Moje zasady

Moje zasady

Nie, Pawełku, jednak dobrze, że przyjechałeś! pani Irena usiadła naprzeciw syna, podparła brodę drobnymi pięściami i uśmiechnęła się szeroko. Tak bardzo się stęskniłam. Jedz, jedz, kochanie. Może dołożyć ci jeszcze kotlecika?

Paweł stanowczo pokręcił głową.

Niesmaczne? zapytała mama zaniepokojona, wyprostowując się. Jej dotąd pogodne i pomarszczone oblicze momentalnie się napięło, brwi powędrowały ku górze. Robiłam wszystko, jak zawsze… Przecież mówiłam ojcu, że ty wieprzowiny nie jesz… Przecież mówiłam! Smaku innego?

Irena wyraźnie się zdenerwowała, szykując na przyjazd Pawła tyle jedzenia, jakby miał przyjechać cały pluton wojska, a ona, Irena Nowak, była szefową polowej kuchni, która wszystkich musi nakarmić, ogrzać i pogłaskać. Tymczasem taki wstyd synowi nie smakują kotlety

Nie, mamo, nie zaczynaj znowu! Wszystko smaczne, naprawdę smaczne! Po prostu już nie mogę.

Paweł odłożył na talerz widelczyk, nieproporcjonalnie malutki, jak dla jego ogromnych, niedźwiedzich dłoni, poprawił serwetkę, równie malutką, jak dziecięcy chusteczek. Czasem aż dziwnie, że z tak drobnej Ireny urodził się taki olbrzym. Ale to pewnie po ojcu, Michale. On też był wielki, barki szerokie jak szafa. Irenka obok niego zawsze wyglądała jak dziewczynka.

Wszystko było pyszne, jak zawsze! syn wstał, podszedł do mamy, pogłaskał ją po ramionach. Czuła się od razu spokojna, bezpieczna No to co chciałaś omówić? Mów, bo zaraz muszę jechać. Z Dobrosławą mieliśmy iść do sklepu, Wiktorowi trzeba kupić ubrania.

Dobrosława tak po staropolsku ją nazywał Paweł-bogatyr była jego żoną, kobietą porządną, cichą i niebywale urodziwą.

Gdy Paweł zobaczył ją na ulicy, wpadł na latarnię tak się zapatrzył. Rozciął sobie brew, lała się krew. Dobrosia spojrzała przerażona, z ustami otwartymi ze zdziwienia. A Paweł, zawstydzony, macał latarnię, bo się bał, że ją zniszczył…

Potem razem poszli na pogotowie. Dobrosia śmieszna i naiwna, bardzo młoda dziewczyna ciągle wypytywała, czy mu się nie kręci w głowie, trzymała go pod ramię. Co miał odpowiedzieć? Kręci się, i to jak! Gdy obok taka Dobrosława, piękność nieopisana

Pobrali się. Teraz mają syna, Wiktorka. Dobrosia pracuje jako logopeda, często przyjmuje dzieci w domu, co jest bardzo wygodne nie musi biegać do innych, ma czas ogarnąć dom. Paweł codziennie rano jedzie do pracy, zrzuca Wiktora do szkoły nie byle jakiej, Dobrosia załatwiła mu miejsce w gimnazjum biologicznym. Słowem, żyją dobrze, spokojnie, wszyscy zajęci i szczęśliwi.

A czemu Dobrosia nie przyjechała? pyta pani Irena, sprzątając ze stołu. Wie dobrze, że Dobrosia prowadzi zajęcia też w weekendy, ale przedłuża rozmowę, bo wstydzi się poprosić syna o przysługę.

Przecież mówiłem, ma dziś dwóch uczniów. A Wiktor, mówiąc oficjalnie Wiktor Pawłowicz, Paweł lubił tak nazywać syna, brzmiało to poważnie i elegancko robi lekcje. No, co?

