Wyrzuć go na dwór. Znalazłam pod śniegiem sąsiedzkiego kota domowego, a właścicielka odmówiła mu pomocy

Wyrzuć go na dwór. Znalazłam pod śniegiem sąsiedniego kota, a właścicielka odmówiła mu pomocy

Od początku patrzyłam z dystansem na kota sąsiadki. Kotów generalnie nie darzę niechęcią, ale ten ogromny bury łobuz raz naprawdę wyprowadził mnie z równowagi.

To historia o tym, jak warto pozostać człowiekiem niezależnie od tego, co się dzieje.

Tego lata sąsiedzki kot Bonifacy upodobał sobie używanie mojego ogródka jako swojej toalety. Nie raz łapałam go przy pracy z wielkim zaangażowaniem rozgrzebywał moją rabatę z ziołami, jakby prowadził jakieś wykopaliska archeologiczne. Krzyczałam na niego, a on spokojnie dawał dyla. Domek na działce odziedziczyłam po babci maleńki, porządny, w świetnym miejscu, na przedmieściach pod Warszawą, rzut beretem od miasta.

Wystarczyło odejść trochę dalej w głąb uliczki wokół rozciągała się już wieś pełną gębą. A do przystanku PKS przy szosie miałam kilka minut spacerem i już byłam w mieście. Za czasu babci uwielbiałam tu przyjeżdżać. Nawet po jej śmierci często wpadałam na weekendy, przywoziłam znajome, rozpalałyśmy ognisko, piekłyśmy kiełbaski, zbierałyśmy jagody. Po godzinie w pobliskim lesie miałam koszyk podgrzybków na patelnię. Spokój, świeże powietrze, otwarta przestrzeń wszystko, czego potrzeba do wypoczynku. W tej samej wsi mieszkała też moja kuzynka córka wujka Zdzisława, brata mamy. Od dziecka najlepsza przyjaciółka. Ogródek, rzeka nuda mi nie groziła.

U siebie sadziłam dwie grzędy rzodkiewki i pietruszki, na trzeciej miałam szczypiorek. Mały, ale mój ogródek. I to właśnie niego podbijał sąsiedzki kot. Poszłam więc do pani Genowefy, właścicielki Bonifacego. Przewróciła tylko oczami: A co ja mam zrobić? Mam go pilnować na łańcuchu?! Rzuć w niego plastikowym wiadrem, jak złapiesz! odburknęła.

Ten twardy stosunek łatwo wyjaśnić: Bonifacy był kotem jej zmarłego męża, Ryszarda. Pani Genowefa zawsze powtarzała, że koty to nie dla niej, ona jest wyłącznie psiarą. No, ale kilka lat temu mąż odszedł, a kot został z nią poniekąd w spadku.

Bonifacy nie potrzebował opieki. Świetnie łapał myszy, a według plotek nawet ryby z rzeki podbierał. Towarzyszył Ryszardowi na rybach. Potrzebował tylko dachu nad głową i ciepłej kołdry w zimne dni.

Moją wojnę z kotem prowadziłam na wiele sposobów. Próbowałam z nim rozmawiać, przekupywać go, nawet przynosiłam mu smakołyki z Warszawy. Ignorował wszystko, patrzył podejrzliwie i nie podchodził bliżej niż na pięć metrów.

Raz oblałam go zimną wodą z węża. Innym razem wybrałam się na pielenie z gwizdkiem i kiedy tylko zobaczyłam go między grządkami, pognałam za nim jak sędzia piłkarski dmuchając rozpaczliwie w gwizdek. A potem, kiedy już padłam na trawę ze śmiechu, przypomniałam sobie zdziwioną minę kota, gdy przeskoczył przez płot, spojrzał na mnie obrażony i zaszył się w leszczynach. Jakby mówił: Tak się nie bawimy! To poniżej pasa!.

