Maluszek

Maleńka

On nazwał ją Maleńką już przy pierwszym spotkaniu, kiedy niemalże wpadł na sąsiednie, czerwone, lekko zużyte krzesło w Filharmonii w Warszawie, takie samo jak to, na którym siedziała Iwona.

Najpierw przez chwilę rozejrzał się po sali, a potem spojrzał na swoją sąsiadkę.

Co, maleńka, nudzisz się? westchnął, próbując założyć nogę na nogę, ale wąska przestrzeń między rzędami nie pozwoliła. Jego elegancki, czarny but zaklinował się o siedzenie przed nim, a on sam skrzywił się z bólu w kostce.

Iwona udawała, że go nie widzi, wpatrzona w scenę, chociaż nic ciekawego się tam nie działo. Te same stoły w jednym rzędzie, mównica, ludzie krzątający się przy sprzęcie wszystko jak na każdej konferencji. I ten duchoty…

Zawsze źle się czuła w dużych salach, pełnych ludzi; kiedy trzeba siedzieć ramię w ramię i nawet nie ma jak wyjść…

No tak przeciągnął Michał, drapiąc się po brodzie. Kicha z tym wszystkim! Wiesz, maleńka, nic nowego tu nie usłyszymy, serio! Wszystkie referaty już czytałem, taka robota. Nie ma tam nic konkretnego.

Iwona odwróciła się z chłodnym spojrzeniem na siedzącego obok mężczyznę.

Wyglądał elegancko, garnitur, krawat, czyste buty, ale coś w nim było “nie tego” jakby go wciśnięto w te ciuchy siłą. Hultaj, zawadiaka, gadacz i żartowniś taki typ. A włosy sterczały mu jeżykiem; Michał miał dwa wiry nad czołem, na których zakręcały mu się delikatne kosmyki.

Michał nie dał Iwonie nawet otworzyć ust, wyciągnął do niej wielką dłoń. A może wyskoczymy na obiad? Taka z ciebie drobinka, chcę cię nakarmić. Serio, chodź! Zmyjemy się stąd!

Już przygasili światła, na scenę weszli dyrektorzy, wice, ważni pracownicy, a wszyscy zaczęli klaskać. Mimo to Michał ciągnął swoją Maleńkę, co chwilę komuś depcząc po nogach, przepraszając i nazad wciskając krawat do marynarki. Ten za nic nie chciał się układać, jakby specjalnie wytykał język tym nudnym urzędasom.

Co pan wyprawia?! Proszę mnie puścić, słyszy pan?! wyrywała rękę Iwona, podążała jednak za Michałem w stronę wyjścia.

Wpadli do foyer akurat w chwili, gdy sala osiągnęła szczyt emocji i ktoś walił w mikrofon, prosząc o ciszę.

Puść mnie! Muszę wrócić i wszystko zanotować, mam zadanie! oburzyła się Iwona, tuląc notatnik, upuściła długopis, schyliła się, ale Michał ją uprzedził.

Daj spokój, Maleńka! Wszystko ci podeślę, luz. Teraz musisz coś zjeść. Najpierw woda. Jesteś blada. I puls ci przyspieszony, patrz! Dotknął jej nadgarstka i pokręcił głową, cmokając. Powietrze, jedzenie i zero konferencji!

Rzeczywiście, Iwona poczuła się źle, serce waliło jak szalone, pulsowało jej w skroniach.

Nikt się nią wcześniej nie opiekował, nie dbał tak o nią. Raczej to ona była opiekunką mamy, męża, córki. I uznawała to za normalne. Czasem, owszem, chciało się, żeby ktoś po prostu ją przytulił, pozwolił jej być beztroską, jak kobiety z polskich komedii romantycznych, pić białe wino i śmiać się bez powodu… Ale nigdy nie było okazji.

Michał ją z tej okazji nie tylko zwolnił, ale po prostu jej ją dał.

Nim się oglądnęła, siedziała już w przytulnej knajpce przez ulicę, a kelner przynosił im świeżo wyciskany sok jasnopomarańczowy, jakby do szklanki wycisnęli samo słońce, soczystą pomarańczę i cytrynę.

Pij. I wodę też. No… A co jemy? zapytał Michał, wpatrując się w nią.

