Nazywam się Grażyna i mam 49 lat. Pracuję jako pielęgniarka na nocnej zmianie w Wojewódzkim Szpitalu w Poznaniu. Przepracowałam tam już 20 lat, widziałam chyba wszystko, co można zobaczyć w tym zawodzie.
Od 8 lat jestem rozwódką. Mam syna, który właśnie skończył 16 lat. Mieszka ze mną. To dobry chłopak. Odpowiedzialny. Dobrze się uczy. Nigdy nie sprawiał mi większych problemów.
No, może nie do końca. Jeden problem miałam. Największy w moim życiu. Ale to nie jego wina.
Sześć miesięcy temu Filip zaczął narzekać na bóle głowy. Najpierw sądziłam, że to przez wzrok, może potrzebuje okularów. Poszliśmy więc do okulisty. Wzrok miał idealny.
Bóle nie ustępowały. Potem zaczęły się poranne mdłości. Myślałam, że może coś złego jada w szkole. Zaczęłam robić mu domowe kanapki, ale nudności nie znikały.
Pewnego ranka znalazłam go w łazience, kiedy wymiotował. Był blady jak ściana. Powiedział, że czuje zawroty głowy, że wszystko mu wiruje.
Od razu zawiozłam go na SOR. Zrobili mu badania krwi. Wszystko wyszło prawidłowo. Lekarz powiedział, że to pewnie stres, młodzież czasem tak reaguje na presję w szkole.
Ale ja jestem pielęgniarką. 20 lat z pacjentami. Coś mi mówiło, że to nie jest stres.
Uparłam się na kolejne badania. Lekarz patrzył na mnie jak na hipochondryczkę, ale w końcu zgodził się na tomografię.
Dzień badania pamiętam jakby to było wczoraj. Wtorek. Ja akurat byłam w pracy, gdy zadzwoniono ze szpitala, gdzie badali Filipa. Musiałam natychmiast przyjechać. Ważna sprawa.
Rzuciłam dyżur i pędziłam samochodem jak opętana. Przepuścili mnie od razu do gabinetu. Był tam neurolog nie znałam go wcześniej. Mężczyzna około 50-tki, poważny.
Pani Grażyno, znaleźliśmy coś w tomografii głowy syna, powiedział. To guz mózgu. Musimy wykonać więcej badań, żeby określić jaki dokładnie i w jakim jest stadium.
W jednej chwili świat mi się załamał. To ja przecież setki razy przekazywałam złe wieści rodzinom, widziałam umierających pacjentów. Byłam pewna, że nic mnie już nie zaskoczy. Nic nie przygotowało mnie na takie słowa, dotyczące mojego dziecka.
Następne dni to był koszmar badań. Rezonanse, biopsje, narady z onkologami. Medyczne terminy, które znałam na wylot, nagle brzmiały jak wyrok śmierci.
Glejak wielopostaciowy. Stopień IV. Agresywny. Nieoperacyjny z racji lokalizacji. Leczenie: chemia i radioterapia, by spróbować zatrzymać rozwój, ale rokowania są bardzo złe.
Gdy onkolog wszystko tłumaczył, Filip siedział przy mnie. Mój synek, moje dziecko. Słuchał, że ma nieuleczalny nowotwór mózgu.
Czy umrę? spytał spokojnym głosem, który rozdarł mi duszę.
Lekarz patrzył na niego z tą zawodową empatią, którą sama nie raz okazywałam pacjentom. Zrobimy wszystko, by dać ci więcej czasu odpowiedział.
Więcej czasu. Nie wyzdrowiejesz. Nie wszystko będzie dobrze. Po prostu więcej czasu.
Tego wieczora Filip przytulił mnie i powiedział: Mamo, nie płacz. Będziemy walczyć.
I zaczęliśmy walkę. Chemia co dwa tygodnie. Filipowi wypadły włosy. Schudł. Ciągle wymiotował. Nigdy się jednak nie skarżył. Nie powiedział ani razu czemu ja?. Nie przestał się uśmiechać.
Koledzy ze szkoły odwiedzali go na początku bardzo często. Z czasem coraz rzadziej. Trudno młodym dwunastolatkom, przepraszam szesnastolatkom patrzeć na własną śmiertelność w czyichś oczach.
