ZDUMIEWAJĄCE ŻYCIE
Na weselu mojej przyjaciółki Grażynki bawiliśmy się dwa dni: tłusto, hucznie, trochę dziwnie, trochę jakby wszyscy byli zrobieni z waty cukrowej. Pan młody, Wojtek, olśniewał niczym młody Zbigniew Cybulski, lecz jego skromność była tak osobliwa, że dziwiliśmy się jej niczym baletowi bocianów w grudniu. Wszystkie oczy gości ślizgały się po Wojtku, niby kulki drożdżowego ciasta: nieziemsko-bławatne oczy, nieprzyzwoicie gęste i długie rzęsy, za które niejedna z gościń oddałaby całą kolekcję żurnali Przekrój, żuchwa z kamienia, nos prosty jak u Herosa z Powiśla i cera, co do czystości przypominała śnieg w Bieszczadach, z cieńką czekoladową nutą. Punkt kulminacyjny to wzrost – prawie dwa metry do nieba – i ramiona szerokie jak stodoła we wsi po żniwach. Gdybyśmy nie kochali Grażynki, bielilibyśmy się nawzajem po buziach o jej zniewalający egzemplarz, i to przy samym weselnym stole. Wojtek był naprawdę nieprzyzwoicie przystojny.
No, powiedz, jakiego ty wspaniałego faceta sobie złapałaś! napadłyśmy na Grażkę. Każda z nas starała się zrobić minę tak nieszczęśliwą i osamotnioną, jakby przed chwilą rzucił ją Leszek z magla, szepcząc o równie pięknych, wolnych kuzynach Wojtka.
Dziewczyny, co wy! Ja Wojtka pokochałam za prostotę. Chłopak ze wsi, wychowywany przez babcię, gospodarstwo prowadzi i złotą rączką jest. Poznaliśmy się przypadkiem, gdy rodzice kupowali działkę w jego wiosce. On czuły, dobry, solidny po prostu. Gospodarstwem zawiadywał tak, że matko boska! Prawdziwy facet. Ledwo go namówiłam, by przeprowadził się do miasta trochę to trwało, dziesięć nocy przekonywania, śmiech na sali.
Wojtek błyskawicznie odnalazł się zarówno w pracy, jak i w kontakcie z nową rodziną. Szybko nauczył się rozpoznawać wyborne trunki, perfumy z Empiku, interesował się polityką, sportem, indeksami giełdowymi, podróżami, a nawet sztuką nowoczesną. Pozbył się śmiesznego, warmińskiego zaśpiewu. Siadł za kierownicą auta od teścia, otrzymał świetną posadkę również z polecenia teścia, a kto im kupił mieszkanie domyślcie się sami.
Drugiego roku małżeństwa u Wojtka wykluła się upiorna miłość do białych skarpet. Chodził w nich po domu i na gościnne występy, wciągał je nawet w gumiaki, a na brudnej podłodze stał jak na scenie. Grażyna nienawidziła tych skarpet całym sercem, ale pokornie myła podłogi dwa razy dziennie i w hurtowych ilościach kupowała wybielacze. Tak Wojtek dostał ksywkę Skarpeta.
O tym, że Wojtek ma kochankę, Grażynka dowiedziała się w ósmym miesiącu ciąży. U kochanki termin okazał się prawie identyczny. Skarpeta wyleciał z domu, został zwolniony, przeklęty i opłakany w jeden dzień i jedną mglistą noc. Potem przyszła gęsta, lepka jesień, rozciągnięta jak pasztet. Grażynka nie schodziła z łóżka, które nagle stało się ogromne i śmiesznie ponure, i patrzyła w sufit suchymi oczami:
Popłaczę kiedy indziej. Teraz to dziecku szkodzi.
Leżała niemal bez ruchu, jakby była Leninem w mauzoleum na Targówku, a my krążyłyśmy wokół, zmieniac się na warcie, czule strzegąc jej smutku ciszą.
Chciało się ryczeć, wydrapać z książki życia zdradliwe karty, płakać rzewnie do skarpetki. Ale trzeba było milczeć i czekać.
Na wyjście ze szpitala zawitaliśmy tłumnie, trzepocząc balonikami, błagałyśmy pielęgniarki o kubek herbaty i próbowałyśmy nakłonić je, by ruszyły z nami w daleką drogę do niedźwiedzi i Szczyrku, życząc wszystkim zdrowia i szczęścia. Świeżo upieczony dziadek starał się najbardziej: dzień wcześniej, po trzecim kielichu żubrówki, obiecał salowym, że posprząta po sobie, po czym wymalował kredą olbrzymi, krzywy napis pod oknami sali: Dziękuję za wnuka!, a potem próbował śpiewać, ale ochroniarz go zgarnął. Ochroniarz, skądinąd, z sympatią wysłuchał całego repertuaru szczęśliwego dziadka w swojej kanciapie przy kufelku.