Chyba mu się bardzo spodobała. Iwonka miała delikatną urodę, szczupłą sylwetkę, bez żadnych zapasów tu i ówdzie. Mogłaby się podobać facetom, gdyby nie ten wieczny grymas zmęczenia, smutku i rezygnacji piąta dekada życia, rodzina, bez miłości, wszystko już przejadło… Skąd tu promienieć jak wiosenna róża?

A jednak Michał właśnie w tej wersji się w niej zakochał w zmęczonej Maleńkiej.

Nic nie chcę. Tylko chwilę odpocznę i wrócę na konferencję. Już jest lepiej! niemal szeptała Iwona.

Dobra, jak wolisz, ale najpierw dorada z warzywami, sałatka i… Maleńka, co chcesz do picia?

Oderwał wzrok od karty, nadal z tym rozczochranym, trochę buntowniczym wyglądem, mieszanką zapachu papierosów i męskich perfum. Zerknął na Iwonę.

Zarumieniła się, zmarszczyła brwi.

Ona chyba zwariowała! Obcy facet zaciągnął ją do restauracji, karmi ją, woła “Maleńka”, właśnie poprawił jej kosmyk na czole, cham! A ona tylko się rozkleja i mięknie, cała, od stóp do głów.

Tam, gdzie Michał ją dotknął, zrobiło się gorąco, a po plecach przeszły ciarki.

Pili białe wino, a Michał opowiadał o czasach, gdy wyjeżdżał po studiach na budowy, później na parę lat nad morze do Trójmiasta, a dalej…

A dalej, Maleńka, z moim kumplem, Jarkiem, rozkręciliśmy firmę. Nic wielkiego, remonty, wykończenia, ekipy chłopaków… I tak jakoś się rozkręciło. Każdy chce mieć ciepło, komfort, porządny dom a my wiedzieliśmy, jak to zrobić. Jedz, jedz! wskazał na talerz Iwony. Za ciebie, Maleńka! Bo jak tylko cię zobaczyłem, od razu pomyślałem: Tej dziewczynie trzeba dać jeść! Chcesz coś jeszcze?

Pokręciła głową. Rozmarzyła się. Od wina, jedzenia, ale przede wszystkim od tego, że po raz pierwszy od lat ktoś zainteresował się nią jak zwyczajną kobietą, dziewczyną, którą trzeba się zaopiekować.

W domu wyglądało to inaczej. Iwona wychowywała się sama z matką, która pracowała od świtu rano jej już nie było, Iwona śniadanie jadła samotnie, wieczorem mama wracała późno, a Iwona czekała z kolacją, potem zmywała naczynia, gdy mama brała prysznic i obie zasypiały już po północy.

W Nowy Rok mama, pani Maria, wracała do domu przed jedenastą. Pracowała w sklepie, a ostatnie godziny 31 grudnia zawsze przynosiły niezłą dniówkę.

Maria była wiecznie zmęczona, blada. Iwona szykowała jej sukienkę, pomagała upiąć włosy w ładną fryzurę i razem wychodziły do gości.

Goście byli zawsze sąsiedzi, koleżanki, dalecy krewni, którzy wpadli “na spontanie”, rozgadani i już trochę podpici. Iwona pilnowała, by mama nie ucięła sobie drzemki po pierwszym kieliszku.

Maria piła tylko wódkę, szampan uważała za głupstwo. Wódka, ta swojska, polska inna sprawa! Ale organizm bywał już tak zmęczony, że mama zasypiała tuż po pierwszym kieliszku, chrapiąc przy stole. Iwona szturchała ją łokciem, ta się budziła, wygłaszała toast, śmiała się, ale jakoś z goryczą. Kiedy tu być słabą dziewczynką?

Iwona wyszła za mąż bardzo młodo. Andrzej był starszy niemal o dekadę, odpowiedzialny, wykształcony, ale zimny, małomówny jakby wkomponował Iwonę w swoje uporządkowane życie, traktując jak dobrze dobraną trybik, porządną żonę, bez głębszych uczuć.

Chyba jej to nie przeszkadzało. Uczucia, namiętność, romantyzm były tylko na początku, ciało jest ciałem, a potem zgasło. Liczył się spokój, własne mieszkanie, kuchnia, wygodna łazienka, balkon, biblioteka i mąż. Wszyscy jej zazdrościli! Nie każda może mieszkać osobno od teściowej! Czysta błogość!

Całe życie, do spotkania Michała, była po prostu “Iwoną”, no może “Iwonką”, czasem przez mamę “Iwona Jadwiga”. Andrzej, mama, przyjaciółki wszyscy tak ją nazywali.

