Przepraszamy, odezwał się jeden z policjantów. Ale ta pani twierdzi, że wasz kot przeskoczył na jej balkon, napadł ją, a potem ukradł jej kociaka
Są takie budynki, które nazywamy narożnymi: dwa skrzydła połączone w jedną bryłę, ustawione dokładnie pod kątem prostym. Jeśli po wewnętrznej stronie są balkony, to w samym rogu niemal się stykają. To niemal to jakieś półtora metra.
No więc
Para mężczyzna i kobieta mieszkali na piątym piętrze warszawskiego bloku. Pracowali razem w tej samej firmie i dojeżdżali samochodem do pracy i z powrotem.
Pewnego popołudnia, wracając przez podwórko, zobaczyli, jak bezdomnego kota tego, którego dokarmiali razem z sąsiadami zaatakowały uliczne psy. Mężczyzna je przegonił, ale kot i tak był poraniony. Całe szczęście, nie śmiertelnie. Zabrali go szybko do auta.
W lecznicy weterynaryjnej kotu opatrzono rany, założono szwy, podano kroplówkę z NaCl i witaminami, zastrzyk z antybiotyku. Kazano przynosić mruczka na codzienne kontrole i zastrzyki przez tydzień.
I tak Marian wylądował z nimi w domu.
Pewnie zapytacie: skąd Marian? Bo wyglądał jak prawdziwy mafioso groźny, z blizną przez oko. Ale jak się okazało
Groźny Marian bardzo szybko zmiękł pod wpływem ciepła i troski. Już po kilku dniach leżał na miękkim kocu na kanapie, mruczał, przymykał oczy, a pani głaskała go po futerku.
Zobacz, jaki pieszczoch śmiała się kobieta, drapiąc go po brzuchu.
Marian zadrżał rany jeszcze bolały ale mruczał dalej. Wyraźnie mu się podobało.
W końcu wyzdrowiał, odżył, futro mu lśniło i szybko zaczął przesypiać wieczory na ich kolanach. Zwierzęcy koszmar chłód, głód, strach powoli znikał z pamięci.
Teraz Marian lubił wychodzić na balkon. Siadał na krawędzi i obserwował, co dzieje się na podwórku. Na ulice już go nie ciągnęło stanowczo zbyt dobrze pamiętał cenę tej wolności.
Obce balkony na nic go nie kusiły. Aż do dnia
Kiedy na prawie stykającym się z jego balkonem pojawił się mały, futrzasty kociak zadbany, czyściutki.
Panicz Co on może wiedzieć o życiu syknął Marian z pogardą, odwracając się z dumnie uniesionym ogonem.
Ale następnego dnia usłyszał dziwny płacz. Zainteresowany podszedł bliżej.
Kociak siedział w kącie i cicho szlochał.
Ej, co jest? zapytał Marian. Co płaczesz? Dali ci nie ten whiskas?
Mały zwinął się w kulkę, spojrzał z lękiem na wielkiego kota i zamilkł.
No czemu płaczesz? powtórzył Marian.
Dopiero wtedy kociak popiskiwał, ale nie wychodził z ukrycia.
Ona mnie kapciem… Wiesz, jak to boli? wyszeptał.
Marian nie wiedział, jak to jest dostać kapciem. Teraz był szczęśliwy, rozpieszczany, przebaczano mu wszystko. Ale ból bardzo dobrze pamiętał.
Kapciem? Za co?
Bo rano miauknąłem. Byłem głodny
I co? Marian nie krył zdziwienia.
Uderzyła mnie za to i krzyczała
Marian zamilkł. Mały szary puch kulka drżała w kącie, bała się najmniejszego ruchu.
Jemu samemu stanęły przed oczami własne dziecięce lata na ulicy zimno, głód i strach.
Ona często bije? zapytał cicho.
Prawie zawsze zaszlochał kociak. Za każdy hałas albo figiel. Ona mnie nie lubi
Za to przez telefon opowiada koleżankom, jaki jestem drogi. Że kosztowałem majątek. Ale ja nie wiem, co to drogi
Marian wiedział. Jego pani często mówiła:
Mój kochany.
Ale tu to słowo brzmiało zupełnie inaczej.
Zmarszczył się. Sytuacja była trudna. Żal mu było malucha. Na ulicy wiedziałby co robić, ale teraz
Teraz był domowym kanapowcem. I co tu począć?
Kociaka zawołano do mieszkania. Kuląc się, podkulił ogonek i szybko przebiegł przez drzwi.
