Zamiast siebie

Zamiast siebie

Macocha doskonale widziała, że Jadzia nie chce wychodzić za mąż za wdowca nie dlatego, że miał małą córkę, ani dlatego, że był od niej sporo starszy. Bała się go, i to bardzo. Jego przenikliwe spojrzenie aż przeszywało serce, rytm mojego serca przyspieszał, jakby chciało uciec przed strzałami wzroku. Jadzia spuszczała wzrok w podłogę i długo nie chciała go podnosić; a jak podniosła, każdy widział, że jej oczy pełne były łez.

A te łzy rzęsiście spadały po zarumienionych policzkach od wstydu. Ręce jej drżały, a drobne piąstki zdawały się same chcieć odganiać się od macochy i narzuconego narzeczonego.

Niestety język zdradliwie powiedział: Pójdę.

No i dogadane. Do takiego domu, do takiego gospodarza, to grzech nie iść zagadała macocha. Przecież on przy pierwszej żonie kurz zdmuchiwał, ona chorutka była, taka słabiutka, cały czas kaszlała. Bywało, że idą razem on trzy kroki, ona jeden. Musiała się zatrzymać i dyszała jak lokomotywa, a on ją obejmował, uspokajał, nigdy nie krzyczał, jak twój nieboszczyk ojciec, Boże mu wybacz.

Gdy żona była w ciąży, prawie nikt jej nie widywał na dworze. Cały czas leżała, a po porodzie sam wstawał do dziecka nocą, ona całkiem opadła z sił.

Tak przynajmniej mówiła matka.

A ty zdrowa jak rydz, ciebie to aż posadzi w świętym kącie. Do wszystkiego przyuczona, i do kosa, i do sierpa, i prząść umiesz, i tkać. Grzechem cię dać za młodego młody jeszcze głupi, charakteru nie ma, głupstwa nie wywietrzały. A o tym wszystko wiadomo, porządny gospodarz. Los ci sprzyja!

Bimber nastawię, wieczorek zrobimy, a po co wdowiec wesele, nie trzeba zmarłej tańcami gniewać. A posagu nie kazał szykować powiedział, że dom pełna misa.

Stanisław, ożenił się pierwszy raz z miłości, choć wszyscy wiedzieli, że Weronika ciągle chorowała. Matka mu powtarzała, że porządny chłop z niego, silny, a żona powinna być zdrowa, nie taka cherlawa. Nic nie pomagało, nie przekonały go ani ludzkie rady, ani rozsądek. Tylko Weronika i koniec.

Po wsi gadali, że go zauroczono, bo tylko zaczarowany człek życie swe zamienia w szpital i cierpienie. Lekarze twierdzili, że Weronika ma słabe płuca, byle katar prowadził do zapalenia, astmy, a kto wie, co dalej.

Stanisław myślał, że miłością odegna chorobę od żony, leczyć będzie, dbać, i chorowanie odejdzie. Po ślubie przez chwilę naprawdę było dobrze. Szczęśliwi, weseli, ciągle razem.

Potem, gdy Weronika zaszła w ciążę, wszystko wywróciło się do góry nogami. Ciągłe osłabienie, zawroty głowy, senność była tak bezsilna, że nie miała sił ani wyprać, ani krowy wydoić, nawet własnych, pięknych włosów nie potrafiła uczesać. Lekarze mówili: Toksikoza, urodzi, wyzdrowieje. Stanisław kochał i pielęgnował Weronikę bez słowa wyrzutu. Matka mu dokuczała, że sprowadził do domu problem, nie żonę. Bronił żonę jak jastrząb swego gniazda, a matce zakazał przychodzić.

Urodziła Weronika dziewczynkę i Stanisław miał nadzieję, że siły i radość wrócą do domu. Owszem, wróciły, ale na krótko. Przeziębiła się raz i już nigdy nie doszła do siebie, gasła w oczach.

Zabrali ją do szpitala, gdzie lekarz bez ogródek powiedział:

Jej płuca już nie działają.