A tutaj nagle Maleńka. I wino, i przekąski i ktoś pyta, co myśli Maleńka, czego chce.

A Andrzej? Zawsze zajęty. Tak, ważne rzeczy czy domowe decyzje omawiał z żoną, ale raczej informując ją o swoich postanowieniach. Jej zdanie ginęło gdzieś w szumie otwartego na oścież okna, bo Andrzej uwielbiał świeże powietrze, nie pozwalał zamykać, nawet gdy komuś wiało.

A Michał? Już przy wejściu do restauracji poprosił o stolik w najcieplejszym kącie, bez przeciągu.

Dbał… Pytał. Iwona onieśmielona przyznała, że ma męża, córkę. Jak się nazywa? Tamara. Tamka studiuje filologię, Iwona znalazła jej świetnego korepetytora za chwilę córka wyjeżdża na stypendium.

Tamary nie “planowali”, raczej “postanowili”. Andrzejowi, jak mawiała jego matka, już czas być ojcem. U Iwony miało być szybko, łatwo. A nie szło. Pracowali nad tym, aż w końcu się udało. Przez dziewięć miesięcy Andrzej trzymał dystans, nie głaskał brzucha, nie rozmawiał z dzieckiem jak pokazują w polskich serialach. Uznał, że “wychowywać będzie, jak już się urodzi”. Zawoził Iwonę do ginekologa, odbierał ze szpitala z kwiatami i “Dziękuję za córkę”. Pilnował wagi, karmienia, kupował najlepsze jedzenie, sam nosił Tamkę do przychodni na szczepienia, sprawdzał czystość u położnej, dmuchał na stetoskop, by małej nie było zimno.

Jesteś wykończona, co? pytała ją przyjaciółka Gosia. Wiesz, dzieci to nie kwiatki, to orka jest! Andrzej chociaż pomaga?

Iwona kręciła głową. Pomaga, niby. Ale jakoś tak za mało.

Bycie taką ofiarą nawet lekko ją bawiło. Zawsze zabiegana, zmęczona, wiedziała, że ją żałują, a czasem Andrzeja obgadują.

Michał opiekował się nią z czułością, karmił drogocennymi smakołykami, aż znów Iwona zaczęła się rumienić i bronić.

No weź, maleńka! marszczył się Michał. Jedz, nie puszczę cię stąd głodnej!

Iwona gryzła wargę, patrząc smutno na swojego “ratownika” i jadła.

Tego dnia odprowadził ją do metra, dalej już nie dała się zaprosić. Wieczorem dostała na maila skrupulatne notatki ze wszystkich referatów.

Dla Maleńkiej od Michała! głosił dopisek.

Szybko zamknęła laptopa, ale Tamka chyba zerknęła, bo skrzywiła się z rozbawieniem.

Co za głupie przezwiska! oburzyła się Iwona. To oficjalne dokumenty, a oni takie rzeczy wypisują!

Zresztą córka już jej nie słuchała, założyła słuchawki, włączyła muzykę

Iwona! Tamara! Jestem w domu! Kolacja! rozległo się z przedpokoju.

Andrzej, zmęczony po dniu spędzonym w autobusach i metrze, rzucił koszulę, został w spodniach, potem ubrał szorty z palmami, otworzył balkon, głęboko oddychając.

Pachniał potem, kwaśno, jeszcze wczorajszym…

Nie będę się kąpał codziennie! Zostaw mnie! Skóra mnie potem swędzi! Jutro się wykąpię! odparł na jej ciche prośby. Siadaj, jestem głodny.

Jedli milcząc, myśląc o swoim. Iwona o Michale, jego świeżości, czystości, szarmanckim stylu…

A już następnego dnia Michał zadzwonił do Iwony w pracy.

Cześć, Maleńka! Jak się czujesz? Jadłaś coś? usłyszała w telefonie i aż zesztywniała, bo wydawało jej się, że wszyscy w open space już wiedzą, że Iwona Jadwiga idzie na randkę z kochankiem.

Nazwała go tak w myślach kochankiem. Było to ekscytujące i zakazane.

Tym razem Michał miał na sobie tylko t-shirt i dżinsy, był znów trochę rozczochrany i uśmiechnięty.

Pili kawę, Iwona trochę poopowiadała o dzieciństwie, Michał słuchał.

