Nieatrakcyjna Halina

Nieładna Hania

O matko, czy to w ogóle facet?! Jakieś nieporozumienie! Czy Hania naprawdę nie widzi, za kogo chce wyjść za mąż?! Mały, cherlawy, brzydki jak noc listopadowa!

No już nie przesadzaj tak! Wzrostu mu brakuje to fakt. Ale co z tego, uroda to nie wszystko! Hanka też nie jest miss.

To prawda. Ale wyobraź sobie ich dzieci! Przerażające!

Młode mamy, które z nudów plotkowały na ławeczce pod blokiem, poprawiły kocyki w wózkach, z dumą zerkając na swoje śpiące pociechy. Gdzie tam jakimś wyimaginowanym dzieciom Hani do ich słodkich maluchów?!

A Hania, pomagając swojemu narzeczonemu Piotrowi wyładowywać torby z zakupami dla mamy, uśmiechnęła się serdecznie do sąsiadek i zaaferowana zaproponowała:

Piotruś, kochanie, nie jest ci za ciężko? Daj, coś poniosę! wyciągnęła rękę, lecz narzeczony nie pozwolił jej nic zabrać.

Haneczko, ty lepiej przytrzymaj drzwi do klatki! Ciężary to nie robota dla dziewczyny. Nie wolno ci!

Sąsiadki spojrzały na siebie wymownie.

No zobacz, jaki zuch! Nie babskie sprawy, mówi! Ciekawe, poczekamy do ślubu, to się przekonamy, czy dalej taki wrażliwy będzie!

Hania z Piotrem już dawno zniknęli w bloku, a sąsiadki jeszcze długo obgadywały ich wzrost, masę, rysy twarzy, samochód Piotra i chód Hani. Bo czemu by nie? Plotka jest łatwa jak barszcz.

A mnie te gadki nie ruszają. Śpieszę się do mamy. Tak długo jej nie widziałam! Najpierw delegacja służbowa, potem na gwałt robiliśmy z Piotrkiem remont mieszkania musiał być gotowy przed ślubem. Mama zabroniła mi się przemęczać i przyjeżdżać bez powodu, przekonując, że lodówka pełna, telefon działa, a do ślubu zostało już tylko trochę. Jak tu z wszystkim zdążyć?

Ale jednak nie wytrzymałam i przyjechałam. Nigdy jeszcze nie byłam tak długo i tak daleko od mamy. Jeszcze nie umiem sobie radzić z tęsknotą.

Mamę urodziła babcia w wieku trzydziestu pięciu lat. Malutka, chuda, zgarbiona Marysia pracowała w osiedlowym spożywczaku. Wszyscy już dawno spisali ją na straty jak stara panna, to już na zawsze. A tu niespodzianka Marysia pojechała nad morze na urlop i wróciła z narzeczonym. I to nie byle kim facet jak z obrazka: wysoki, postawny, niebieskooki! Marysia wyglądała obok niego jak szara myszka przy puszystym, dostojnym kocie. Po prostu niepasująca para.

Tylko że potem to Marysia zaczęła nosić eleganckie futra.

Mąż mojej mamy był człowiekiem mądrym i pracowitym. Potrafił nie tylko zarobić, ale i pomnożyć złotówki, a dla ukochanej żony nie żałował grosza. Marysia wypiękniała, ubrała się z klasą, zrobiła sobie modną fryzurę i przepędziła wszystkie dotychczasowe “przyjaciółki”.

Nigdy nie miała prawdziwych koleżanek. Jakoś się nie dogadywała. Marysia by chciała ale trzymały się od niej z daleka. Za brzydka. Ani do towarzystwa, ani na potańcówkę. Po co sobie psuć humor przy takiej?

Dlatego te nieliczne znajome, które wpadały do niej po prośbie i prosiły, żeby odkładała dla nich towar w sklepie, Marysia pożegnała bez żalu.

Bała się plotek, a plotki są jak trucizna nigdy nie wiadomo, kiedy i komu zaszkodzą. Wiedziała, że dla wielu jej Sławek nie był odpowiednią partią, więc znajdą się tacy, co będą mu doradzać, żeby ją rzucił. Może i kłamstwa dołożą, jak trzeba będzie. Dlatego zamknęła dom na cztery spusty, wpuściła tylko najbliższych. Bała się o swoje szczęście.

