Prawdziwa kobieta
Weronika, gdzie ty się podziewasz?! Przynieś ogórki! Ile jeszcze mam na ciebie czekać?!
Po tonie głosu Marka już czuć było, że kończy mu się cierpliwość, ale Weronika miała akurat zajęcie precyzyjnie malowała lewe oko. Raz po raz zatrzymywała się, by ocenić efekty nowiutkiego, okrutnie drogiego tuszu, którym ostatnio się obkupiła. Prawe oko, które już dawno przyozdobiła cieniami i eyelinerem (ten poleciła jej przyjaciółka Danusia, przekonując, że na takie kosmetyki to się idzie tylko na bankiet), było już dwa razy większe niż normalnie. Trochę aż się tego przestraszyła, ale przestać oczywiście nie miała zamiaru.
Na ogórki, które moczyły się w wannie, Weronika nawet nie spojrzała. Było zbyt dużo ważniejszych spraw na głowie.
A wszystko dlatego, że dokładnie tydzień temu jej mąż, Marek (ten, który teraz czarował na kuchni z słoikami ogórków na zimę), wyskoczył jak Filip z konopi i oświadczył:
Chcę, żebyś była moja prawdziwa kobieta!
A potem wręczył jej kartę ze swoimi oszczędnościami, które przez rok chomikował.
Wero nie wiedziała, co powiedzieć. Z pierwszego szoku omal nie wywołała awantury. No bo jak to tak! Skoro Marek był w stanie odłożyć konkretne pieniądze i ukryć przed domowym budżetem, to może nie tylko nie oddawał całej pensji, ale jeszcze coś ukrywał Myśli przychodziły różne, z każdą chwilą coraz gorsze. Ale zaraz po tej fali podejrzeń naszła ją inna myśl.
I tak, zanim zdążyła się porządnie zaciąć, usiadła na stołku w kuchni i kompletnie zapomniała o niedogotowanym barszczu, który kipiał na kuchence.
Co znaczy prawdziwa kobieta”?!
No i pojechało Miała ochotę krzyknąć na cały świat i rzucać nowym, wymarzonym serwisem odziedziczonym po teściowej, o którym myślała odkąd pamięta Serwis był tak luksusowy, że aż się Weronice śnił po nocach. A teściowa, jak go wręczyła, tylko się uśmiechnęła:
Oj Weronisiu! No co ty taka naiwna? Ja ci dam wszystko, tylko bądźcie szczęśliwi!
Do dziś Weronika nie wiedziała, dlaczego teściowa jej to podarowała, ale i nie pytała o wyjaśnienia. Przyjeżdżała do wnuków w weekendy, dbała, by dzieci zachowywały się, jak należy. Przed każdą wizytą Weronika kombinowała, czym ją ucieszyć bo do rodziny była przyjęta od razu, bez żadnych uszczypliwości.
A przecież powodów do narzekań Weronika dała aż nadto. Nawet własna rodzina o to dbała nie mówiąc już o obcej kobiecie, którą dopiero poznała przed ślubem. Wtedy to Marek zawiózł ją z synkiem na wieś do swojej mamy. Weronika z duszą na ramieniu nie chciała wychodzić z auta, wciąż zerkała na śpiącego synka i pytała Marka:
Może nie trzeba? Co ja jej powiem? Wygonili mnie kiedyś z domu, to czemu twoja mama miałaby mnie przyjąć z otwartymi ramionami? Ach, naiwny z ciebie chłop!
Przestań! Może się zaskoczysz!
Zaskoczyć się rzeczywiście nie chciała, ale nie wypadało wracać. Wzięła synka na ręce i poszła za Markiem.
Teściowa Janina z domu Ostrowska powitała ją chłodno, ale uważnie. Potem tylko machnęła ręką:
Daj go tutaj, położymy go w moim pokoju, bidulek zmęczony
I nie wiedząc czemu, Weronika wręczyła jej synka. Mały zerknął, przytulił się do nowej babci i zasnął. Babcią Janina została jeszcze zanim synek zdołał dobrze wymówić słowo babcia; tym zdobyła serce Weroniki do końca.