Marian stał i patrzył na mokrą plamę w kącie balkonu. Przypomniał sobie, jak sam mały zsikał się kiedyś ze strachu przed dużym psem.
Od tamtej pory spędzał na balkonie większość czasu. Nowy kolega miał szumne imię Złoty. Marian uważał, że lepiej pasowałby Chudzielec.
Chudzielec szybko się do niego przyzwyczaił i każdego dnia przybiegał poskarżyć się na los:
Dziś powiedziała, smarkał nosem że jak dalej będę hałasował, to mnie wyrzuci przez balkon. Ma dość sprzątania po mnie
Marianowi futro stawało dęba, kły same się szczerzyły.
Często słyszał krzyki właścicielki Chudzielca i jej przekleństwa. Czasem
Trząsł się na dźwięk klapka lądującego boleśnie na małym ciałku.
Decyzję podjął dawno. Powstrzymywał go tylko strach.
Wyrzucą mnie, myślał. Za coś takiego na pewno mnie wyrzucą.
Nie chciał wracać do zimna, głodu, samotności. Nie chciał tracić ludzi, którzy go uratowali.
Ale myśl, że ona może kiedyś zabić malucha, nie dawała mu spać.
Wszystko rozegrało się kilka dni później.
Marian siedział na balkonie i nasłuchiwał. Z sąsiedniego mieszkania dochodziły krzyki. Kobieta leżała w łóżku, wrzeszczała na Chudzielca.
Marian widział to przez szybę drzwi balkonowych.
Kobieta nachyliła się, sięgnęła po klapek, zamachnęła się na skulonego kociaka i wrzasnęła:
Uduszę cię, potworze!
Nie pamięta, jak znalazł się na sąsiadującym balkonie. Po prostu przeskoczył ten metr-półtora.
Klapek nie zdążył polecieć. Na łóżku przed kobietą nagle pojawiło się
Nie. Pojawiło się coś.
Stwór z sennego koszmaru.
Wielki kot z bandycką mordą, zmierzony, syczący, prychający przeraźliwie. W jej oczach sypał ogniem z paszczy, a z oczu leciały iskry.
Zerwała się z wrzaskiem, upuściła klapek i poczuła jak nogawkę piżamy oblewa ciepła strużka.
Wydawało jej się, że widzi diabła.
Diabeł pokazał szpony. Zawyła, zasłoniła się rękami i zemdlała ze strachu.
Po dziesięciu minutach rozległ się dzwonek do drzwi właścicieli Mariana. Na wycieraczce stała sąsiadka roztrzęsiona, z rozczochranymi włosami.
Wasz kot mnie napadł! krzyczała. Porysował mnie i ukradł mojego bardzo drogiego kociaka! Wzywam policję!
Proszę pani, spokojnie odparła właścicielka. Nasz kot cały czas jest w domu. W ogóle nie wychodzi. A kociaka pani u nas nie ma.
Twarz sąsiadki wykrzywiła złość. Chciała coś jeszcze powiedzieć, ale wydała tylko syk i trzasnęła drzwiami.
Po kolejnych dziesięciu minutach pojawiła się policja. Za nimi stała sąsiadka, tłumacząc wszystko na raz.
Przepraszamy odezwał się policjant. Ta pani twierdzi, że wasz kot przeskoczył na jej balkon, napadł ją i uprowadził jej kociaka
Słucham? wykrzyknęli zgodnie mąż i żona.
Na ich twarzach malowało się szczere zaskoczenie.
Proszę wejść, zaproponował mężczyzna. Sami zobaczycie, nasz Marian śpi na kanapie. Kociaka u nas nie ma.
Wszyscy weszli do środka. Marian rzeczywiście spał rozciągnięty na tapczanie.
To on! To on! zawyła sąsiadka. On na mnie napadł, podrapał i ukradł mojego Złotego!
Przepraszam, co ukradł? nie rozumieli policjanci. Państwa kot ukradł wasze złote?
No cofaj się! Złoty to kociak! warknęła.
Mundurowi spojrzeli znacząco w stronę balkonu.
Tu będzie z dwa metry, rzucił jeden.
Chce pani powiedzieć, że kot przeskoczył TWO metrów z kociakiem w pysku? dopytywał drugi.
Państwo mi nie wierzycie?! wrzasnęła sąsiadka. Szukała Złotego w szafach i pod łóżkiem, rozrzucała pościel i rzeczy.