Tylko może niepotrzebnie. Sławek świata poza Marysią nie widział. Dla niego nie było pustych przysłów swoje przeżył, znał wartość prawdziwego ciepła. Wychowany przez babcię alkoholiczkę rodziców stracił mając niecałe trzy latka, ojciec po pijanemu rozbił się wracając z wesela.

Sławek został u babki, która po stracie jedynego syna nie radziła sobie z życiem. Najpierw piła po trochu, a potem już na dobre. Sławek w wieku ośmiu lat sam umiał ugotować, wyprasować koszule, żeby nikt w szkole nie zadawał pytań. Nauka szła mu świetnie. Uroda raczej mu przeszkadzała wszyscy go od razu zauważali, dorosłym trudniej było się odczepić.

Chłopak rósł twardy i zły. Bo przecież nikt go nie głaskał. Babci bliższa była butelka niż wnuk, a ludzie tylko wzdychali nad jego wyglądem nikt nie zapytał, jak się czuje.

Nikt, oprócz pani z piekarni, gdzie codziennie chodził po chleb. Ta kobieta sama wychowywała dwójkę dzieci, od sierociństwa wiedziała, jak to jest nie mieć matki. W jej domu nie zawsze starczało pieniędzy, lecz zawsze był świeży chleb, smażone ziemniaki i herbata z miodem, który przynosił sąsiad-pszczelarz.

Dziękuję bardzo! Ile jestem winna?

Od serca! Sama dla ludzi, ludziom też trzeba coś dać! Nie rób wstydu!

Każdego dnia Sławek dostawał od pani Krysi nie tylko chleb, ale i bułkę.

Na drugie śniadanie! mówiła surowo, pocierając jego loki.

To krótkie, bezinteresowne ciepło grzało jego serce na cały dzień. Na początku odmawiał, potem zrozumiał, że sprawia przykrość. Więc już tylko dziękował. Zaczął pomagać w piekarni po lekcjach. Z czasem stało się to dla niego normalne traktował Krysię prawie jak matkę.

Życie jednak samo wszystko poukładało. Gdy Sławek miał piętnaście lat, zmarła babka. Serce nie wytrzymało. Bez wahania Krysia przyjęła go do siebie.

Dawno jesteś dla mnie synem. Teraz tylko wszystko załatwimy urzędowo.

Tak Sławek uzyskał prawdziwą rodzinę mamę i braci. Złość przepadła bez śladu, bo w końcu miał się kto nią zająć.

Po skończeniu technikum zatrudnił się, wyremontował mieszkanie po babce, ale w miłości mu nie szło. Dziewczyny chętnie się poznawały, a potem urywały znajomość. Ta, którą pokochał, nawet nie siliła się na wyjaśnienia:

Nie, Sławku, nie chcę związku z tobą. Jesteś zbyt przystojny. Odejdziesz. Zostawisz mnie. Albo i z dzieckiem. Tacy ładni nie zakładają rodzin. Zobacz, ile masz wyboru! Dziewczyny się na ciebie rzucają! Wybieraj!

Zapomniana złość uderzyła w serce, ale wiedział już, dokąd iść ze zmartwieniem.

Synku, to znaczy, że to nie twoja dziewczyna. Twoja gdzieś jeszcze czeka. Nie trać wiary! Wszystko przyjdzie w swoim czasie. Poczekaj. Uda się!

Krysi zawsze udawało się sprawić, że Sławek czuł spokój. Postanowił, że skoro przyjdzie mu czekać, to poczeka.

Minęły lata, a tej jedynej nie było. Sławek przygasł. Krysia postanowiła działać. Po jej namowie pojechał pierwszy raz w życiu nad morze.

Sławku! Morze musisz zobaczyć na własne oczy! Jest ogromne! Czasem łagodne, czasem groźne! Zawsze inne! Pojedź, przekonaj się! To samo szczęście!

Tam właśnie poznał Marysię. Stała oparta o barierkę i patrzyła na wzburzone po burzy morze. Nikt nie zwracał na nią uwagi, a Sławek aż zaniemówił była tak podobna do Krysi! Poznawszy ją bliżej, zrozumiał, że los dał mu prezent lepszy niż wszystko Marysia miała w sobie niewyobrażalne pokłady czułości i dobroci. To było to, na co czekał!

Nie wypuścił swojej szansy.