Chwycił matce z rąk filiżanki, bardzo, bardzo ostrożnie, jakby to były kryształowe pantofelki, odstawił do zlewu, po czym spojrzał jej w oczy. Mamo, zaczynasz mnie straszyć. Coś się stało z tatą? Dlaczego siedzi zamknięty? Wzięliście kredyt, ktoś was oszukał? Zastawiliście mieszkanie, nerkę i całą resztę? Ktoś was szantażuje? A może odnalazł się mój zaginiony brat bliźniak?

Paweł śmiał się z własnych żartów. Świat był pogodny, jakby wiosenny.

Siadł znowu pod wpływem gestu Ireny, pogładził się po brzuchu, przeciągnął, uderzył dłonią w szafkę kuchenną. Tak… Malutkie te mieszkanie co tu kryć… Nie to, co ich trzy pokoje, duży balkon, przestronna kuchnia, każdemu wygodnie. Mieszkanie dostali po rodzinie Dobrosi. Ci jeszcze za PRL-u dostali je za zasługi naukowe, potem wyjechali na wieś bliżej ziemi, ludzi, powietrza i podarowali Dobrosławie. Co jesień przywozili jej worki ziemniaków, buraki, topinambur i astry, nieziemskie astry! A wszystko zawsze docierało samochodem wujka Stefana, byłego właściciela mieszkania. Paweł do tej pory nie wiedział, czym Dobrosia sobie zasłużyła na taką miłość Stefana, ale bardzo go szanował i nieraz pomagał mu przy samochodzie. Sam po jego mieszkaniu też chodził w spodenkach z palmami, ciesząc się życiem.

Chciałam ciebie o coś zapytać Irena nabrała odwagi, podsuwając synowi talerzyk pierników. Pamiętasz panią Marię Leśniewską?

Paweł lekko się spiął, poruszył brwiami.

Oczywiście, mamo! przytaknął. Pierniki pachniały miodem, ciastem, lukrem. Ślinka ciekła. Zaparzył sobie jeszcze herbaty i sięgnął po największy, z motywem warszawskiego Zamku Królewskiego.

No więc Pani Maria dostała skierowanie do waszego szpitala wojewódzkiego, musi poddać się operacji oczu Nie wiem dokładnie co, ale podobno poważna sprawa

Paweł gryzł piernik i słuchał. Czy pamięta panią Marię? Oczywiście. Była sąsiadką z klatki, pomagała jego mamie, pilnowała go, Pawła, gdy rodzice byli w pracy. Zawsze nosiła ogromne, okrągłe okulary wydawało się, że oczy wypukłe, a rzęsy za szkłami trzepotały jak motyle.

I co? zapytał w końcu, bo matka zamilkła, gniotąc serwetkę, strzepując okruszki ze stołu znak, że się denerwuje.

Czy mogłaby na czas leczenia zamieszkać u was? Wynajem mieszkania, hotel za drogie dla niej. No i nie da się ciągle jeździć. Starsza już jest, nie ta siła co kiedyś… Wiem, trudno wpuścić obcą osobę do domu, ale to na chwilę Poza tym, czuję się jej dłużna, wychowała cię jak własnego

Paweł przestał żuć, przełknął łyk herbaty, wytarł usta serwetką, wzruszył ramionami.

No No cóż mruknął. Wspólne mieszkanie z panią Marią mu się nie widziało, trzeba będzie te swoje spodenki schować… I Dobrosia już w nocnej koszuli wieczorami do kuchni nie podejdzie. No ale jeśli trzeba to trzeba. Nie ma sprawy! Kiedyś ona mi pomagała, teraz ja jej! Paweł się uśmiechnął. Poczuł się niezwykle szlachetny, opiekuńczy, dobry i ciepły, aż mu się lżej zrobiło. Dobrosia będzie z niego dumna. Mama też. Pani Maria zasłużyła, żeby na starość ktoś się nią zajął! wypalił radośnie.

Za oknem, jakby w odpowiedzi, zabłysło słońce, zatańczyły promyki po ścianie, a dzwony pobliskiego kościółka zagrały radosne dźwięki, aż dusza śpiewała.

