— Proszę nam wybaczyć — zaczął jeden z funkcjonariuszy. — Ta pani twierdzi, że wasz kot przeskoczył na jej balkon, zaatakował ją, a następnie ukradł jej kociaka…

Przepraszamy bardzo zaczął jeden z policjantów. Ale ta pani twierdzi, że wasz kot przeskoczył na jej balkon, zaatakował ją, a potem ukradł jej kociaka

Wiecie, są takie kamienice, które nazywa się narożnymi. Dwa skrzydła połączone w jedno, stojące pod kątem prostym równo dziewięćdziesiąt stopni. I jeśli od podwórza są balkony, to te w samym rogu niemal się stykają. To niemal to maksimum półtora metra.

No więc

Pewnego dnia para pan Tomasz i pani Zofia, mieszkający na piątym piętrze, wracają do domu po pracy. Jedno i drugie zatrudnieni w tej samej firmie, dojeżdżają autem.

Przechodząc przez dziedziniec, zauważają, jak bezpański pies rzuca się na bezdomnego kota, dokarmianego przez lokatorów i przez nich także.

Pan Tomasz odgonił psy, ale kot porządnie oberwał. Na szczęście nie śmiertelnie. Zabrali go do samochodu.

W lecznicy weterynaryjnej oczyszczono rany, założono szwy, kroplówkę z płynem fizjologicznym i witaminami, dali zastrzyk z antybiotykiem i nakazali przychodzić codziennie przez tydzień.

Tak właśnie Ganek trafił do ich domu.

Dlaczego Ganek? spytacie. Od gangstera. Wyglądał groźnie. Ale, jak się okazało

Groźny Ganek zadziwiająco szybko przyzwyczaił się do troski i ciepła. Po dwóch dniach leżał już na miękkiej poduszce na kanapie i mruczał, przewracając oczami, gdy Zofia głaskała go po brzuszku.

Zobacz, jaki pieszczoch śmiała się Zofia, drapiąc go pod szyją.

Ganek skrzywiał się rany wciąż bolały ale nie przestawał mruczeć. Bardzo mu to odpowiadało.

Odzyskał siły, obmył się, odżywił, sierść zrobiła się błyszcząca, i już po chwili leżał na ich kolanach, syty i zrelaksowany.

Poprzednie życie zimno, głód, strach i walki powoli odchodziło w niepamięć, jak zły sen.

Teraz wystarczyło mu wyjść na balkon, rozsiąść się na poręczy i obserwować wszystko, co działo się na podwórku. Na ulicę już go nie ciągnęło. Dobrze wiedział, jaką cenę niesie ze sobą ta wolność.

Balkony sąsiadów nie wzbudzały jego zainteresowania, póki

Nie pojawił się tam, na niemal stykającym się balkonie sąsiedniego wejścia, malutki kociak. Czyściutki, puszysty typowy domowy pieszczoch.

Rasowy panicz Skąd ma wiedzieć, co i jak? pomyślał Ganek, prychnął pogardliwie i odwrócił się demonstracyjnie.

Ale już następnego dnia usłyszał dziwny dźwięk. Nasłuchiwał dźwięk płynął właśnie stamtąd, z drugiego balkonu.

Ganek podszedł bliżej.

Kociak skulił się w kąciku i cicho płakał.

Hej! zawołał Ganek. Czemu płaczesz? Dali nie ten pasztet, co zwykle?

Maluch wzdrygnął się i jeszcze mocniej wtulił w ścianę, milknąc ze strachu na widok dużego, groźnego kota.

Czemu płaczesz?! powtórzył Ganek.

I wtedy kociak, nie wychylając się z ukrycia, wyszeptał:

Ona mnie kapciem A wiesz, jak to boli?

Ganek nigdy nie zaznał kapcia. Jego teraz kochano i rozpieszczano, wszystko wybaczano. Ale ból pamiętał aż za dobrze.

Kapciem? zdziwił się. Za co?

Miauknąłem rano. Byłem głodny

No i? Ganek nie rozumiał.

Za to mnie zdzieliła. I krzyczała

Ganek zamilkł. Szary kłębuszek drżał w kącie, bojąc się nawet pisnąć.

Przypomniał sobie swoje bezdomne życie zimne, głodne, przesiąknięte strachem.

Często tak robi? spytał cicho.

Prawie zawsze, szepnął kociak przez łzy. Za każdy szelest czy zabawę. Ona mnie nie kocha

Za to do koleżanek przez telefon się chwali, że jestem drogi, że sporo kosztowałem. A ja nie wiem, co znaczy drogi

Ganek wiedział. Jego pani często mówiła: Jesteś mój drogi.

Tu jednak to słowo brzmiało inaczej.

Zmarszczył się. Sytuacja wydawała się dziwna. Było mu żal malucha. Na ulicy wiedziałby, co robić. Teraz

Teraz miał kochający dom. I co niby powinien uczynić?

Kociaka zawołano z mieszkania. Skulił się jeszcze bardziej, spod łap kapała mu ze strachu kropelka, wskoczył do otwartych drzwi.