Maleńka, jesteś śliczna, wiesz? nagle przerwał. Chodź, kupię ci coś! Sukienkę. Znam kilku ludzi w butikach, zrobią z ciebie królową! Chcę cię zobaczyć w sukience.

I zobaczył. Nie od razu, ale wieczorem, kiedy zawiózł Iwonę do Złotych Tarasów i wylegiwał się na kanapie, a ekspedientki biegały wokół rozemocjonowanej Maleńkiej.

Boże, jak on na nią patrzył! Naprawdę, jak głodny wilk. Andrzej nawet nie podchodził.

Nigdy tak się nie czułam! szeptała potem Gosieńce, swojej najlepszej przyjaciółce. Jak w filmie. Myślałam, że mnie to nie dotyczy! Poczułam się kobietą. Straszne, ale cholernie mi się to podobało.

A Andrzej? pytała Gosia, kiedy emocje opadły.

Nic nie wie. I nie powinien. Sama nie wiem, co teraz! kręciła głową Iwona. Słuchaj, tylko nie wygadaj się. I sukienkę zatrzymaj u siebie. Jest droga, co powiem w domu?

Gosia wzruszyła ramionami. Co będzie, to będzie.

Iwona kombinujesz coś za bardzo. Andrzej to nie złamas. Przypomnij sobie, jak kupował ci w grudniu mleko prosto od rolnika, jak ty chciałaś. Pracuje, stara się, inny by leżał z piwem na kanapie. Chciałaś samochód kupił. Chciałaś remont zrobił. Nad morze jeździć co roku On jest przejrzysty, normalny. A Michał? Kiedyś powie, skąd ma kasę?

Nie wiem. Ale jaka różnica?! Gośka, ty nie wiesz, jak to jest. Zazdrościsz mi!

Gosia znów wzruszyła ramionami. Może i zazdrościła, ale nie Michała, tylko… Andrzeja.

Iwona coraz później wracała do domu, gotowała coś na szybko, sama nie jadła, błąkała się po wałkowanym w chłodnym czajniku herbacie.

Mamo, daj chleba! wołała Tamka; sama musiała sobie szukać po bochenku. Chleba brak! narzekała.

Iwona kiwała głową, zamykała się w pokoju. Marzyła.

Andrzej i Tamka patrzyli na nią coraz dziwniej.

Iwona mogła tak marzyć długo, czując, jak mokną jej od podniecenia dłonie.

Michał był czuły, całował umie, śmiał się z jej nieśmiałości, podtykał jedzenie, kupował prezenty, których trzeba było ukrywać u Gosi, raz po raz wysyłał jej przelewy na kartę, a czasem w środku nocy pisał wiadomości. Wyskakiwała wtedy do łazienki, czytała, kasowała, czekała i znów czytała. Potem brała zimny prysznic i próbowała zasnąć.

Andrzej przekręcał się na bok, narzucał na nią ciężką rękę, bekał, mamrotał przez sen. Iwona tężała i żałowała. Że jest Andrzej. Że tak długo nie wiedziała, jak to jest być Maleńką – ładną, namiętną, zauważoną. Tyle lat na marne.

Ale teraz był Michał i to był jej kawałek szczęścia.

Spotykali się u niego w dużej, jasnej kawalerce na Żoliborzu, okna do ziemi, bez firan, a za szybą błyszczały światła Warszawy. Głowa się kręciła od szampana i jego zapachu, pościel była gładka, prawdziwy jedwab…

Dom stawał się nieprzyjazny, duszny. Iwonie wydawało się, że wszyscy wiedzą o niej i Michale, Tamka zerka bokiem, Andrzej patrzy surowo.

Szukała wymówek, by wrócić, gdy już wszyscy kładą się spać. Siadała wtedy długo sama w kuchni, piła rozpuszczalną kawę i marzyła…

Iwona! Gdzie jesteś? Kupiłem kapustę, trzeba szatkować! Umawialiśmy się usłyszała głos męża w słuchawce, przestraszona spojrzała na Michała, który pływał w basenie na Polu Mokotowskim. Basen odkryty, cudo techniki.