Tak? Naprawdę, Pawełku? Jak się cieszę! To JEST POSTAWA! Prawdziwa postawa, synku! Dumna jestem z ciebie, że wyrosłeś na takiego czułego i dobrego chłopaka.

Podeszła, pogładziła go po głowie jak w dzieciństwie.

Dobrosia, gdyby była obecna, pewnie wykrzywiłaby się przedrzeźniająco, bo zawsze trochę śmiała się z matczynej czci wobec Pawła.

Ale jej nie ma, więc Paweł znowu może stać się na chwilkę małym chłopczykiem, którego chwali najważniejsza kobieta w jego życiu.

Opadł z rozkoszą dłońmi na stół.

Ale Ale może najpierw zapytajmy Dobrosię szepnęła nieśmiało mama. Paweł coś mruknął, że na pewno się zgodzi, przytulił się do matki, niemal przysypiając z błogości i dumy nad sobą, takim szlachetnym chłopakiem… No to skończone, za chwilę zadzwonię do pani Marii i powiem jej, co ustaliliśmy

Irena wybiegła z kuchni, z pokoju szurała gazetą swoim zwyczajem ojciec, a Paweł wyciągnął telefon, zadzwonił do żony.

Dobrosia malowała rzęsy przy lustrze.

Na ile to? zapytała w końcu.

No… Ze dwa tygodnie. Dobrosiu, no trzeba pomóc… jakby się tłumaczył Paweł. Operację ma mieć, a nie ma gdzie mieszkać.

Przecież jest szpital, ma salę zaczęła Dobrosia, ale Paweł jej przerwał.

Tak, ale po operacji musi przyjeżdżać na kontrolę. Ma się tłuc dwa razy dziennie? Dobrosiu, ty jesteś wspaniałą gospodynią, a pani Maria to bardzo kulturalna i uprzejma osoba dogadacie się, zobaczysz

Wiesz co westchnęła Dobrosia. To mi się nie podoba. Pamiętam ją z wesela. Patrzyła na mnie z góry, oczami przewracała. Nie lubi mnie, ta twoja ciotka Mania.

Mania, nie Mania. Lubi cię! Pomoże ci nawet z Wiktorem!

Paweł, twój syn ma szesnaście lat. Czym może mu pomóc pani Maria? Dobrosia uśmiechnęła się krzywo, zrezygnowana odłożyła szminkę.

Wszystkim! Doświadczona kobieta, przeżyła swoje! przekonywał Paweł. No to? Zgadzasz się?

Dobrosia była przeciwna, bardzo, ale nie potrafiła mu odmówić, żeby go nie urazić.

Dobrze. Kiedy przyjedzie?

Po drugiej stronie słychać było głosy, potem Paweł powiedział: w niedzielę.

Już w tę? Jutro? Dobrosia zaniepokojona spojrzała na domowy nieład zupełnie zwykły bałagan, ale nie do pokazania obcym ludziom!

I nikt, prócz niej, nigdy tego nie widział. Uczniów przyjmowała w kuchni-jadalni. Było jasno, wygodnie, tylko tam można było wejść. Gdy spodziewała się gości, sprzątała wszystko od podłogi po sufit. Nie to, co koleżanki. Ona zawsze wstydziła się domowego nieporządku, zwisających podkoszulków czy krzywo zawieszonego ręcznika.

A ciotka Mania będzie wszędzie chodzić! I jeszcze pomyśli, że Dobrosia jest złą gospodynią!..

Czyste podłogi i porządek w domu to porządek w głowie, pamiętaj! mawiała mama. Pierwsze, na co ludzie patrzą po wejściu, to porządek. A ty, Dobrosiu, jesteś bałaganiara! No jakoś ci się nie udało nauczyć ładnego życia!

Dobrosia przymknęła oczy, pokręciła głową, jakby mama ciągle jeszcze stała obok, a ona, Dobrosia, patrzyła w podłogę, bo jest bałaganiara i do nikogo nawet niepodobna

W przyszłą niedzielę poprawił Paweł.