Powiedział po chłopsku, bez owijania. Weronika zrozumiała, że koniec jest blisko. Najpierw trzymała się, uśmiechała się przez ból. Ale oczy zdradzały strach przed jutrem, strach o córkę.

Zdawała się żegnać wzrokiem, jakby chciała, by ją zapamiętali taką: uśmiechniętą, pogodną. Chudła coraz bardziej, żebra widać było pod skórą, zapadnięte piersi, wyschnięte ręce, opadłe ramiona wszystko wołało, że śmierć już blisko.

Czując, że jej czas się kończy, Weronika poprosiła męża, żebym usiadł obok niej.

Nikt jeszcze Boga nie przechytrzył. Nasza miłość dość już ze śmiercią walczyła, nie mam już siły, zmęczyło mnie wszystko ból, myśli. Przebacz mi, i córce też. Urodziłam się na nieszczęście i was skazałam na łzy.

Stanisław wziął jej gorące dłonie w swoje i zaczął całować. Po jej ciężkim, urywanym oddechu czuł, że chce powiedzieć coś ważnego, że liczy jej się każda chwila.

Zaczęła opowiadać o swojej miłości do nich, o troskach o córkę, mówiła długo, łapała oddech, w końcu wypowiedziała powoli:

Poślub Jadwigę. Ona będzie dobrą żoną. Ty jesteś wspaniałym mężem, ojcem, ona będzie dobrą matką, miała ciężko z macochą i przyrodnimi siostrami, z pijakiem-ojcem. Znam jej życie, a moja matka zna ich dom, widzi wszystko.

Jadzia jest czuła, pracowita, cierpliwa, nie skrzywdzi naszej córki. Polubi cię, a może nawet pokocha. Tylko bądź przy niej jak przy mnie. Traktuj ją tak, jakbym ja była z tobą, w jej ciele. Przepraszam za te słowa ale i płuca mam czarne, i duszę zmęczoną troską. Ty decyduj, twoje życie zapisane przez Boga. Ale córki nie krzywdź, bo z tamtego świata cię przeklnę.

Mówiła wyraźnie, powoli, i ścisnęła rękę męża najmocniej jak mogła.

Stanisław płakał, łzy przesłaniały mu obraz ukochanej, czuł w oddechu Weroniki, jak odchodzi. Jej spokojna, pogodna twarz uśmiechała się lekko, patrząc w dal. Ręka ściskała jego dłoń do samego końca.

Całował ją po całym ciele, płacząc, obiecując, że zrobi wszystko, jak chciała. Dlatego, dokładnie rok po jej śmierci, poszedł prosić Jadwigę o rękę.

Macocha już była przygotowana przez teściową Stanisława ta też liczyła na dobrą matkę dla wnusi. Chorowała i bała się, że niedługo odejdzie, więc chciała, by jej wnuczka i zięć ułożyli sobie życie.

Nikomu tak na tym nie zależało jak jej, wiedziała dokładnie, przez co przeszedł jej zięć. Za jego stosunek do Weroniki gotowa była całować mu stopy i na kolanach o szczęście dla niego Boga prosić.

Samo swatanie minęło jak sen. Widziałam, jak jego córeczka tęskni za matką, a i jemu ciężko bez żony, dlatego zgodził się spełnić prośbę ukochanej. Zaczął spoglądać na Jadwigę i zobaczył w niej ogromną pokorę, urodę, posłuszeństwo, a nawet coś takiego, co przypominało mu żonę. Ten sam warkocz, ten sam uśmiech, ten sam chód…

Niekiedy miał ochotę po prostu ją objąć, przytrzymać, zatęsknić jedną chwilę. Sama Jadwiga nie rozumiała, dlaczego się zgodziła. Czy już miała dość służalczej roli wobec macochy, czy miała dość odciągania z knajpy pijanego ojca i bronienia go przed jej wyzwiskami, czy znudziły ją kpiny sióstr? A może po prostu żal mu było córki Stanisława?

Tak czy siak, jak już się zgodziła, wiedziała, że czeka ją jeszcze jedna próba polubić i sprawić, by Stanisław polubił ją.

