłała ich na cmentarz.
Gdzie?! zdziwił się Andrzej.
Na cmentarz odparła smutno Marcelina, ściskając w dłoni tablet.
Dziś miało się tam odbyć pożegnanie znanego artysty, rodowitego krakowianina (chociaż Marcelina pierwszy raz o nim słyszała).
Ludzi było mnóstwo.
Starsi, młodsi, kobiety, mężczyźni. Jedni stali w milczeniu z goździkami, inni płakali, jeszcze inni wspominali zmarłego ciepło.
Marcelina przez cały czas czuła, jakby coś miało się wydarzyć. Andrzej palił papierosa za papierosem.
Jednak nic się nie stało i na szczęście nikomu karetka nie była potrzebna.
Później były kolejne zgłoszenia, ale już na szczęście typowe.
Tak zleciało jej niemal 12 godzin. Zmiana dobiegała końca.
Za jakieś dziesięć minut mogli wracać na “swoją” bazę.
Marcelina marzyła tylko o gorącym prysznicu i łóżku. Jutro nowy dzień i miała nadzieję, że lepszy.
Zadzwoniła znowu do mamy już dziesiąty raz tego dnia.
Wszystko dobrze, córcia odpowiedziała Grażyna. Zaraz zjem kolację i będę oglądać telewizję.
No i co z twoją mamą? zapytał Andrzej, gdy Marcelina schowała telefon.
Wszystko ok.
No widzisz! Mówiłem ci, że nic się dziś nie wydarzy. Cały dzień powtarzasz tylko o tym złym przeczuciu…
Tylko że, Andrzej, ono nadal jest… Serio nie wiem, co mnie tak niepokoi.
Może powinnaś jakiegoś zwierzaka sobie wziąć? Świetnie na stres działają.
Naprawdę?
Pewnie. Ja mam kota Stasia. Jak wracam do domu, wskakuje mi na kolana i mruczy, mruczy… Od razu mi lżej na sercu. Wszystkie złe myśli odchodzą i śpię jak dziecko.
Z takim trybem pracy, jaki mam, to niemożliwe… Kto by się zajmował zwierzakiem, gdy mnie nie ma przez całą dobę? Ty masz żonę, dzieci, a ja mieszkam sama.
Chciała jeszcze coś dodać, ale właśnie “ożył” tablet i usłyszała głos dyspozytorki:
Marcelina, przepraszam, ale zmiana jeszcze się nie skończyła. Musisz przyjąć ostatni wyjazd. Ulica Słowackiego 23. Mieszkanie… czekaj…
Czterdzieści osiem czasem?
Tak, Marcelina, dokładnie, mieszkanie 48. Skąd wiesz? zdziwiła się dyspozytorka.
Tam mieszka pan Henryk Zieliński. Już czuję się jak u niego w gościach. Znowu serce?
Marcelina poczuła, jak dyspozytorka ciężko wzdycha, i od razu zrobiło jej się nieswojo…
Nie, Marcelina… On nie żyje. Zmarł dzisiaj rano. Policja już jest na miejscu, musicie dopełnić formalności. Wiesz, o co chodzi…
Wiem… odpowiedziała jakoś obco.
Drżącą ręką położyła tablet na kolanach i spojrzała na Andrzeja. Słyszał wszystko więc tylko milczał.
Po chwili powiedział:
Szkoda Henryka Zielińskiego. Z twoich opowieści wiem, że był dobrym człowiekiem. Ale nie obwiniaj się, Marcelina. Przecież nie chciał jechać do szpitala, nawet do przychodni nie chodził… To nie twoja wina, słyszysz?
Mhm…
Odchyliła się na fotel, zamknęła oczy i na dłuższą chwilę zniknęła w myślach.
*****
Poznała pana Henryka półtora miesiąca temu. Sam zadzwonił po karetkę, bo bardzo bolała go klatka piersiowa.
Drzwi wejściowe są otwarte, proszę śmiało wejść ostrzegła wtedy dyspozytorka.
Dobrze.
W progu przywitał ją malutki szczeniak wielkości jej dłoni.
Najpierw śmiesznie na nią warczał, potem szczekał, a na końcu, gdy zawołał go pan Henryk, poleciał do pokoju z merdającym ogonkiem.
Znalazłem go kiedyś na ulicy i przygarnąłem, a teraz mnie pilnuje zaśmiał się starszy pan, próbując wstać z łóżka.
Leż spokojnie zatrzymała go Marcelina. A piesek przeuroczy. Sama bym sobie takiego wzięła, gdybym mogła.
A czemu nie możesz?
Są powody. Ale już, panie Henryku, skupmy się na pana zdrowiu. Co się dzieje, odkąd, leczy się pan?
Zgodnie odpowiadał na pytania. Serce dokuczało mu od roku, od kiedy zmarła żona. Chodził kiedyś do przychodni, ale bez skutku, więc…
Wie pani, coraz gorzej się czuję, jak w tej kolejce w przychodni stoję. A ból czasem sam przechodzi…
Może dokładniej pan opisze?