To jeszcze mogę… przeciągnęła kobieta z ulgą. Idę powiedzieć Wiktorowi…

Dobrosia miała zatem czas nadrobić cały domowy chaos, wyszorować, powiesić, poprać, wyprasować, wypolerować

Wiktor przyjął wiadomość o przyjeździe starszej pani, która niańczyła jego ojca od takiego o wieku, z obojętnością. Przyjedzie, to przyjedzie.

Mama, spokojnie! Wiesz jak jest żyj jak zawsze, przecież to nasza ekosystema! Ona jest tu obcym organizmem, jak przetrwa, to przetrwa. Jak nie, to nie. Musi się przystosować, tyle filozoficznie oświadczył Wiktor, przyszły biolog. A teraz bierz drugi odkurzacz, pomagaj!

Ja się załamuję… szepnęła Dobrosia. A na tygodniu nie mam czasu…

Babcia Irena wszystko o tobie wie i nie przejmuje się! Wiktor wzruszył ramionami i poszedł.

Dobrosia była wyraźnie poddenerwowana, jednak po pół godzinie zadzwonił dzwonek, przyszedł pierwszy uczeń sepleniący, pulchny jak pączek Andrzejek. Ćwiczył językiem, czerwienił się, uśmiechał, a Dobrosia jednym okiem już wypatrywała, co jest niedomyte, co nie błyszczy

Okna! jak grom myśl zaatakowała. Jeszcze nie myłam okien!

Szyby mają być tak czyste, żeby wydawało się, jakby ich wcale nie było! karciła w myślach mama. Czyste okna to porządna gospodyni! A ty zawsze tylko paćkasz i zostawiasz plamy!

Paweł wrócił, oderwał żonę od sprzątania, po drodze do sklepu opowiadał, jaka to miła ta pani Maria, jak ją wychowywała, a Dobrosia tylko kiwała głową i wzruszała ramionami.

Tata, zrozumieliśmy już, przyjedzie twoja druga mama. Zamknijmy ten temat na razie! nie wytrzymał Wiktor.

I Dobrosia była mu za to wdzięczna

Do następnej niedzieli czas zleciał błyskawicznie. W sobotę Paweł pojechał po Marię Leśniewską, a Dobrosia wszystkie zajęcia odwołała i szykowała się na gościa.

Wiktor został wysłany do fryzjera, pies Grzesiek wykąpany, okna lśniły jak nigdy.

Dobrosiu, będziemy koło trzeciej, nie wcześniej zameldował Paweł. Nie rób zamieszania, zajmuj się swoimi sprawami. Pani Maria bardzo się stresuje, że zaburza nasz spokój.

Dobrze, do obiadu zdążymy.

Na obiad Dobrosia postanowiła upiec kurczaka, ugotować ziemniaczki, zrobić sałatkę… Tak, jak wypada.

Wstała o siódmej, wysłała Wiktora na spacer z Grześkiem, sama weszła pod prysznic, zaczęła mruczeć Niech żyje bal…. Umyła się, zarzuciła szlafrok i już miała myć zęby, gdy w przedpokoju zagrzechotał zamek. Rozległy się głosy męża i nieznany, lekko drżący damski głos, pies szczekał radośnie, a Wiktor zrezygnowany wzdychał.

Zaparowane lustro pokazało Dobrosi, w jakim stanie przyszło jej przyjmować gościa…

No to jesteśmy powiedział Paweł, kiwając żonie, która stała w szlafroku i z pastą na zębach patrzyła, jak mąż taszczy wielką, czerwoną walizkę, a za nim podąża, aż promieniejąc, Maria Leśniewska. Chwaliła dom, zachwycała się wystrojem, wszystko czarujące. Ale Dobrosia pamięta, że jest w szlafroku, włosy w nieładzie, kurczak nie upieczony, Grzesiek z brudnymi łapami na podłodze Już wie, że jest złą gospodynią. Pani Maria zaciska usta na widok kałuż zostawionych przez psa i patrzy za uciekającą Dobrosia, ta, migając piętami, pędzi się ogarnąć.