W dzień wypisu dziadek był rześki, krzepki i chyba nawet się świecił ze szczęścia. Ryczał i śmiał się z radości, płakał w sam raz i z duszą. Płakałyśmy wszystkie, rzucając się Grażynce na szyję, zerkałyśmy ukradkiem do niebieskiego becika i mocno milczałyśmy o tacie-nosiem małego Jurka. Tylko Grażyna i na radości nie uroniła łzy:
Potem. Może na mleko źle zadziała.
Grażyna milczała z nami jeszcze dwa miesiące, potem wstała i poszła odwiedzić Wojtka. Bez zapałek i bez agresji, ale z ogromnym pragnieniem, by rozwalić świat, krzyczeć, walić chudymi pięściami w ściany, besztać go i pozbyć się tej całej żółci, która trzymała ją w łóżku. Chciała to wywalić temu zdrajcy prosto w twarz temu, który rozwalił jej świat z synkiem, tę nadzieję, że kiedyś będzie dziewiła skarpetki mężom w długie zimowe wieczory i śmiała się z Jurka, trzymającego ją i Wojtka za ręce na spacerze…
Jeszcze bardziej chciała zajrzeć w oczy tamtej bezwstydnicy śpiącej z jej mężem. Oczy pewnie będą zuchwałe, może i piękne. I fakt, w te oczy chciało się Grażynce splunąć. A jak będzie potrzeba, to i wydrapać.
Adres zdobyła przypadkiem od babć przy wejściu do bloku. One ostrzegły: Pani, on to kawał gnoja. Rozrysowały trasę do gniazda rozboju i różne, niezbyt subtelne opcje zemsty. Grażynka wpadła w otępienie, chciała uciec, nie słyszawszy nawet numeru mieszkania, ale jednak nie odeszła.
Teraz Grażyna stała przed klatką odrapanej warszawskiej wielkiej płyty i wiedziała, że wystarczy wejść na piąte piętro, a tam już, czy będzie pluć, czy płakać, wszystko jedno.
Na pierwszym piętrze pomyślała, że i tak pewnie nikogo w domu nie będzie i tylko traci czas. Na drugim lepiej nawet, nie zobaczy kochanki. Na trzecim usłyszała przez ściany rozdzierający płacz dziecka idący z piątego piętra.
Drzwi otworzyła wychudzona, zapłakana dziewczyna jej oblicze w żaden sposób nie pasowało do obrazu femme fatale, która omamiła jej męża-Baranka.
Grażyna zamurowana gapiła się na te czterdzieści kilo konkurencji, a z głębi mieszkania dobiegał zawodzący płacz dziecka.
Dzień dobry pani Grażyno. Wojtka nie ma, wyszedł dwa tygodnie temu i nie wrócił. I gdzie jest nie wiem bąknęła dziewczyna i usiadła na podłodze, łkając jakby była lalką ze sklejki.
Grażynie natychmiast się odechciało awantury. Chciała tylko wejść do pokoju i uciszyć dziecko tej nieporadnej matce. Może potem dopiec jakimś tekstem: Lubisz jazdy, lubisz i sanie ciągnąć, żmijo! Tak, musi jej powiedzieć. I spojrzeć pogardliwie, z wyższością, która przysługuje zdradzonej stronie.
Dziecko było suche, powieki spuchnięte, głos ochrypły. Ewidentnie, mały był głodny. Krzyczał na granicy swoich możliwości, a jego matka leżała na podłodze i wyła, jak przestraszony pies.
Jak szukały z Grażyną resztek mleka w pustych szafkach i gorącym lodówce, Grażyna przypominała sobie później z trudnością. Na stole znalazła kartkę z urwanym zdaniem: Proszę w moim sm z przerażeniem.
Dziewczyna na podłodze mdło łkała, zwracając się do Grażyny jak do serdecznej koleżanki: że nie ma dokąd pójść z wynajmowanego mieszkania, za dwa dni ją wyrzucają, mleko znikło, Wojtek znikł, pieniędzy nigdy nie było. I że bardzo przeprasza, i jej wstyd, i że za późno, i nie wiedziała, i żeby Grażyna ją nawet uderzyła, bo może trzeba. Dziecko nazywa się Maciuś, a Grażyna niech zapamięta, na wszelki wypadek. Maciuś był starszy od Jurka o zaledwie dziewięć dni.
Grażyna pośpieszyła do domu, bo za 20 minut Jurek zażąda piersi. Uciekać nie było łatwo: dwie ciężkie siatki Oksany (tak miała na imię dziewczyna) targała w rękach, sama zasmarkana Oksana szła obok, tuląc sytego Maciusia. Grażyna biegła i zastanawiała się, gdzie upchnąć jeszcze dwa łóżka.
Po trzech latach bawiliśmy się na weselu Oksany, po czterech u Grażynki. Mąż Grażyny nienawidzi białych skarpetek, twierdzi, że życie należy czynić barwniejszym, i wielbi żonę, syna oraz dwie córki. Oksana jest dumna z czterech chłopaków, a jej obecny mąż wciąż marzy o córeczce
I tak życie płynie, jakby na drutach dziergali nieznani śniący.