Pani Genowefa obserwowała te podchody zza płotu i tylko złośliwie się uśmiechała. Całe szczęście miałą już inne zajęcie: jej córka przywiozła na wakacje malutką suczkę rasy york, Bajkę. Miała się więc kim opiekować i mniej przejmowała się kotem. Problem z grządką rozwiązałam po swojemu: przywiozłam trzy worki trocin i wysypałam je w kąciku ogródka pod pokrzywami.

Bonifacy docenił ten prezent swoje wykopki urządzał już tylko tam. Odetchnęłam z ulgą. Ale zauważyłam, że kot zaczął mnie obserwować: z krzaków, z ganku, zza płotu. Kiedyś późnym wieczorem wyszłam do studni i mało nie zemdlałam na widok świecących w mroku oczu. Cała wieś pewnie słyszała mój wrzask. Z Bonifacym byłam na pan, bo nigdy nie wiedziałam, gdzie i kiedy się pojawi.

Do jesieni mieszkałam na działce, potem wróciłam na studia i przyjeżdżałam tylko na weekendy.

Podczas jednej z takich wizyt, gdy rano wyszłam na ganek, zobaczyłam pod śniegiem biały kopiec. To był Bonifacy. Siedział skulony, cały pokryty równą warstwą śniegu i z soplami na wąsach. Nawet nie drgnął, nie próbował podnieść ogona, tylko skulony trzymał głowę nisko. Strzepnęłam z niego śnieg i nic się nie stało. Głaskałam go, a on tylko bezgłośnie otworzył pysk, jakby chciał zamiauczeć, ale nie miał siły choćby westchnąć.

Złapałam go i zaniosłam do domu. Owinęłam w koc, ogrzałam pyszczek, roztopiłam sopelki ciepłym ręcznikiem. Nie protestował, nie miał siły. Obłożyłam go butelkami z ciepłą wodą, a potem pobiegłam po panią Genowefę.

Ta tylko wzruszyła ramionami: On mieszka w szopie. Cały dom mi sika, nie będę tego więcej znosić! Nie wpuszczę go na krok!. Okazało się, że odkąd pojawiła się Bajka, Bonifacy zaczął atakować suczkę i znaczył teren. Dla świętego spokoju został przegoniony do szopy.

Latem jakoś przetrwał, ale zimą w nieocieplonej szopie ledwo dawał radę. Próbowałam przemówić pani Genowefie do rozsądku: kot przecież zawsze był łowny, ale tu śnieg, lód, chłód. Usłyszałam tylko: Sypnęłam mu suchej karmy do garnka niech je i popija śniegiem! Z głodu nie zdechnie! Wyrzuć go gdzieś, niech sam sobie radzi!.

Wracając do domu dotarło do mnie kot przyszedł właśnie do mnie, bo szukał ratunku. Kiedy już nie miał co liczyć na łaskę swojej właścicielki, przyszedł do tej, z którą wojował przez całe lato.

Zaczęłam dzwonić po znajomych może ktoś przygarnie kota? Nikt się nie zgłosił. Kuzynka zaproponowała, że może Bonifacy zamieszkać w stajni razem z krową i świniami cieplej niż na dworze, ale w domu mieć kota nie mogła: miała już dwa.

Tymczasem kot ogrzany, wygramolił się spod koca i podszedł do mnie. Usiadł naprzeciwko, patrząc w oczy czułam, że wie, że tu właśnie waży się jego los. Westchnęłam i zadzwoniłam do mamy. Ona zawsze była przeciw zwierzakom w mieszkaniu, ale przypomniała sobie, jak bardzo pomocny był Ryszard, jak zawsze częstował rybami, a kot mu wiernie towarzyszył. Nawet się wzruszyła, myśląc o samotnym, już niemłodym zwierzęciu, którego nikt nie potrzebuje.

I wtedy wszystko stało się jasne.

W najbliższym sklepie kupiłam plastikowy transporter z uchwytami, delikatnie włożyłam tam Bonifacego i zabrałam go do Warszawy. Dla niego zaczynało się nowe życie.

Rate article
Fajna Tajna
Wyrzuć go na dwór. Znalazłam pod śniegiem sąsiedzkiego kota domowego, a właścicielka odmówiła mu pomocy