Wyobraź sobie, że przed niewielkim spożywczakiem w mojej rodzinnej wsi, pod Poznaniem, pojawił się mały, ledwo widoczny kociak. Wyglądał, jakby zupełnie sam tu przylazł albo ktoś go podrzucił. Maleńka, kudłata koteczka na oko kilka miesięcy kręciła się niepewnie przy drzwiach, podwijała łapki i cała się trzęsła z zimna oraz wilgoci. Wyglądała biednie pyszczek w ranach i strupach, oczka tylko lekko uchylone, a na uszach i szyi właściwie żadnej sierści. Serce się krajało, ale większość ludzi odwracała głowę może przez ten jej mizerny wygląd, nie miała w sobie nic z tych puszystych, rozczulających pluszaków z reklam.
Mimo wszystko panie ze sklepu zaczęły ją wpuszczać do środka, żeby się ogrzała. Nawet polały jej na kark preparat przeciw pchłom, ale niestety to niewiele dało. Kotka i tak codziennie, dokładnie o tej samej porze, pojawiała się pod sklepem i uparcie próbowała zwracać na siebie uwagę, prosząc o odrobinę czułości.
Zima zbliżała się wielkimi krokami już teraz biedaczka marzła przy minus pięciu stopniach, więc ciężko mi było uwierzyć, żeby przeżyła, kiedy chwyci prawdziwy mróz. Jedna z pracownic przypomniała sobie, że latem trafiliśmy się po kotka podrzuconego w identyczny sposób i napisała do mnie, czy moglibyśmy coś znów zdziałać.
Przyjechaliśmy z Adamem w sobotnie popołudnie. Koteczka od razu zaczęła kręcić się wokół nas i transportera, jakby naprawdę wiedziała, że to dla niej ostatnia szansa, żeby się wydostać z ulicy. Stanęła nawet na dwóch łapkach, próbując objąć mnie ogonkiem, mruczała cicho i łasiła się na wszystkie możliwe sposoby.
Już po zdjęciach było widać kotka ma świerzb. Na szczęście nie wyglądało to na nic poważnie zaawansowanego i mogliśmy szybko zacząć leczenie. Adam od razu zastosował krople typu Stonghold czy Inspektor sprawdzone na inne kocurki z naszego DT.
Kiedy już była w ciepełku, w domu tymczasowym, weszła pod kocyk i nie chciała wychodzić: jadła, spała, cicho mruczała. Przez pierwsze dwa dni jadła na zmianę z drzemkami ewidentnie nadrabiała stracony czas.
Imię przyszło samo Ziemniaczka. Była taka nieporadna i rozkoszna, że z Adamem stwierdziliśmy, że przypomina małego kartofelka: trochę nieregularna, nieco pokraczna, ale jakże czarująca! Po dwóch kuracjach kroplami pokazała nam się zupełnie inna kicia oczka duże, spojrzenie żywe, sierść powoli odrastała.
Włoski na uszkach i łapkach jeszcze nie całkiem odrosły, ale wszystko w swoim czasie. Już ją zapisaliśmy na sterylizację i z każdym dniem zmienia się w zdrową, zadbaną, po prostu śliczną kocicę. Wiesz, nie sądziłam, że taki ziemniaczek jeszcze skradnie komuś serce a jednak!