Iwona nigdy tam nie pływała, a dziś Michał zabrał ją tam na siłę. Pływali, patrząc, jak z wody unosi się para w zimowe powietrze. Mało ludzi, luksus. Z wieży widać światełka z lodowiska w Parku Łazienkowskim. Iwona jednak nie patrzy ona, Maleńka, ma na uwadze tylko swojego rycerza. Finally znalazła. Nareszcie miłość. Matko Boska…

Kapusta? wymamrotała, opatuliła się ręcznikiem. Zostaw na jutro. Będę później. My… My z Gosią poszłyśmy na basen. Lekarz mi zalecił ćwiczyć kręgosłup! Kupiłyśmy karnet. Kapustę zrobimy jutro. Sorry, Gosia woła. Pa!

Rozłączyła się drżącą ręką. Trzeba zadzwonić do Gosi co jeśli Andrzej będzie ją sprawdzał!

Teraz zadzwoniła szeptała coś o basenie, dygotała, aż w końcu przerwała.

Iwona, przyniosłam wam kminek. Robicie kapustę z kminkiem, prawda? Byłam na targu, pomyślałam, że wpadnę. Andrzej już zagotował wodę odparła spokojnie Gosia. Kminek, przyniosłam… powtórzyła z lekkim przekąsem.

Iwona przygryzła wargę, szukała wzrokiem Michała. On jednak, prężąc się, wskakiwał już na wieżę do skoków, szykował się do skoku. Na dole piszczały na jego widok młode, zgrabne dziewczyny.

No, maleńkie! Raz, dwa, trzy! zawołał, wskoczył elegancko do wody, wypłynął, pomachał Iwonie. Iwona, dołącz! Wieczór dopiero się zaczyna!

Dziewczyny aż obróciły się, zerkając na “Iwonkę”. Nagle poczuła się znowu brzydka, zwyczajna, z lekkim brzuszkiem i obwisłymi udami. Płynęła niezręcznie, jak żaba, robiąc zamieszanie w wodzie. Na twarzy znowu to samo zmęczenie.

Nowe “maleńkie” Michała już grały w piłkę wodną, próbując się do niego dobrać.

On się śmiał i wcale nie był zaskoczony, gdy Iwona zniknęła. Wszystko rozumiał obowiązki, rodzina, kapusta… Niech idzie.

W przedpokoju było ciemno, w mieszkaniu także. Tylko na kuchni świeciło się światło.

Andrzej bez słowa postawił przed żoną patelnię z jajecznicą.

Pewnie głodna po basenie? Jeść. Chcesz kiełbasę? Wlał jej dużą, grubą herbatę.

Iwona pokręciła głową. Bała się spojrzeć w oczy, patrzyła na boki i dłubała widelcem w jajecznicy.

Wie, czy nie wie? Co teraz? Czemu taki spokojny?

Iwona… po długiej ciszy zagadnął Andrzej. Gosia przyniosła jakieś rzeczy. Coś tam szperała, ale ją przegoniłem. Bałagan robi. Twoje rzeczy… Patrz, pod stołem… Mówi, że twoje. Ona się chyba pomyliła, co?

Iwona powoli podniosła róg obrusa, spojrzała na torby, wzruszyła ramionami.

Właśnie tak myślałem ucieszył się Andrzej. Zrób mi herbaty. Albo nie, wlej trochę koniaku. Mam ochotę.

Iwona zerwała się, pobiegła do szafki, a potem nagle zamarła.

Maleńka usłyszała nagle głos męża; aż się wyprostowała i spojrzała prosto w jego oczy. Mówię, że okruchy chleba na stole, przetrzyj to. Tamka znowu wszystko nakruszyła. Trzeba ścierką.

Potem spojrzał ciężko spod brwi i odwrócił się…

Pili koniak, we dwójkę. W milczeniu, nie patrząc sobie w oczy.

Wreszcie Andrzej wstał i wyszedł.

Gosia, rozumiesz, on po prostu wyszedł! Ubrał się, klucze zostawił na półce… Gosiu! Iwona ryczała w telefon, patrzyła na swoje odbicie w lustrze, widząc, jak jej twarz się wykrzywia, jak nieładnie teraz wygląda. Gosia! Jak on mógł?! Czy tak robią prawdziwi faceci?! Zostawił mnie i Tamitę!

Aż się wściekła, zaciśniętą pięścią uderzyła w stół.