Tutaj będzie pani pokój, Paweł wskazał Rozgość się. Ja coś przekąsimy przygotuję, tylko się przebiorę.

Pani Maria podziękowała, zamknęła się w pokoju.

Co wy tak wcześnie?! syknęła Dobrosia zza parawanu. Nie byłam gotowa na taki najazd! Tak się nie robi, Paweł, ośmieszyłeś mnie!

Paweł rozsiadł się na łóżku, patrzył na jej odbicie w lustrze szafy, podziwiał delikatnie zaokrąglone biodra i ramiona

Co? oderwał się od zamyślenia.

Mówię czemu tak wcześnie? Dobrosia była już w sukience, układała włosy. Zapnij mi zamek.

Aaa, bo Marii wcześniej się coś z lekarzem ustaliło. Zdecydowaliśmy się przyjechać szybciej odparł spokojnie.

Dlaczego ma tyle rzeczy? zapytała.

A bo wy kobiety nieprzydatnie praktyczne. Jesteście handlarzami, prawda!

Paweł znowu był z siebie dumny, że taki dowcipny

Zasiedli do śniadania. Dobrosia zrobiła jajecznicę, Wiktor, widząc, że mama się rozkleja, zrobił kanapki.

Maria Leśniewska weszła do kuchni ostatnia. Usadzili ją obok Wiktora.

Smacznego wszystkim. Ale tu macie przytulnie. Dobrosiu, czy to ja na ślub dałam wam ten serwis z makami? Nie? Albo może komuś innemu

Dobrosia wzruszyła ramionami. Serwis stłukli już następnego dnia po ślubie Paweł zwalił całą paczkę ze schodów. Szkoda, ale nie szkoda.

Paweł ze skupieniem żuł. O serwisie nie pamiętał.

Pewnie komuś innemu Dobrosia przelała wszystkim kawę.

A mnie tu wieje, Dobrosiu kaprysiła pani Maria. Mogę się przesiąść na twoje miejsce?

Wiktor spojrzał trochę zdziwiony.

Paweł wyprostował się, ruszył na ratunek.

Dobrosiu, siadaj obok mnie. Głupio, jakby pani Maria się przeziębiła przed operacją! powiedział, przesunął żonę, jak stołeczek, bliżej siebie, a gościa posadził przy oknie.

Ja przecież Pawła od małego wychowywałam, zaczęła Maria. Pieluchy mu zmieniałam a był z niego wybredny chłopak! Jadł słabo, ale potem się poprawiło. Trudne dziecko.

Dobrosia zakrztusiła się, Wiktor posłał jej chytry uśmiech.

A pan, młody człowieku, to lekcje powinien już robić. Pawełek zawsze rano robił lekcje, by mieć w głowie porządek, dodała gościni, zabrała ze stołu talerze Wiktora i spojrzała na Dobrosię, która znowu się speszyła.

Wiktor, dopiwszy herbatę, urażony wyszedł do siebie.

Maria Leśniewska za wszystko podziękowała, po czym poprosiła Pawła do siebie, by jej przestawił telewizor.

Mało tu książek zauważyła Wiktor mógłby czytać klasykę, na przykład Prusa. Ja przywiozłam mały wybór. Wieczorem usiądziemy i sprawdzę, ile twój syn wie.

Tak, ciociu Mario. Bo tylko piłka i piłka Paweł przytaknął, mrugając do syna i wręczając mu worek z ubraniem sportowym.

Wiedział, że pani Maria zawsze, wszędzie dźwiga Prusa, kładzie na stoliku w kawiarni, trzyma w ręce w teatrze, śpi z nim, choć żadnej strony nie przeczytała. Ale z Prusem wyglądała poważniej. A kiedy przyjdzie czas do szpitala, weźmie Prusa pod pachę żeby medycy wiedzieli, że to kobieta z klasą.

