Przybrana córka

Pasierbica

Gdy poznałem Martę i się w sobie zakochaliśmy, Hania miała sześć lat. Dorastała bez ojca i była tak spragniona miłości, że między nami nie pojawiły się żadne problemy z zaakceptowaniem się nawzajem. Żyliśmy sobie jak palce u jednej ręki aż do czasu, gdy zjawił się on wiek nastoletni!

Nie jesteś moim tatą! wydarła się któregoś dnia Hania.

Jak to nie tata? A kto, przepraszam bardzo, przez te wszystkie lata wysłuchiwał jej narzekań na koleżanki i stawał za nią murem podczas wywiadówek? Kto chował ostatnie krówki toffi, żeby wręczyć je Hani, gdy była smutna? Kto dzielił z nią sekret o tym, że czmychnęła lalkę od Kasi z sąsiedztwa? I kto, za pozwoleniem, późną nocą wkradał się między garaże z tą lalką za pazuchą, by podrzucić ją w krzaki tak, jakby sama się tam znalazła? Poza tym, jeśli dobrze pamiętam, już kilka lat temu ustaliliśmy, że jeśli się coś mówi, trzeba się tego trzymać więc skoro od małego nazywasz mnie tatą, to jakim cudem nagle jestem nie ojcem?

Słowa pasierbicy, którą zawsze uważałem za córkę, zraniły mnie w serce. Oczywiście nie mogłem tego pokazać. Po pierwsze jestem facetem, a po drugie obrażanie się na Hanię nic tu nie pomoże, a tylko pogorszy sprawę.

Argument przyjęty zasalutowałem z lekką ironią, przykładając rękę do głowy jak żołnierz. To może ustalimy nasz nowy układ? Prawa i obowiązki nie ojca oraz nie córki, że tak powiem.

Serce mi krwawiło na te słowa, ale wiedziałem, że to dobry ruch. Musiała mieć poczucie wyboru, ale jednak w granicach rozsądku najlepiej ustalonych przez nią samą. Ale Hania i tu mnie zaskoczyła: Do niczego nie chcę! mruknęła i trzasnęła drzwiami przed moim nosem.

Czegoś takiego nie odstawiała nawet w dzieciństwie. Zawsze jasno mówiła, czego potrzebuje, a my razem decydowaliśmy, czy to jest wykonalne. Na przykład, jeśli chciała polecieć na dach sąsiedniej komórki, tłumaczyłem jej, dlaczego to nie przejdzie nawet z prezentacją negatywnych skutków z internetu! A z kolei, gdy w pierwszej klasie oznajmiła, że zamierza wyjść za Antka Wiśniewskiego z równoległej klasy i się do niego wyprowadzić, przytaknąłem i powiedziałem, że jak tylko nam prawo pozwoli, zawiozę jej plecak osobiście. Oczywiście miesiąc później wszystko jej przeszło.

Zawsze rozmawialiśmy otwarcie, także o trudnych sprawach. A tu nagle tylko nie chcę i nie ojciec. Przecież kiedyś nawet na pytanie o owsiankę miała argumenty!
Niedobra! mówiła dziecko.
Czemu?
Mało cukru i ta paskudna skórka na wierzchu…
No! Przynajmniej człowiek wiedział, czym dziecko żyje mama gotowała drugą owsiankę, a jak naprawdę nie dało rady, to już szło jakieś ciacho z kiosku za dwa złote. W końcu trzeba czasem iść na żywioł.

Postałem chwilę pod drzwiami, wpatrując się w sęki na futrynie i próbując znaleźć odpowiedź, niestety bezskutecznie. Cóż, czas pokaże…

Marta podchodziła do zmian w zachowaniu Hani z filozoficznym spokojem.
Och, ja w waszym wieku to ojciec modlił się żebym się wyprowadziła na drugi koniec Polski mówiła podejrzanie zadowolona z siebie. Twierdziła, że jak tylko hormony przestaną grać koncert na psychice córki, wszystko wróci do normy. Problem polegał na tym, że każdemu wracają normy w innym tempie. Ja musiałem się obejść bez Hani, której brakowało mi już nawet do giglowania się z powodu nowej fryzury ciotki Zosi, co to jeździ na drugi koniec miasta, żeby zrobić se różowe pasemka.