Syna urodziła Weronika młodo, ledwo skończyła osiemnaście. O tym kto jego ojciec wiedziała cała wieś i rozgadywała się, czy Mietek Woźniak się na nią zdecyduje, czy tak jak wszystkie dziewczyny wcześniej tylko wykorzysta. Mietek, wiadomo, najgorsze imię we wsi. Weronika wolała trzymać się od niego z daleka, ale był sprytną bestią wiedział, jak zagadać, żeby zostawić ślad w duszy
Pewnego dnia wracała z miasta, gdzie odwiedzała ciotkę, i nieopatrznie przypadała jej przechadzka przez pola. Żaden autobus dalej nie jechał.
Dla jednej dziewczyny nie będę robił kursu! I poszła piechotą.
Mietek dogonił ją swoją starą fiatem i… reszta była już tylko łzami. Do domu wróciła cała w łzach, w podartej sukience. Mama spała, niczego się nie dowiedziała serce miała słabe, Weronika nie chciała wywoływać stresów. Ciotka z miejsca się wyparła Sama sobie narobiłaś, to i sama wychowuj!. Słowa uciekły jej wtedy z głowy, wszystko stało się zimne, obce.
Kiedy Weronika ogarnęła szok, poszła na policję. Dzielnicowy Marek przyjął ją z otwartymi ramionami: No czemu ty, Weronisiu, od razu nic nie mówiłaś?!. Mietek poszedł siedzieć. Okazało się, że dzieci po nim biega więcej aż siedmioro po okolicy.
Matka Mietka jawnie przeklęła Weronikę na środku rynku, życząc choroby dziecku, ale ludzie nie pozwolili na krzywdę. Bugaiewiczów nocą ktoś maźnął smołą po furtce, a sama rodzina w końcu musiała dom sprzedać i wyjechać.
Chłopczyk Weroniki był cały po jej przodkach nos, uszy i te ciemne oczka jak czereśnie po babci! Sąsiedzi pomagali z ubrankami i kołyską. Weronika wydawała ostatnie złote z głową, wiedząc, że macierzyństwo w pojedynkę to wyzwanie. Kiedy opadły emocje, nagle zjawili się w drzwiach nieznani wujkowie po matce:
Wero, dom trzeba sprzedać. Dzielić po sprawiedliwości. Dali jej drobną część po matce, z której nawet na ruderę w okolicy nie starczyło. Musiała więc przenieść się do miasta.
Wtedy z pomocą przyszedł dzielnicowy: Słuchaj, w sąsiedniej wsi dobra kobieta sprzedaje połowę domu. Tam poznała dobrą, prostolinijną starszą panią Zofię, która wzięła Weronikę pod dach z dzieckiem i nawet pracę obiecała w sklepie cioci.
W sklepie poznała Marka przyszedł po bułki dla mamy, a wyszedł zakochany. Słuchali się, gadali, jakoś od razu złapali kontakt. Marek miał za sobą trudną przeszłość żona uciekła, dzieci były malutkie, sam musiał zająć się domem. Długo chodził wokół sklepu, zanim znów zagadał. Weronika jednak wypytała sąsiadów i kiedy Marek w końcu przyszedł, już wiedziała wszystko.
Twój starszy syn, ile ma lat?
Trzy skończył.
A młodszy?
Rok.
Tyle co mój Olek.
Weronika…
Przedstaw mnie dzieciom, dalej zobaczymy.
No i tak się zeszli. Cichy ślub tylko z najbliższymi, wyjazd z dzieciakami nad polskie morze. Weronika cieszyła się jak dziecko pierwszy raz była poza domem.
Potem los znów wystawił ją na próbę starszy syn mocno chorował przez dwa miesiące, a gdy matka chłopców pojawiła się nagle i zażądała dzieci, Weronika nie oddała swoich przybranych dzieci. Wszystko załatwiła na spokojnie, urzędowo nawet pojechała po radę do swojego dzielnicowego z rodzinnych stron.
Macocha uciekła zanim sprawa sądowa się do końca rozstrzygnęła, a Weronika odetchnęła, gdy teściowa objęła ją po rozprawie i powiedziała:
Teraz już dzieci są naprawdę u siebie!