Odprowadzili Wiktora, wyszedł i Paweł.

O której wychodzisz? zapytała Dobrosia gościa.

Ja? O trzynastej. Muszę się szykować. Dobrosiu, a Wiktorowi podoba się jakaś dziewczyna? Za Pawłem, jak był mały, biegały koleżanki już od podstawówki. Nawet miał dziewczynę, Marysię. Taka ugodowa była, jak plastelina wszystko zrobiła. Dobrze prawda? Wy powinniście przestawić też szafkę na buty. I psa Grześka z salonu w końcu przegonić, bo on tutaj miejsca nie ma, kanapa nie dla psa.

Patrząc jak obca ręka przestawia galanterię z przedpokoju, Dobrosia odebrała wszystkie, co popadało buty, pantofle, jej ukochane czółenka.

Takie obcasy są bardzo niezdrowe… No dobrze, idę już. Dobrosiu, dziękuję, że mnie przyjęliście.

Maria pogłaskała Dobrosię po ramieniu i zniknęła w windzie.

Dobrosia stała w bezruchu, po czym zatrzasnęła drzwi.

Mamo, czemu ona wszystkim rządzi? Grześka przegoniła z kanapy, a on tu może leżeć! marudził Wiktor, głaszcząc psa po głowie. Ten westchnął smutno.

No… taka już jest. Przyzwyczaiła się rządzić. Ale to na krótko, Wiktor. Wytrzymaj…

Dobrosia była zawstydzona, że nie umie być gospodynią we własnym domu. Ale cóż poradzić. Jak zrugać kobietę, która jej mężowi pieluchy zmieniała?

Wieczorem Maria Leśniewska zorganizowała na ich kuchni akcję robienia gołąbków. Każdemu znalazła zajęcie, a Paweł niemal nosił ją na rękach.

Potem? W poniedziałek Maria nastawiła budzik, wszystkich postawiła wcześnie, zarządziła gimnastykę.

Kiedy ta operacja? zapytała Dobrosia, zdychając po bieganiu w miejscu. Maria była zaawansowana ustawiła timer, reżim czterdzieści sekund ćwiczeń, dziesięć odpoczynku. Ale ćwiczyli nie wszyscy.

Wiktor, od razu mając dość zdrowego życia, wybiegł do szkoły. Ale Paweł sumiennie się rozciągał.

Dawaj, Dobrosiu! dopingował ją Paweł.

No kiedy? powtórzyła Dobrosia.

Jutro. Jutro mnie kładą. Paweł, będziesz mnie odwiedzał? spytała wyraźnie schowana w sobie pani Maria.

Przecież tylko dwa dni! Operacja drobna! zdziwił się Paweł, potem pokiwał głową.

Poniedziałek był napięty. Dobrosi zajęcia jedna po drugiej się sypały, dzieci chore, wyjazdy rodzin. Telefon dzwonił, za oknem krakały wrony, Maria w pokoju słuchała Niemena. Ten śpiewał głęboko i pięknie Dziwny jest ten świat…. Maria włączała się, energicznie krocząc po pokoju.

Dobrosia stanęła na korytarzu, popatrzyła, westchnęła…

Denerwuje się wyjaśnił Paweł. Jak się stresuje, słucha Niemena, to ją uspokaja.

Wieczorem, gdy emocje sięgnęły zenitu, Maria zawołała Wiktora, chciała z nim poczytać Prusa. Chłopak odmówił. Pani Maria zdziwiona spojrzała na niego, wysłuchała, co myśli nie tylko o Prusie, ale i ogólnie o tym, że ona zamieszkuje w ich domu, po czym się wzdrygnęła, gdy Wiktor trzepnął drzwiami. Potem zawołała Dobrosię, ta już rozmawiała przez telefon z mamą Andżeliki.