Ganek patrzył na mokrą plamę na balkonie. Przypomniał sobie, jak sam, będąc małym, zsikał się ze strachu przed wielkim psem

Od tego czasu prawie nie schodził z balkonu. Jego nowy znajomy miał imię, które brzmiało nawet szlachetnie Złoty.

Zdaniem Ganka, lepiej pasowałoby mu imię Szczygiełek.

Szczygiełek szybko się do niego przyzwyczaił, a teraz pędził na balkon się wyżalić:

Dzisiaj powiedziała, pochlipywał, że jak nie przestanę hałasować, to wyrzuci mnie z balkonu. Ma dość sprzątania

Gankowi aż sierść stawała dęba i kły się wyostrzały.

Często słyszał krzyki właścicielki Szczygiełka i jej przekleństwa, czasami

Czasami wzdrygał się przy dźwięku klapnięcia kapcia o małe ciało.

Decyzję podjął już dawno, ale trzymał go strach.

Wyrzucą myślał. Za coś takiego na pewno wyrzucą.

Nie chciał wracać do zimna, głodu i samotności. Nie chciał stracić ukochanych ludzi, którzy go uratowali.

Ale świadomość, że ona może zabić to kociątko, nie dawała mu spokoju.

Wszystko wydarzyło się dwa dni później.

Ganek siedział na balkonie i nasłuchiwał. Z mieszkania sąsiadki dochodziły wrzaski. Kobieta znowu krzyczała na Szczygiełka.

Ganek wszystko widział w odbiciu w szybie drzwi balkonowych.

Ona pochyliła się, uniosła kapeć, zamachnęła się na trzęsącego się ze strachu kociaka i wrzasnęła:

Uduszę cię, mały pasożycie!

Nie wie nawet, jak znalazł się na drugim balkonie. Po prostu przeskoczył te półtora metra.

Kobieta nie zdążyła rzucić kapcia. Na łóżku tuż przed nią pojawił się

Nie. Pojawiło się.

Stworzenie niczym z koszmarów.

Wielki kot z bandycką mordą, najeżony, syczący, wrzeszczący. W jej oczach z pyska buchał ogień, z oczu sypały się iskry.

Tak jej się zdało.

Krzyknęła, wypuściła kapeć, a po stopach w piżamie pociekło jej coś ciepłego

Wydawało jej się, że zobaczyła samego diabła.

Diabeł uniósł łapę z pazurami. Zaczęła wrzeszczeć, zasłoniła twarz rękami i zemdlała.

Po dziesięciu minutach ktoś zapukał do drzwi Tomasza i Zofii. Na progu stała roztargana sąsiadka z szalonym wzrokiem.

Wasz kot mnie napadł! wrzeszczała. Podrapał mnie i porwał mojego bardzo drogiego kociaka! Wzywam policję!

Proszę pani, spokojnie odpowiedziała Zofia. Nasz kot jest cały czas w domu. Nigdzie nie wychodzi. I nie mamy pańskiego kociaka.

Twarz sąsiadki wykrzywiła się złością. Zamierzała coś jeszcze dodać, ale zamiast słów wyszło tylko ostre syczenie. Odwróciła się na pięcie i trzaskając drzwiami, odeszła.

Po kolejnych dziesięciu minutach przyjechała policja. Za policjantami szła ta sama sąsiadka, plącząc się w tłumaczeniach.

Przepraszam, zaczął jeden z policjantów. Ale ta pani twierdzi, że wasz kot przeskoczył do niej na balkon, zaatakował ją i porwał jej kociaka

Słuchamy? zawołali równocześnie Tomasz i Zofia.

Ich zdziwienie było szczere.

Proszę wejść, spokojnie zaprosił Tomasz. Możecie sprawdzić: nasz kot leży na kanapie i śpi. Kociaka nie mamy.

Cała ekipa weszła do środka. Ganek rzeczywiście spokojnie spał na kanapie.

To on! To on! wrzeszczała sąsiadka. On mnie podrapał i porwał mojego Złotego!

Przepraszamy, co dokładnie ukradł? nie rozumieli policjanci. Ich kot ukradł wam złote?

Czy wy jesteście przytomni?! wybuchła. Mojego kociaka tak nazwałam Złoty!

Policjanci wymienili się spojrzeniami i wyszli na balkon.

Prawie dwa metry zauważył jeden.

Czy naprawdę twierdzi pani, że kot przeskoczył taki dystans z kociakiem w pysku? dopytywał drugi.

Nie wierzycie mi?! zaczęła wrzeszczeć sąsiadka. Po całym mieszkaniu biegała, krzycząc: Złoty! Złoty! Złoty!

Przewracała szafki, wyciągała szuflady, zrzucała pościel z łóżka i wytrząsała ubrania na podłogę.

Policjanci musieli ją posadzić na krześle siłą.

Proszę pani, powiedział surowo jeden z nich, łamie pani prawo. Za taki bałagan gospodarze mogą złożyć zawiadomienie do sądu.

Co?! Na mnie?! Po tym jak ich kot mnie okaleczył i porwał mojego kota?!

Tak na marginesie, dodał drugi policjant, marszcząc czoło. Proszę pokazać, gdzie panią podrapał albo ugryzł.