Z czasem Hania zaczęła od czasu do czasu wychodzić ze swojego kokonu choć potem bywała jeszcze bardziej trudna, a najlepiej było wtedy nie podchodzić na mniej niż dwa metry. Kiedy miała lepszy moment, cieszyłem się jak dziecko. Podsuwam na przykład:
Dziewczyny, a może na weekend nad jezioro? Pogoda zapowiada się super, weźmiemy wędki, namioty.
O, Haniu, jedziemy? Marta aż się zapaliła do pomysłu.
Ja z wami?! Sami sobie taszczcie te wędki, wędkarze od siedmiu boleści! chwilę później trzask drzwi i nasze zdezorientowane miny. A przed chwilą uśmiechnięta dziewczyna

Chyba do wędkowania ją już nie przekonamy rozłożyłem ręce dramatycznie.

Nie minął tydzień, aż Hania po prostu zniknęła. Po lekcjach nie wróciła do domu i nie odbierała telefonu. Obdzwanialiśmy wszystkie znajome. W końcu, nie mogąc już wytrzymać, wybiegłem jej szukać. Najpierw do Pawła kolegi, który kiedyś uchodził za jej przyjaciela.
Nie wiem, gdzie jest wzruszył ramionami Paweł.
A może masz jakieś podejrzenia?
Po tym, jak nazwała mnie nudziarzem, trzymamy się na dystans.
Wiesz, mnie nazywa nie ojcem, ale dalej się nią przejmuję lata przyjaźni zobowiązują, nie?
Odwróciłem się do wyjścia.
Zaczekaj! wykrzyknął jednak Paweł. Może jest z tym Nikodemem.
Którym znowu Nikodemem?
Z równoległej klasy. Niezły ancymon, możecie się nie polubić.
Tym bardziej! Jedziemy. Pokażesz miejsce, gdzie się szwendają.
Ja tam nie idę.
Paweł, czasem komuś trzeba pomóc, nawet jeśli wyzywa cię od nudziarzy. Myślałem, że masz grubą skórę.
Dobraaa, już sapnął i ruszył za mną markotny.

Podjechaliśmy pod jakieś blokowiska i garaże. Muzyka próbowała zagłuszyć cykady. Jak się boisz to poczekaj w aucie rzuciłem Pawłowi.
Wcale się nie boję odburknął.
Przy wejściu do jednego z garaży kręciło się kilku chłopaków i jedna dziewczyna. Hani nie było wśród nich. Podszedłem bliżej.
Hani tu nie widzieliście? przebiłem się przez hałas.
O, widzę, że ekipa poszukiwawcza już przyjechała! zażartował ktoś. Akurat wtedy zza drzwi wyłoniła się Hania.
Po co tu przyjechałeś? wykrzyknęła, prawie przekrzykując muzykę.
Po ciebie.
Znam drogę do domu.
Może i tak, ale jest późno i nie chciałbym zgarniać cię z komisariatu, królewno. Taxi już czeka.
Hania warknęła, ale wsiedliśmy do samochodu, po drodze cedząc do Pawła:
Zdrajca!

Od tamtego czasu Hania coraz częściej znikała a ja z uporem jak osioł ściągałem ją z tego garażu, ignorując kpiące komentarze: że własnego szofera sobie znalazła. Ale pewnego dnia Hania po prostu nie wsiadła do auta.
Czego jeszcze chcesz?! krzyknęła. Jestem dorosła! Ile chcę, tyle wychodzę.
Z tym to do Sejmu, kochana rzuciłem przez zęby przecież według Konstytucji zasady dla niepełnoletnich są jasne.
Idź ty w fuknęła i odwróciła się plecami.
Wiesz, ja bez ciebie nie wyjdę, choćbyś mnie posłała nawet do piekła.
Żałuję, że poznałeś moją mamę! Lepiej, żeby cię nie było! cicho powiedziała, ale wsiadła.
Zamroczyło mnie w tej drodze. Po raz pierwszy miałem wątpliwości: może naprawdę ustąpić, skoro jestem nikim, tylko mężem jej matki? Ale nie umiałem przecież jeśli kiedyś wpadnie w prawdziwy dół, kto jej pomoże, jeśli nie ja? Nawet jeśli mnie wyzywa, nie dam się zniechęcić.