E tam, pojęczy się chwilę i puszcza. Raz korwina, raz walidol pod język…
Żadne z nich to nie leczenie uśmiechnęła się Marcelina. Zrobimy EKG.
EKG faktycznie wykazało poważne problemy. Chciała go już odwieźć do szpitala, ale stanowczo odmówił.
A Burek z kim zostanie? Poda mi pani tabletkę, zastrzyk
To tylko doraźna pomoc, panie Henryku. Naprawdę zachęcam do szpitala.
Ci, co tu byli przed panią, zawsze dawali mi leki żyję i zdrowy jestem. Do szpitala nie pojadę. Mogę podpisać odmowę.
Nie dała rady go przekonać wtedy i żadnym kolejnym razem.
Od tamtej pory tylko Marcelina przyjeżdżała na jego zgłoszenia, a były prawie co tydzień.
Kiedyś tylko pobolało i puszczało. Teraz łapie i nie puszcza.
Bo zdrowie się pogarsza, a leczyć się pan nie chce. Może jednak pojedziemy do szpitala?
Przepraszam, Marcelino, nie mogę starszy pan przytulił Burka i długo go głaskał. Nikogo nie mam, by się nim zajął, rozumie pani? On jest jeszcze mały.
No ale jeśli coś się panu stanie, to kto zaopiekuje się Burkiem? spytała.
Nic się nie stanie! A nawet jak Zawsze znajdzie się ktoś dobry. Umówiłem się z sąsiadką, pokazałem jej nawet, gdzie pieniądze trzymam na psa.
Pieniądze? Po co?
No jak to po co? By miała na jedzenie dla niego. Przecież wiem, że ludzie niechętnie biorą psy z ulicy, bo to koszty…
Naprawdę był dobrym, ciepłym człowiekiem.
A teraz Marcelina znowu do niego jedzie tylko tym razem już nie porozmawia. Smutno jej bardzo…
Ostatni wyjazd naprawdę okazał się ostatnim.
I tak naprawdę nie zgadza się z Andrzejem, który twierdził, że nie ma jej winy w tym wszystkim. Ma! Powinna była go uprosić, przekonać do szpitala
Marcelina, jesteśmy na miejscu.
Co? dopiero wtedy poczuła ciężką dłoń Andrzeja na ramieniu.
Jesteśmy, mówię.
Powoli weszła na trzecie piętro, do mieszkania. W środku czekała już sąsiadka pani Zosia oraz dzielnicowy, którego poznała przy poprzednim wezwaniu.
Pan Henryk wtedy stracił przytomność na podwórku i poprosił, żeby pani Zofia zadzwoniła po karetkę. Gdy przyjechała wtedy, pani Zosia czuwała przy nim.
Witam, Marcelino.
Dzień dobry, pani Zosiu powiedziała cicho. To pani wezwała policję?
No jasne. Kto, jak nie ja? Tylko szczeniak jego od rana szczekał. Zdziwiło mnie, że nie poszli na spacer, jak co dzień. Ale pomyślałam, różnie bywa. Może humoru nie miał.
A potem?
A potem pojechałam na działkę, wróciłam wieczorem, a ten szczeniak cały czas szczekał. To zadzwoniłam na policję. Przyszedł dzielnicowy z panem z administracji, otworzyli drzwi… pokazała gestem na sypialnię.
Rozumiem, dziękuję.
Marcelina poszła do sypialni, spojrzała długo na pana Henryka, powstrzymując płacz. Napisała protokół.
Nagle coś jej się przypomniało, zaczęła szukać Burka. Sprawdziła kuchnię, łazienkę, balkon.
Przepraszam, czego pani szuka? zapytał dzielnicowy.
Szczeniaka. Nigdzie go nie widzę. Nie widzieliście go przypadkiem?
Taki ciemny? Tak, włóczył się tu pod nogami, szczekał na nas zaśmiał się dzielnicowy. Potem chyba sąsiadka go zabrała.
“Całe szczęście!” odetchnęła Marcelina.
Bała się, że ktoś wygonił psa na deszcz, a pan Henryk by tego nie zdzierżył, gdyby wiedział…
Pożegnała się, wyszła i postanowiła jeszcze zahaczyć o mieszkanie pani Zosi, która zaraz wyszła, tłumacząc się pilnymi sprawami.
Marcelina? zdziwiła się sąsiadka. Co się stało?
Chciałam tylko podziękować za to, że zabrała pani Burka. Jak on się trzyma? Bardzo przeżywa?
Kto przeżywa?
No Burek Jest u pani, prawda?
A, szczeniaczek? dopiero ją zrozumiała. Ee, nie, ja go tylko wypuściłam na dwór. Tak ujadał i na dzielnicowego rzucał, że uznałam, iż lepiej mu na dworze. Po co miałby siedzieć zamknięty? Przecież właściciel nie żyje…
Chwileczkę… Pani go wypuściła na ulicę?