Swoją córkę Hanię kochali z Marysią nad życie.

Sławeczku, żebyśmy jej nie rozpieścili! martwiła się Marysia.

Nie wolno! Jest nasza mądra dziewczyna! całował córkę Sławek.

Wierzył w nią święcie, więc Hania po prostu musiała być pilną i łagodną dziewczyną.

Z mamusi się wdała! przytulała wnuczkę Krysia. Taka dobra jak Marysia! Dbaj o swoje dziewczyny, synku! Szczęście to miłość w domu!

Z przybranymi braćmi Sławek trzymał się blisko. Gdy zaczął się gorzej czuć, powiedział najpierw im nie chciał martwić żony i mamy.

Dobrze zrobiłeś, Sławku. Ogarnijmy to razem! braciom ufał bezgranicznie.

Szybko znaleźli lekarza, a po diagnozie wspierali go z całych sił.

Nawet nie myśl, żeby się poddać! Masz córkę! My jesteśmy. Damy radę!

Walka trwała długo, dziesięć lat. Lekarze dziwili się jego sile. Ale Sławek wiedział, skąd ją czerpie od Marysi i Hani, która biegła po szkole z obiadem do taty do szpitala.

Nie chce mi się, córeczko mówił Sławek.

Zjedz, tatusiu! Mama płakała gotując ten zupę, ale ja jej powiedziałam, że już nie wolno się smucić! Że wrócisz do nas zdrowy! Dobrze powiedziałam?

Dobrze, Haneczko… Tak będzie

I wracał do domu, mimo że rokowania się pogarszały. Przecież w domu czekali!

Odszedł cicho. W domu, przytulony do Marysi. Zasnęli razem, a ona do rana tuliła jego rękę, wspominając życie.

Nie mam na co narzekać… Byłam taka szczęśliwa u twego boku, Sławku! Dziękuję ci…

Hania rano przyszła do sypialni i zawyła cichutko jak ptaki, którym ktoś łamie skrzydła.

Cichutko, maleńka, tatusia już nie boli. Teraz mu dobrze… Marysia przestała już z łzami walczyć. Jestem z tobą…

Nie zostały z Hanią same. Braćmi Sławka się nimi zaopiekowali, Krysia odwiedzała. Rodzina się jednoczyła w żałobie. Samodzielnie by nie dali rady.

Mijały lata. Hania rosła. Każdego roku coraz rzadziej patrzyła w lustro widziała, że nie jest ładna i nie mogła nic z tym zrobić.

Nie mogła zmienić nosa ani powiększyć oczów. Opierała się na teorii, że od marchewek rośnie się więcej jak wyczytała, ale nic się nie zmieniało.

W szkole naśmiewali się z niej, a mama jedyne, co mogła, to wycierać łzy i szeptać:

Jeszcze zobaczymy, córeczko, komu się w życiu powiedzie! Daj tylko czas!

Hania skończyła liceum, poszła na studia, ale i tam nie znalazła nikogo, kto doceniłby jej charakter i dobroć. Panowie woleli wyględne, żywiołowe. Od niej brali notatki przed egzaminami miała zawsze wzorowe, bo na wykładach słuchała, a nie flirtowała.

Co robimy, mamo? zmartwiła się Marysia, widząc, że córka osiągnęła zawodowy sukces, ale w ogóle nie wie, jak ją wesprzeć w życiu osobistym.

Co? Wyślemy ją nad morze! uśmiechnęła się Krysia. Raz zadziałało, może drugi też?

Tylko Hania nie pojedzie sama. Zaprze się!

Jedźmy wszyscy. Braci z żonami i dziećmi weźmiemy. Całą rodziną. Haneczka i tak ucieknie na wolność przed naszym hałasem! Pamiętasz, jak ostatnio z działki wymknęła się do miasta?

Pakujemy się! ze śmiechem zgodziła się Marysia.

Los jednak miał swoje plany.

Hania nad morze pojechała, ale nie chciała się oddalać od rodziny. Choćby ją proszono, stała na swoim:

Nie chcę nigdzie sama!

Rodzina musiała to zaakceptować.

Los tylko się uśmiechnął. Hania, zaraz po powrocie do miasta, swoją miłość spotkała nie na plaży, tylko pod domem. Wracała z pracy, zaparkowała samochód pod blokiem i złapał ją ulewny deszcz.