Sąsiadka zamilkła, zgłupiała i nagle wykrzyknęła:

Jeszcze was dopadnę! Wszystkich!

Przepraszam, grzecznie wtrąciła się Zofia. Ale dość mocno czuć od pani moczem Czy może pani wstać z mojego krzesła?

Oczy sąsiadki zrobiły się wielkie. Zarumieniła się, zzieleniała, następnie zbladła.

Wybiegła, trzaskając drzwiami.

Zamierzacie złożyć zawiadomienie? spytał jeden z policjantów.

Nie, odpowiedzieli oboje chórem.

Wygląda, jakby była niezrównoważona szepnęła Zofia.

Przepraszamy za kłopot, pożegnali się policjanci i wyszli.

Tomasz i Zofia spojrzeli na Ganka, śpiącego na kanapie, który nagle się obudził.

A więc zaczął Tomasz.

A więc powtórzyła Zofia.

Ganek spojrzał na nich winny, zsunął się z kanapy, podszedł pod szafę, zręcznie otworzył łapką drzwiczki, wskoczył na półkę i ostrożnie wyciągnął spod stosu ręczników kociaka.

Boże westchnęli razem.

Usiedli na kanapie.

Ganek podszedł powoli i położył obok trzęsący się szary kłębek.

I co teraz? zapytała Zofia, biorąc malucha i kładąc go na kolanach.

Szczygiełek drgnął i jeszcze mocniej się skulił.

Nie bój się, maluszku, powiedział Tomasz łagodnie.

My kotów nie krzywdzimy, dodała Zofia, głaszcząc drżące futerko. A ty, mój drogi ty jesteś ukarany zwróciła się do Ganka bo tak nie można. Po prostu nie.

Jak niby powinien był postąpić? zdziwił się Tomasz. Wydostał malucha z rąk czarownicy! Za co go karać?

Właściwie, nie mamy żadnego kociaka. Słyszałaś przecież, co powiedzieli policjanci.

Jak to zwykle bywa, westchnęła Zofia do Szczygiełka, męska solidarność. Może jeszcze chcesz mu dać medal?

Oczywiście! Medal i kawałek kurczaka uśmiechnął się Tomasz. Chodź, Ganek, coś ci dam.

Zobacz, jaki cwaniak! oburzyła się Zofia, zerkając na Szczygiełka.

Ale kociaczek wtulił się nieoczekiwanie w jej ciepłą dłoń i zaczął cicho mruczeć.

Zofia uśmiechnęła się i powiedziała pojednawczo:

Dobrze, wybaczam Tym razem.

Tomasz z Gankiem poszli do kuchni, Szczygiełek został na kolanach Zofii i cichutko mruczał. Teraz już wiedział, że głaskanie jest przyjemne.

Zastanawiał się jeszcze tylko, dlaczego słowo drogi, wypowiedziane przez tę dobrą kobietę, tak bardzo różni się od tego, co znał przedtemWieczorem, kiedy zapadła cisza, Ganek wskoczył na parapet przy otwartym oknie i spojrzał na rozświetlone miasto. Obok niego, na chwilę niepewnie, a potem z odwagą wtuloną w świeżo zdobytą miłość, usiadł Szczygiełek.

Widzisz? zamruczał Ganek. Już nigdy nie będzie ci zimno.

Szczygiełek zamyślił się przez moment, wsłuchując się w spokojny rytm serc swojej nowej rodziny, światełko lampki tańczyło w jego źrenicach.

A jak się kocha? spytał cicho, z nutą nadziei i niedowierzania.

Ganek westchnął miękko, odwrócił się i, jakby śniący, przytulił malca łapą.

Po prostu się jest. I mruczy. I drapie za uchem. I już nikogo się nie boi. Wspólnie z Szczygiełkiem spojrzeli na balkon obok, pusty i cichy. Lampka już dawno zgasła.

Za ich plecami Zofia rozłożyła na kanapie gruby, ciepły koc. Tomasz przyniósł dwie miseczki podgrzanego mleka. Ganek, nie spuszczając z oka Szczygiełka, podszedł do miski, łapą przesunął ją w stronę nowego towarzysza.

Najpierw mały miauknął poważnie.

I wtedy Zofia ujęła Szczygiełka i przytuliła, mówiąc najprostszą i najprawdziwszą rzecz na świecie:

Teraz już jesteście naszymi kotami. Dwoma najdroższymi.

W domu rozległo się ciche, radosne mruczenie najczystsza ze wszystkich melodii.

Od tej nocy na balkonie kamienicy w rogu, pośród ciepła domu i ludzkich dłoni, Ganek i Szczygiełek wspólnie obserwowali świat. Już nie bali się niczego, bo bali się kiedyś samotności. Teraz byli razem. A to, jak wiedział każdy kot i każdy człowiek, zawsze wystarczy, by każda historia zakończyła się szczęśliwie.

Rate article
Fajna Tajna
— Proszę nam wybaczyć — zaczął jeden z funkcjonariuszy. — Ta pani twierdzi, że wasz kot przeskoczył na jej balkon, zaatakował ją, a następnie ukradł jej kociaka…