Po zaręczynach Stanisław postanowił zbliżyć córkę do Jadzi. Mała Ania niemal nie wychodziła z domu, siedziała przy matce każdą chwilę. Nawet nocą, gdy budziłem się, widziałem, jak Weronika pochyła się nad córką, coś szeptała, radziła, jak tu żyć, kiedy jej zabraknie.

Nie potrafiłem bez łez myśleć, co szeptała małej córeczce. Ania była bardzo domowa, do obcych nigdy się nie zbliżała, miała: tatę, mamę, babcię i jeszcze jedną, wiecznie niezadowoloną babkę.

Zabrałem Jadzię do swojego domu, żeby spojrzała na moją córkę, posiedziała razem z nami bez obecności macochy, która już patrzyła, jakby wreszcie krowę bez mleka wyprowadzali z podwórza.

Jadzia przy mnie raczej milczała, ale od razu zauważyła, że nie jestem ponury raczej dbam, jestem uważny. Zapytalem ją wprost, czy kogoś kocha to się usunę. O prośbie Weroniki nie wspomniałem nawet słowem.

Dom ją zachwycił meble ręcznie robione, mnóstwo pięknych, haftowanych obrazów w rzeźbionych ramach, lakierowane, jasne pokoje… Kiedy Ania zobaczyła Jadzię, zaczęła się bawić wyciągnęła zabawki, prosiła, by Jadzia do niej dołączyła. Przy tym próbowała dotknąć ją małą rączką, patrzyła ciekawie i nieśmiało się uśmiechała.

Jadzia parę razy, podczas zabawy, przytuliła dziewczynkę i poprawiła jej gęste, piękne włosy.

To co, chcesz, żebym ci fryzurę zrobiła? Będziesz jak księżniczka.

Stanisław obserwował ich zabawy i czuł łzy wzruszenia. Bał się sprowadzenia Jadzi do domu, przecież Ania ciągle pytała o mamę, wyglądała przez okno, a gdy ktoś wchodził, biegła jak burza, mając nadzieję, że wróciła matka.

Próbował wszystko wytłumaczyć Ani, ale była za mała, by rozumieć stratę ona potrzebowała tylko ciepła mamy i nic więcej.

Stanisław wiedział, że nigdy jej przytulenia nie zastąpią matczynej pieszczoty. Wiedział i bał się, czy nie zawiedzie się na Jadzi. Ale gdy zobaczył, jak Ania krzywi się na odejście Jadzi, poczuł spokój w sercu.

Ania chwyciła Jadzię za rękę, zaprowadziła ją do swojego pokoiku, zdjęła narzutę, rękoma jak mała gospodyni zaczęła poprawiać poduszki, z radości wskoczyła na łóżko i skakała pod sufit.

Jadzia przypomniała sobie, jak do nich przyszła jej macocha: jak szemrała o kromce chleba, jak chowała słodycze dla swoich córek, jak biła po rękach za źle wykonaną pracę, jak zawsze musiała nosić po nich podarte sukienki, jak ojca pijanego kładli na podłogę, a ona, z żalu, przykrywała go własnym kocem. Przypomniała sobie też, jak macocha groziła jej, że odprowadzi ją pierwszemu lepszemu, jak zbędny zwierz. Ze ściśniętym gardłem podeszła do Ani.

Przytuliła ją mocno i położyła się obok niej. Ania zasnęła szczęśliwie, mocnym snem. Stanisław nie mógł się nacieszyć, siedzieli razem, pili herbatę, rozmawiali i uśmiechali się do siebie. Nie puścił Jadwigi do domu.

Nie puścił i już!

Bo żona powinna być z mężem, nie tam, gdzie nikt jej nie czeka.

***

Zrozumiałem, że czasem nasz los biegnie własnymi ścieżkami i że, choć życie nie zawsze daje to, czego pragnęliśmy, można odnaleźć w nim nową nadzieję i nowe szczęście wystarczy tylko pozwolić sobie pokochać na nowo.

Rate article
Fajna Tajna
Zamiast siebie