Policjanci musieli posadzić ją siłą.
Proszę pani powiedział stanowczo policjant. W tej chwili demoluje pani czyjeś mieszkanie i grozi za to sprawa w sądzie.
Co?! Ja? Kiedy ich kot mnie okaleczył i ukradł mojego kota?!
Apropos, zająknął się drugi. Może pokaże nam pani rany po drapaniu albo ukąszeniach?
Zamyśliła się, zmieszała, potem krzyknęła:
Jeszcze z wami wszystkimi się policzę!
Przepraszam, wtrąciła uprzejmie właścicielka mieszkania. Ale bardzo od pani czuć moczem Czy mogłaby pani podnieść się z mojego krzesła?
Oczy sąsiadki rozszerzyły się. Najpierw poczerwieniała, później zzieleniała, a potem zbladła.
Wybiegła, trzaskając drzwiami.
Chcecie składać zawiadomienie? zapytał policjant.
Nie, odpowiedzieli zgodnie.
Wygląda na to, że nie do końca jest zdrowa stwierdziła kobieta łagodnie.
Przepraszamy za kłopot dodali funkcjonariusze, po czym wyszli.
Mąż i żona spojrzeli na Mariana, który wyciągnął się na kanapie.
No proszę powiedział mąż.
No proszę powtórzyła żona.
Marian popatrzył przepraszająco, po czym wolnym krokiem zszedł z kanapy, podszedł do szafy.
Pazurami podważył drzwiczki, wskoczył na półkę i delikatnie wyciągnął spod ręczników kociaka.
O Boże westchnęli równocześnie.
Opadli na tapczan.
Marian podszedł bliżej i położył drżący szary kłębek przy ich nogach.
I co teraz? zapytała cicho kobieta, biorąc malucha na kolana.
Chudzielec zadrżał jeszcze mocniej.
Nie bój się, maleńki powiedział ciepło mężczyzna.
Nie krzywdzimy kotów dodała kobieta, głaszcząc trzęsące się futerko. A ty, mój kochany zwróciła się do Mariana. Masz szlaban. Tak nie można. Trzeba było wymyślić coś innego
A jak niby inaczej?! zdziwił się mąż. Przecież uratował kociaka przed czarownicą. W nagrodę powinniśmy go nagrodzić!
Właśnie! Nagradzać! potwierdził z uśmiechem mężczyzna. Chodź, Marian, dam ci kurczaka.
Ty tylko na niego popatrz oburzyła się kobieta, jakby szukała zrozumienia u Chudzielca.
Ale maluch niespodziewanie wyciągnął łapki, objął jej dłoń i przytulił się do niej.
Kobieta uśmiechnęła się pojednawczo.
No dobrze Tym razem wybaczam.
Mąż z Marianem poszli do kuchni, a Chudzielec został na jej kolanach, mrucząc cicho. I zrozumiał, że głaskanie może być przyjemne.
I myślał jeszcze o tym, co znaczy kochanie. Bo jakoś w ustach tej dobrej pani brzmiało to słowo zupełnie inaczejWieczorem, kiedy w mieszkaniu zrobiło się cicho, Marian wdrapał się na kanapę do śpiącego Chudzielca. Przysunął się bliżej i liznął go po uchu, a potem razem ułożyli się w kocią kulę pod kocem. Ciepło domu otuliło ich jak nigdy wcześniej.
Za ścianą, w mieszkaniu sąsiadki, panowała głucha cisza ani kocięcego płaczu, ani tupotu klapka po podłodze. I choć Marian nie rozumiał wszystkiego, wiedział jedno: czasem trzeba zrobić coś strasznego, żeby powstało miejsce na coś dobrego.
Chudzielec drzemał spokojnie, mrucząc z wdzięczności. Z każdą chwilą jego serduszko biło pewniej i cieplej. Wreszcie znał odpowiedź na pytanie, które długo go dręczyło.
Kochanie, pomyślał, przytulając łebek do wielkiego kota, to wtedy, gdy nikt nie pozwala, żebyś się bał.
Za oknem przemknął cień na balkonie, jakby sam księżyc zerkał z zaciekawieniem na ten niezwykły duet. W środku nocy Marian otworzył jedno oko, spojrzał na spokojnie śpiącą rodzinę i z zadowoleniem westchnął, wiedząc, że dla takich chwil warto było być nawet największym diabłem na osiedlu.
I odtąd już żadne kocię nie płakało po sąsiedzku.