Wkrótce Hania ze swoją paczką przeniosła się gdzieś indziej ich garaż został zamknięty na cztery spusty, a ja już nawet nie miałem pojęcia, gdzie jej szukać. Przebłagałem Pawła, by sprzedał mi jeszcze dwa adresy niestety bez skutku. Hania zaczęła wracać do domu w środku nocy. Widziałem, ile nerwów kosztuje Martę ten nowy, zen spokój udawaliśmy, że śpimy, ale tak naprawdę nikt nie zmrużył oka, dopóki nie trzasnęły drzwi wejściowe.

Pewnej nocy zadzwonił mój telefon. Ręka mi zadrżała.
Panie Krzysztofie usłyszałem Pawła Hania dzwoniła, siedzi w jakimś mieszkaniu na Mickiewicza i nie wie, jak wyjść.
Zna adres?
Tylko opisała blok, ale wiem który.
No to jedziesz ze mną.

Spojrzałem na Martę. Miała drżące wargi.
Spokojnie! Zaraz to ogarniemy. Ty siedź w domu, zrób jakieś naleśniki czy racuchy na nocnego głoda bo jak wracam po północy, budzi się we mnie wilczy apetyt. No, liczę na ciebie! Musnąłem ją w nos i prawie poczułem sól z jej łez

Zgarnąłem Pawła i gnaliśmy nocą przez Lublin (nasze polskie klimaty). Dzielnice sypialne były jeszcze znośnie puste, ale centrum żyło swoim życiem imprezowicze, taksówki i wieczna walka o miejsce do parkowania. Przekląłem pod nosem, omal nie przejeżdżając dwóch postawnych panów z piwem na przejściu. Chyba coś im się wydawało, że są nieśmiertelni, bo rzucili butelką w samochód nie trafili.

Gdy dotarliśmy na miejsce, powiedziałem do Pawła:
Zostań w aucie i pilnuj, może dziś księżyc w pełni i wilkołaki mają imieniny.
Paweł protestował, ale popatrzyłem na niego tak, że już nie ryzykował.

Szukałem właściwego bloku. Z kilku okien dobiegały dźwięki imprez, a na balkonach kręcili się nocni palacze. W końcu wszedłem do klatki, którą Hania opisała. Na pierwszych dwóch piętrach nie zastałem ani śladu życia, oprócz jednej babci, która opowiedziała mi wykład o tym, ile to u nich w bloku ćpunów i elementu na trzech mieszkaniach.
Widziałam, jak się kłują, palą i Bóg wie co jeszcze! syknęła babcia.
Pomyślałem, że może przesadza, ale nawet jeśli, to i tak nie chciałem tam zostawiać Hani.

Pierwsze drzwi kichający pan z jamnikiem na kolanach i żoną o zmęczonych oczach. Drugi lokal pusty, drzwi nawet na klucz niedomknięte. Na kolejnym piętrze z klatki wyszła dziewczyna o pustym spojrzeniu. Serce podeszło mi do gardła. Zaraz za nią zobaczyłem Hanię schowaną w łazience.
Tato! Tato! wykrzykiwała ze łzami.
Dorwałem się do drzwi i dosłownie wyrwałem je z zawiasów. Gdy już się uspokoiła, wyszliśmy razem, a na schodach właśnie wchodzili policjanci (babka z klatki zadzwoniła jeszcze Polska nie zginęła!).
Przetrzymywali pańską córkę siłą? zapytał funkcjonariusz.
Tak. No, w sumie to jestem tylko ojczymem wyjaśniłem.
On jest moim tatą! podniosła głos Hania.

W domu, przy naleśnikach ze śmietaną, trochę za słonych (pewnie od łez Marty), tłumaczyłem Hani, że niby może mnie wyzywać z własnego życia, a i tak tu zostanę, bo je kocham jej i Martę i to jest mój świat. Życie to trudna sztuka, trochę taki cyrk i czasami upadki uczą więcej niż sukcesy… A dziewczyny patrzyły na mnie, przez palce podpierające policzek, z uśmiechem, który mówił wszystko. Moje dziewczyny.

Rate article
Fajna Tajna
Przybrana córka