Właśnie, jak prawdziwy facet, Iwona. Inny by cię pobił, a Andrzej… po prostu odszedł. Ciekawe, że z własnego mieszkania. Jemu możesz coś zarzucać? Przypomnij sobie kasy wam nie brak, córka super, Andrzej nie pije, wszystko w domu działa jak należy. Milczy, ale lepiej tak, niż jakby miał pić albo bić. Tobie zachciało się, żeby ktoś pieścił, kwiaty, romantyzm, a sama mu nigdy miłego słowa nie powiesz, nie pochwalisz. A faceci, jak dzieci, musisz chwalić. Nie, Iwonka, tym razem nie jestem po twojej stronie. Dobranoc.

Odstawiła telefon, zgięła się nad stołem, łzy kapały…

Tamara zdała egzaminy i pojechała na działkę do znajomych; do mamy nie zadzwoniła, zostawiła tylko kartkę, by jej nie przeszkadzać.

…Michał pojawił się po tygodniu, czekał na Iwonę pod blokiem, wychylił się z cienia.

Hej, maleńka! przemknęło mu przez zmarznięte od mrozu usta schowane w kołnierzu. Tęskniłaś?

Dzwoniła do niego parę razy, ale nie odbierał. Teraz pojawił się sam…

Michał… szepnęła, bez życia. Po co tu przyszedłeś?

Szukając wzrokiem samochodu.

Przyszedłem do ciebie. Teraz ty musisz mi pomóc, maleńka! objął ją mocno.

Co ty mówisz? O czym ty?

Wystraszyła się, chciała wyrwać ramię, ale ścisnął je jeszcze mocniej.

Karmiłem cię? Karmiłem. Zadowoliłem? O, tak. Sapnął jej wprost w ucho. A teraz mam problem, one mają mieszkanie po mamusi, ze 2 miliony za nie będzie. Sprzedajesz je, i to, w którym mieszkasz. No, dawaj, wchodź do środka, pogadamy!

Krzyknęła przerażona, szarpnęła się, ale nie dała rady, podreptała do wejścia, modląc się, by ktoś się pojawił. Ale nikogo nie było.

Otwieraj, Maleńka, zamarzam popchnął ją do drzwi.

Iwona załkała, niemal osunęła się w śnieg, gdy nagle Michał ją puścił, zatoczył się i runął na bok.

Nad nim stał Andrzej, bez czapki, rozczochrany, wściekły. Trząsł pięściami.

Wypierdalaj! Wypierdalaj stąd, rozumiesz?! wrzasnął, ruszył w jego stronę, ale Iwona złapała go za ramię, próbując odciągnąć.

Michał, gdy zobaczył, z kim ma do czynienia, głupio się roześmiał, jakby chciał dać do zrozumienia, że Andrzej został rogaczem, ale ucichł natychmiast, gdy dostał pięścią w twarz.

Wypierdalaj! Żebym cię tu więcej nie widział przy Iwonie! wrzasnął Andrzej, podniósł zgubioną czapkę, wytarł nią nos i spojrzał na żonę. Chodź do domu. Zimno.

…O czym rozmawiali całą noc, co przeżyli wiedziała tylko patrząca z okna księżyc i wiatr, wdzierający się przez uchylone okno. Na stole stały dwie nietknięte herbaty, stare zegary tykały pod ścianą. A potem świat zgasł, zostali we dwójkę. Mąż i żona. Jakoś postanowili żyć dalej.

Już nikt nigdy nie nazwał Iwony Maleńką. A gdyby tak ją nazwał, pewnie tylko by się wzdrygnęła i odwróciła.

Michał więcej się w jej życiu nie pojawił. Nie wyszło z tą Maleńką, Andrzej był zbyt zdeterminowany.

Kiedyś usłyszał rozmowę Iwony w autobusie, o odziedziczonym po matce mieszkaniu, jak Iwonka nie wie, co z tym zrobić, jak jest zmęczona, sama i nieszczęśliwa. Michał uznał, że może jej “pomóc”, rozwiązać problem mieszkaniowy, a przy okazji samotność. Gdyby był sprytniejszy, dorobiłby się na niej, oddał dług Jarkowi przyjacielowi ze spółki. Ale się pospieszył. Sprawy stanęły na ostrzu noża, Jarek żądał pieniędzy natychmiast. Michał spróbował siłą nie wyszło. Trudno! Inne Maleńkie czekają. Jeszcze je znajdzie i uszczęśliwi.

Na razie musiał wyprowadzić się z mieszkania z widokiem na panoramę Warszawy i jedwabną pościelą. Trudno. Michał jeszcze się odkuje! No, chyba że Jarek postanowi inaczej…

Rate article
Fajna Tajna
Maluszek