Przebolała utratę nowych lakierków, zdjęła buty i boso pobiegła po kałużach do domu, wiedząc, że mama się martwi. Tuż przy wejściu ochlapał ją błotem przejeżdżający samochód.

No pięknie! tylko zdążyła powiedzieć.

A potem wybuchła takim śmiechem, że kierowca, który chciał przeprosić, nie mógł oderwać od niej oczu.

Przeznaczenie zanotowało kolejny sukces bo Hani i Piotrowi wszystko się ułożyło.

Minęło kilka lat. A te same sąsiadki, pilnując rozbrykanych dzieci pod blokiem, zaczęły szeptać, kiedy podjechał samochód Hani.

Widzisz, jakie futro ma ta pokraka? Mój nigdy nie chce mi kupić, a jej kupił!

Znowu zaczynasz?

Futerko nie dla niej! W ogóle do niej nie pasuje!

Jesteś zawistna! Czemu ci przeszkadza szczęście Hanki? Jej Piotrek może i nie jest najpiękniejszy, ale kocha ją i dzieci, rozpieszcza! A ty tylko krytykujesz!

A czemu tak świat jest urządzony, że jednym w życiu wszystko się udaje, a drugim nic? Patrz, jacy oni brzydcy, a dzieci mają jak z obrazka! Dlaczego?!

Geny! Moja mama mówiła, że ojciec Hani był śliczny, więc wiesz, skąd piękne dzieci! Genetyka, i tyle.

Tak? A czemu Hania zawsze taka łagodna? Nigdy nie narzeka, wszystko przyjmuje z uśmiechem, dziękuje, nawet jak coś jej dokuczają! Przecież mogłaby cały świat nienawidzić, za to, że nie dostała urody nawet odrobinę!

Może i powinna, ale nie musi! Ty mniej byś zazdrościła, może też byłabyś milsza!

Daj spokój! Ja jej nie będę pytać, jak się nauczyć szczęścia od takiej jak ona!

Twoja sprawa! Ale od zawiści tylko zęby zgrzytają!

A mnie nie obchodzą plotki. Ledwo nadążam za swoim życiem! Mama już słabuje, Krysia planuje się przeprowadzić bliżej nas, żeby z prawnukami być blisko. Wujkowie ciągle zapraszają nas do siebie, Piotrek obiecał pomóc przy budowie domu. Z dziećmi trzeba pilnować na okrągło.

Szymek, Marysia, do domu! Babcia już upiekła placek! Nie każcie jej czekać!

A wieczorem zawsze znajdzie się chwila na rozmowę, śpiew z gitarą i bajkę na dobranoc, którą Marysia opowiada wnukom.

I życie dalej płynie… ©A czasem, kiedy dzieci już śpią, a w kuchni unosi się zapach herbaty z miodem, Marysia przysiada się do Hani przy oknie i patrzą razem na osiedlowe światła.

Dobrze nam tu, Haneczko, prawda?

Dobrze, mamo. Jakoś wszystko ułożyło się najlepiej, choć zupełnie inaczej, niż sobie wyobrażałam.

Za oknem pada cichy deszcz, jak wtedy, gdy wszystko się zaczęło. Marysia uśmiecha się z czułością, dotykając dłoni córki.

Szczęście czasem jest właśnie tam, gdzie nikt go nie wypatruje szepcze.

A Hania, na przekór wszystkim plotkom, znowu się uśmiecha tym razem zupełnie świadomie. Bo w jej prostym, niepozornym życiu, miłość i radość wypełniają każdy dzień, nawet najzwyczajniejszy, aż po brzegi.

Może nie była najładniejsza, może świat nie dawał jej łatwych dróg ale miała wszystko, co człowiekowi naprawdę potrzebne.

A gdy czasem ktoś zapyta, skąd u niej tyle pogodnego spokoju, Hania tylko wzrusza ramionami i odpowiada:

To pewnie przez deszcz. On zawsze zmywa z ludzi to, co niepotrzebne.

I już wie nie trzeba być pięknym, żeby kochać i być kochanym. Trzeba tylko mieć serce takie, które potrafi widzieć ludzi, nie tylko ich twarze.

A wtedy nawet najsmutniejszy listopadowy wieczór zmienia się w święto.

Rate article
Fajna Tajna
Nieatrakcyjna Halina