Wszystko wyglądało trochę jak sen, taki, w którym tramwaje pływają po Wiśle, a ludzie kupują mleko na dwa grosze za litr w kiosku ruchu. Najpierw huk, potem cisza w tej ciszy Zygmunt znalazł się na dnie rozbitego samochodu, z nogami jak z plasteliny na kredensach. Warszawskie zbiegowisko i kareta pogotowia przypominały mu scenę z jakiegoś przedwojennego filmu, tylko aktorzy mieli twarze poblakłe i wykrzywione.
Wszystko się skończyło. Dobry biznes przed oczami Zygmunta migało logo dużej spółki, w dyrektorskim fotelu nikt nie czekał na siermiężną polską zupę, tylko na niego i wypłatę w złotówkach równo co miesiąc. Wyjazd do Zakopanego z żoną Wiesławą. Kumpelskie spotkania przy piwie w sobotę wieczorem. Koniec tej listy.
Jego nogi, składane jak puzzle, przywieziono do mieszkania na Chomiczówce. Lekarzom nie pozostało nic, tylko dmuchać na zimne, modlić się i liczyć na łut szczęścia. On liczył na wszystko a w nocy wył w poduszkę z bólu. Ukłucia strzykawek o siódmej i dwudziestej były jego jedyną gwarancją kilku godzin snu.
Nie mógł wstać z łóżka przez dwa miesiące, więc zaprzyjaźnił się z kaczką. Lekarską. Niech Bóg da zdrowie żonie Wiesławie, która co dzień przychodziła z jedzeniem i dobrą miną. Kiedy w końcu spróbował chodzić z chodzikiem, ból powrócił, ale w skali dziesięć do kwadratu.
Wiecie, jak wyglądają zastrzyki w brzuch, żeby się nie porobiły zakrzepy i odleżyny, kiedy człowiek leży godzinami? Uwaga: to oznacza, że kichanie, kaszel i wybaczcie wyjście do toalety wyglądają już zupełnie inaczej. Do nerwów daleko.
Chociaż jakich nerwów? Wszystkie pękły, przepadły, jak stare prycze w sanatorium. Sił też brakowało nawet na łzy.
A jednak czas płynął surrealistycznym strumykiem, jakby zegar zgłupiał i zatrzymał się na dłoni starej babci z Ursynowa. Zygmunt powoli znów nauczył się chodzić źle, chwiejąc się i potykając na każdej płytce. Ale to był już cud.
Znajomi zapadli się pod ziemię. Przestali dzwonić, przestali pytać. W firmie, w której miał być dyrektorem, już znalazł się inny facet. Jego tułaczka zdawała się nie mieć końca i sensu.
Co robić? Nastrój miał nikły; jakby przyszłość była tylko brudnym tramwajem, który nigdy nie dojeżdża, a bocznica skrzypi. Dobrze, że Wiesława nie odeszła.
Pierwszy raz po wielu miesiącach wyszedł na osiedlowy skwer. Słońce uderzyło go w oczy tak, że nie mógł złapać tchu. Zaczął płakać, nikomu niepotrzebny człowiek na kulach, spacerujący w oparach wiosennego kurzu.
Wiesława oddaliła się, dając mu chwilę samotności. Na chwilę doświadczył mistycznego spotkania z szarością przy lewej kuli siedział mały, bury kotek z oczami jak dwie złotówki.
A czego ty tu, mały? rzucił Zygmunt.
Zwierzęta nie były w jego bajce. Nie wiedział, jak z nimi żyć. Kotek spojrzał na niego błagalnie.
Wiesiu, przynieś mu mielonego poprosił żonę.
Kiedy wróciła, ujął mięso i ostrożnie, na granicy bólu, położył smakołyk przed kotkiem.
Kotek popatrzył na niego jak na świętego i zabrał się do kolacji.
Następnego dnia, kiedy wychodzili do ogrodu za blokiem, Zygmunta czekały już trzy koty. Siedziały jak wojsko przed kasynem.
Aleście się rozrośli! śmiał się Zygmunt, a przez chwilę zapomniał o bólu.
Żona z przyganą w głosie przyniosła trzy porcje. Każdemu z nich oddał po jednym kęsie, krzywiąc się zatopiony w bólach.
Trzeciego dnia kotów było pięć, a do tego przybiegły dwie drobne psinki. Wiesława głośno protestowała, ale ustąpiła kupiła kilo parówek w warzywniaku i rozdzielili je sprawiedliwie.
Wkrótce zwierzęta osiedlowe tańczyły wokół kulistego Zygmunta. Biegały, śmieszyły, szczekały i miauczały, a on z każdym krokiem śmiał się przez łzy.
Następnego dnia padał wiosenny deszcz, Wiesława złorzeczyła na pogodę, ale on uparł się pierwszy raz od miesięcy sam wyszedł na dół.
Oni przecież czekają tłumaczył.
I rzeczywiście. Pięć kotów i dwie psinki wirowały w rytmie Mazurka Dąbrowskiego, a Zygmunt biegał niezdarnie za nimi po podwórzu. Wiesława stała z parasolem i patrzyła, uśmiechając się pod nosem.
Z biegiem czasu jedna kula wystarczyła, później i ona okazała się zbędna. Kule przeszkadzały mu w gonitwie za nowymi przyjaciółmi. Dopiero teraz Zygmunt zorientował się, że jego nogi już nie bolą.
W pracy o nim zapomniano. Dostał solidną odprawę w złotych polskich, a na własne życzenie odszedł. Czasu miał teraz pod dostatkiem i postanowił opisać to wszystko, co śniło mu się przez ostatnie miesiące.
Tak dziwnie wyszło, że to była sztuka teatralna, rozbudowana, w kilku aktach. Chodził z nią po warszawskich teatrach trochę jak we śnie, gdzie korytarze prowadzą na perony nieistniejących pociągów ale ciągle dostawał odpowiedzi negatywne. Nikt nie dzwonił, nikt nie chciał, aż wreszcie mały teatrzyk amatorski w piwnicy zgodził się przeczytać jego tekst.
Po tygodniu zadzwonił do niego reżyser: Robimy to. Będą cięcia, poprawki, praca.
Miesiąc siedzieli nad kartkami, sprzeczali się o przecinki, czerwienili z emocji. Po kolejnym miesiącu była premiera.
Na widowni zmieściło się piętnaście osób ale byli jak goście z najważniejszego snu. Zygmunt bał się spojrzeć w ich stronę, a kiedy kurtyna opadła, w sali zapadła martwa cisza. Wszystko w nim zwiędło; wydawało mu się, że czas stanął na wieki, a tu po sekundzie huk oklaski roztrzaskały ciszę. Aktorzy uśmiechali się, kłaniali, wracali na bis.
Drugie przedstawienie odbyło się przy pełnej widowni, ludzie stali w korytarzu, na schodach i bili brawa tak, że zasłona spadła z haczyków.
Wkrótce teatr przeniósł się do centrum miasta, a Zygmunt został rozpoznawalną postacią. Nowy garnitur, najlepszy sklep na Marszałkowskiej. Na ukłon wychodził zawsze z żoną. Bo jak mogłoby być inaczej?
A co stało się z kudłatymi kompanami z podwórka? Dwie psinki i dwa koty zamieszkali z Zygmuntem i Wiesławą. Trzy koty trafiły do wiernych wielbicieli sztuki.
O czym ta opowieść? Nic właściwie. A może o tym, że jeśli u stóp widzisz parę oczu pełnych nadziei, nie możesz już się przewrócić. Musisz wytrwać.