Nie! wykrzyknęła nagle Maria, wyrywając Dobrosi telefon. Nie i już! Jeśli chce Pani, żeby dziecko rozwijało się u jednej z najlepszych logopedek w Warszawie, proszę przywieźć syna TERAZ! Inaczej skreślam z listy. Kto ja? Sekretarka Dobrosławy Nowak. Do widzenia!

Oddała telefon Dobrosi, popatrzyła przez okno. Dobrosia pobladła, przestępowała z nogi na nogę i wreszcie… wybuchła. Nawet Wiktor przyszedł posłuchać.

Wie pani co, Pani Mario? Niech się pani wtrąca w swoje sprawy! I w moją pracę też! Gołąbki robić na własnej kuchni! I nie obchodzi mnie, ile pieluch zmieniała pani mojemu mężowi! Koniec z dyktowaniem! Proszę sobie czytać Prusa, ćwiczyć, co pani chce, ale nie tutaj! Grzesiek będzie leżał, gdzie ja mu pozwalam, a konserwy kupuję, jak mi się podoba, chociaż pani mówiła, że niezdrowe. To moja praca, dom, uczniowie, i sama decyduję. Mam nadzieję, że operacja pójdzie dobrze i szybko wróci pani do siebie. Bardzo na to liczę!

Wiktor zaklaskał, Grzesiek zaszczekał i przylgnął do Dobrosi, a pani Maria… uśmiechnęła się.

Dobrosia aż zaniemówiła. Myślała, że zaraz dostanie burę. Tymczasem…

Dobrze, Dobrosiu. Nigdy się nie podporządkowuj i nie błagaj, tylko mów swoje stanowcze nie, jeśli to nie kwestia życia i śmierci. Bardzo cię lubię, bałam się tylko, że jesteś miękka, że pozwolisz wszystkim sobą pomiatać. Nie trzeba. Niech myślą, co chcą, ty rób swoje. Nie, to nie! Masz odwagę, to ułatwia życie. Przepraszam, przegięłam. Zawsze byłam prowokatorką. Paweł wie… Nie patrzcie tak na mnie! Bardzo się boję operacji, dlatego tak się rzucałam. Grzesiek, dobry z ciebie piesek! poklepała gościa po głowie. Chcecie marmolady? Przywiozłam wspaniałą domową jabłkową. Wiktor, chcesz?

Chłopak przewrócił oczami. Kobiety są dziwne, ale aż tak?

Do drzwi zadzwoniła mama Andżelika z synem. Po lekcji również dostał kawałek marmolady. Mama szeptem prosiła Dobrosię, żeby nie usuwać ich z listy.

Czy muszę rozmawiać z Pani sekretarką? zapytała nieśmiało.

Nie, nie martw się. Twój chłopiec świetny.

Po południu, gdy Paweł i Wiktor grali na konsoli, Maria Leśniewska opowiadała, jak znajdowała Pawła grzebiącego w tapecie, jak groził jej utonięciem na stawie, a ona musiała ratować go na brzuchu I teraz nie żałuje serwisu na szczęście się rozbił i dlatego żyją zgodnie. Pawłowi wybacza wszystko. I Dobrosiu, ty mi też daruj. Dziękuję za gościnę. Jesteś cudowna

Tajała domowa marmolada na talerzyku, a za oknem ciemność przechodziła w pomarańczowo-czerwoną poświatę poranka.

Czas szepnęła Maria Leśniewska. Na ósmą mam być już tam

Paweł wsadził ją do auta, zawiózł przez ciche miasto. Dobrosia jechała obok, trzymając ją za rękę, czując jej drżenie.

Zadzwonię wieczorem upewniła się, zaciągając jej płaszcz. I bez dyskusji! A potem wracasz do nas.

Maria kiwnęła głową. Dobrze być z młodymi, wesoło. Najbardziej ciekawił ją Wiktor zupełnie niepodobny do ojca, hardość bije od niego. Ale, jak sam mówi, taka już jego środowisko wewnętrzne, nie da się go zmienić, można tylko badać, i na to jest gotów bez końca…

Rate article
Fajna Tajna
Moje zasady