Czas mijał, dzieci rosły. Weronika była zawsze spokojna, troskliwa, trochę nieśmiała. Mówiła mało, śmiała się zdawkowo, ale wszyscy wiedzieli to do czasu. Dopóki nikt nie ruszy jej rodziny mruczy jak kocica, ale nie daj Boże dotknąć wtedy broni jak lwica.
No i proszę, jeszcze się jej zarzuca, że nie jest kobietą?!
Całą noc po tym, jak Marek wręczył jej kartę, spać nie mogła. Chodziła w kółko po pokoju, przeglądała się w lustrze i nie mogła dojść do ładu ze sobą. Do Marka nie powiedziała ani słowa miała focha. Rano wysłała dzieci do przedszkola i szkoły, a sama pognała do Danusi.
Danusiu, co mam robić?!
Danusia, trochę oderwana od rzeczywistości, zaraz wpadła na pomysł: sięgnęły po kolorowe magazyny, przeczytały od deski do deski co to znaczy być prawdziwą kobietą. Wyszło im, że trzeba się zdrowo odżywiać, odpowiednio ubierać, malować i ogólnie być poprawna w każdym calu. Jak kobieta nie spełni tych warunków, to już nie wiadomo, co to za okaz!
Weronika nie kupiła żadnej kokardki, ale wybrała się z Danusią do miasta. Kupiła dobrą kosmetyczkę, nową koszulę nocną i piękne buty, których potem nawet nie chciała wyciągać z pudełka, żeby dzieciaki nie popsuli.
Marek, jak zobaczył te starania, nie docenił niestety właśnie kończyła cieniować oko, gdy drzwi do łazienki się otworzyły i w panice wpakowała sobie pędzelek prosto w oko! W tym momencie stwierdziła, że bycie kobietą jej zupełnie nie leży
Weronika, co się stało?! Marek wpadł do łazienki, widząc jak żona skacze po łazience na jednej nodze, jęcząc, z oczami pełnymi łez.
To przez ciebie! rzuciła przez zęby, próbując ratować rozmazany makijaż. Chciałeś kobiety?! To kim niby jestem?!
Marek ją złapał, przytulił i wytarł policzki. Mówił cicho:
Jestem głupi, ale ty też Sama się nakręciłaś, a wystarczyło zapytać!
Ale po co dałeś mi pieniądze i wygarnąłeś, że nie jestem kobietą?
Bo przez tyle lat wszystko wydajesz na dzieci, na mnie, na moją mamę a sobie nie pozwalasz na nic! To nie jest dobrze. Chciałem, żebyś raz wydała na siebie. Jak te wszystkie kobiety, które chodzą po sklepach bez powodu.
Weronika się wtedy roześmiała tak, że aż dzieciaki przybiegły zobaczyć co się dzieje i zdziwiły, że mama się nie rozkleja, tylko śmieje. Musieli ich potem długo uspokajać.
A wieczorem, kiedy dzieci już spały, Weronika wyszła na ganek i spojrzała w czyste, nocne niebo. Uśmiechnęła się do wspomnienia całego zamieszania tego dnia.
Wszystko! Ostatnie słoiki są już w piwnicy! wyszedł Marek i usiadł obok niej na schodach.
Dobrze je zabezpieczyłeś?
Będą ogórki na medal, zobaczysz!
Dobrze, bo mi się niedługo bardzo przydadzą puściła mu oko Weronika i położyła jego dłoń na swoim brzuchu.
Ja nie wierzę! I nic mi nie powiedziałaś?! Marek złapał ją mocno.
A kiedy? Tyle masz na głowie! Ogórki, dzieci, a ja? Na mnie czasu nie masz! droczyła się.
Marek już nie dał jej kończyć. Najpierw ją pocałował, żeby pamiętała, że kobiecie nie wolno zapominać o sobie, a potem przyciągnął ją do siebie tak, że już wiedziała, gdzie jej miejsce.
Tuż przy sercu. Trochę po skosie. Tam, gdzie oddycha się duszą.