Ale miał jednego przyjaciela, który nie zawodził nigdy. Wojtek. Znali się od podstawówki. Wojtek przychodził codziennie po szkole. Opowiadał Filipowi o wszystkim, co działo się w klasie. Przynosił mu zadania domowe. Grali w gry komputerowe, choć Filip z trudem utrzymywał pada w rękach przez zmęczenie.
Pewnego popołudnia, kiedy szykowałam kolację, usłyszałam rozmowę Filipa z Wojtkiem w jego pokoju. Drzwi były lekko uchylone.
Boi się? spytał Wojtek.
Cały czas odpisał Filip. Ale nie mówię tego mamie, bo ma już wystarczająco dużo na głowie.
Czego boisz się najbardziej?
Że mama zostanie sama. Że będzie cierpieć. Że nie zdążę się z nią naprawdę pożegnać. Że będzie miała wyrzuty sumienia, choć to nie jej wina.
Musiałam wtedy uciec do swojego pokoju, żeby mnie nie słyszeli.
Leczenie nie działa. Guz nie znika. Nadal rośnie. Lekarze powiedzieli już o opiece paliatywnej. Teraz liczy się jakość życia w czasie, który został.
Ile tego czasu? Nikt nie wie. Może trzy miesiące. Może pół roku. Może mniej.
Dziś rano Filip poprosił, żebym zawiozła go do szkoły. Od tygodni tam nie był, bo bardzo szybko się męczy. Powiedział, że chce zobaczyć jeszcze raz kolegów, przez parę godzin znów poczuć się normalny.
Zawiozłam go. Pomogłam wyjść z auta. Jest teraz taki szczupły. Kruchy. Koledzy przytulali go na powitanie, ulubiona nauczycielka podbiegła go pożegnać. Widziałam, jak się uśmiechał. Jak choć przez chwilę był po prostu Filipem, a nie chorym na raka.
Kiedy odebrałam go po trzech godzinach, był wykończony, ale szczęśliwy.
Dziękuję mamo powiedział w samochodzie. Za wszystko. Dziękuję, że jesteś najlepszą mamą na świecie.
Ty jesteś najlepszym synem odpowiedziałam.
Po chwili ciszy dodał: Mamo, jak mnie już nie będzie, chcę żebyś była szczęśliwa. Żebyś żyła. Żebyś nie spędziła reszty życia opłakując mnie.
Filip, nie mów tak
Musimy o tym rozmawiać, mamo. Oboje wiemy, co się stanie. Obiecaj, że będziesz szczęśliwa. Że dasz sobie szansę. Że będziesz mnie wspominać z uśmiechem, a nie tylko ze łzami.
Obiecałam. Chociaż nie wiem, czy dam radę dotrzymać tej obietnicy.
Teraz śpi w swoim pokoju. Zajrzałam tam przed chwilą. Taki spokojny, taki mały… Mój chłopiec.
Jutro rano przyjdzie pielęgniarka z hospicjum domowego na cotygodniową wizytę. Pojutrze mamy wyjazd do onkologa po kolejne wyniki badań, choć wszyscy wiemy, co one pokażą.
Siadłam w salonie z filiżanką kawy, która już dawno wystygła. Patrzę na zdjęcia na ścianie. Filip jako niemowlak, Filip w pierwszy dzień przedszkola, Filip na dziesiątych urodzinach, Filip pół roku temu zdrowy, uśmiechnięty, jeszcze niczego nieświadomy.
Nie wiem, jak przez to przejdę. Nie wiem, jak można pochować własne dziecko. Szesnastolatka. Tyle życia przed nim, które się nie wydarzy.
Ale dla niego spróbuję. Będę silna, póki mnie potrzebuje. Będę się uśmiechać, kiedy na mnie patrzy. Postaram się, by jego ostatnie dni były jak najlepsze.
A gdy go zabraknie… nie wiem, co będę robić. Ale to sprawa na potem. Teraz liczy się tylko to, by być tu. Dla Filipa.
Jak się mówi dziecku, że się je kocha, kiedy czas się kończy? Jak zmieścić całe życie miłości w pozostałych dniach?