Nie wygoniłam, tylko wypuściłam. Co ma robić w pustym mieszkaniu? Jak zechce żyć, przetrwa. Może znajdzie się ktoś dobry, kto go przygarnie.
Ale pan Henryk mówił, że umawialiście się, że pani się nim zajmie, i nawet pokazał, gdzie są pieniądze na jego karmę.
Twarz pani Zosi momentalnie stężała.
Nie rozumiem, o co ci chodzi, Marcelina. Z panem Henrykiem żadnych umów nie miałam, a tym bardziej o żadnych pieniądzach nie wiem.
Przecież sam mi mówił…
Muszę już iść. Jeśli piesek chce żyć, to da radę.
*****
Marcelina zbiegła po schodach i wybiegła przed blok. Pogoda się pogorszyła zaczęło padać.
Na razie jeszcze delikatnie, ale z każdą chwilą deszcz był coraz mocniejszy.
Marcelina, co ty tu stoisz, przemokniesz! zawołał Andrzej. Wsiadaj, bo cię zmoczy do suchej nitki.
Zostawiła torbę w karetce… i zatrzasnęła drzwi.
Marcelina, co ty robisz? wyszedł zdziwiony Andrzej.
Andrzej, ty możesz wracać na bazę, ja muszę coś jeszcze zrobić.
Co musisz zrobić?
Muszę znaleźć szczeniaka.
Jakiego, Marcelina? Możesz mi wytłumaczyć, bo nie ogarniam.
Streszczając mu wszystko, powiedziała, co się wydarzyło. Andrzej, podpalając papierosa, słuchał w ciszy.
Burek nie mógł daleko uciec. Na pewno jest gdzieś w pobliżu. Ty wracaj, a ja sama poszukam.
Nie ma mowy! Nie zostawię cię samej, zaczyna się ściemniać. Razem poszukamy tego twojego psa.
Ale nie możesz zostawiać karetki!
Nikt się nie dowie, nie martw się.
Przez dziesięć minut chodzili wokół bloku szukając psa, którego jakby ziemia pochłonęła. Potem dołączył dzielnicowy, który właśnie kończył formalności.
Zaproponował pomoc, a Marcelina, choć zaskoczona, zgodziła się.
Mam go! zawołał radośnie Andrzej, a ona pobiegła w jego stronę.
Dzielnicowy również szybko tam podszedł.
No popatrz tylko! Znalazłem cię, a ty na mnie warczysz! zażartował Andrzej do Burka, który siedział pod ławką po drugiej stronie ulicy, prosto naprzeciwko okien Henryka Zielińskiego.
Podczas gdy Marcelina podbiegła, z ulgą wypuściła powietrze. Burek siedział pod ławką i warczał na Andrzeja, nie dając mu podejść.
Burku, mój kochany! łzy pomieszały się z deszczem, więc nie było nic widać. Poznałeś mnie, Burku?
Szczeniak ją poznał, oczywiście. Przychodziła przecież do jego pana i dzieliła się kanapką.
Wygramolił się spod ławki, spojrzał na nią smutno i cichutko zaskomlał.
Wiem, maluszku, nasz pan Henryk odszedł. Już nie wróci.
Andrzej odwrócił się, żeby szybko otrzeć łzę. Nie miał zwyczaju płakać przy ludziach, tym razem się nie powstrzymał. Dzielnicowy odchrząknął i spojrzał w niebo.
Nie mogę ci zastąpić twojego pana, ale… postaram się, dobrze? Pójdziesz ze mną, Burku?
Burek poszedł.
Bo wiedział, że Marcelina jest dobra i nie zrobi mu nic złego.
A do tego nie cierpiał deszczu…
*****
Na początku bała się, że sobie nie poradzi. Ale z pomocą przyszła jej mama.
Podczas jej dyżurów, pani Grażyna przychodziła do mieszkania, karmiła i wyprowadzała Burka.
A w dni wolne chodzili we troje do parku Marcelina, mama i pies.
Wcale nie żałowała, że zabrala tego niechcianego przez nikogo szczeniaka.
Bo jej życie nagle nabrało sensu, zaczęła rozumieć, dlaczego pan Henryk nie mógł się z Burkiem rozstać, nawet jeśli jako lekarka trochę go za to ganiła.
Po jakimś czasie do ich małej rodziny dołączył jeszcze ktoś.
Ten sam dzielnicowy, którego poznała przy panu Henryku i który pomagał szukać psa. Od razu jej się spodobał, ale okoliczności były niezręczne.
Kiedy Wojtek przyszedł z bukietem na pierwsze odwiedziny, w progu czekał już Burek.
Obwąchał go, popatrzył z dołu, po chwili szczeknął wesoło, dając mu zielone światło do wejścia zdał egzamin.
Teraz już nikt i nic nie zagrażało jego ukochanej właścicielce.
No, chyba że szczęście, o którym tak długo marzyła…



