Emerytka Celina, jak wszyscy ją nazywali Celina Kazimierzówna, z trudem przewróciła się na bok i westchnęła ciężko. Stawy bolały, nogi były spuchnięte, chodzenie sprawiało jej coraz większy kłopot. Miała już dość szpitali, dość leków.
Żyła sama, nigdy nie była mężatką, a syn pojawił się dawno temu, z pierwszej, niespełnionej miłości. Wtedy rozległ się dzwonek do drzwi. Z trudem doszła do przedpokoju i otworzyła.
Na progu stali syn Paweł i synowa Bożena. Przy nich czteroletni wnuczek Stasiek, który mocno trzymał w rączce samochodzik. I ogromny pies.
Mamo, musimy zaraz jechać. Zostają u ciebie Staszek i Pyzulek. Podjedziemy po nich za jakieś pięć dni. Wszystko będzie dobrze powiedział szybkim tonem Paweł.
Ale… Przecież jestem chora, ledwie chodzę, ja… szepnęła Celina, opierając się o framugę.
Nie mieliśmy innego wyjścia. Nie mogliśmy ciągnąć dziecka i psa osiem godzin przez pół Polski. Moja mama… już jej nie ma powiedziała Bożena i rozpadła się na łzy.
Mały też zapłakał, pies zaskomlał cicho. Celina zrozumiała: Muszę coś zrobić!.
Choroba dopadła ją pół roku temu. Dopiero co skończyła sześćdziesiątkę. A tu, gdzie nie spojrzeć, starsi z laskami. Zdrowie nagle zawodzi człowieka.
Celina wiedziała już, że teściowa Pawła, pani Halina, była poważnie chora. Teść, pan Stanisław, dawno odszedł. A teraz jeszcze mama Bożeny… Odeszła nagle, tak młodo, młodsza od niej.
Syn i Bożena już wyjechali. Teraz Celina, czując ból w ramieniu i nogach, patrzyła na dwoje pod swoją opieką: wnuka i psa.
Stasiek przytulał się do potężnego czworonoga, który wylizywał mu policzek z oddaniem.
Stasiu… Ten pies nie gryzie? Czemu taki wielki? Mogliście wziąć pudla! Kto to w ogóle jest? wydusiła Celina.
Babciu, to buldog angielski. Jest bardzo dobry. Nazywa się Pyzulek! Jest kochany chłopiec głaskał dalej psa.
Trzeba z nim wychodzić, prawda? przeraziła się Celina, łapiąc się za serce.
Nie miała żadnego doświadczenia z psami. Odkąd ostatni kot odszedł, nie trzymała w domu żadnego zwierzęcia.
Serce rosło jej z żalu za teściową, która tak szybko odeszła. A ona sama, ze swoimi bólami i bezsilnością, musiała upilnować ciekawskiego malca i ogromnego psa.
Musisz go karmić. On lubi mięsko. I kaszę. No i wszystko inne, babciu. Chodźmy już na spacer, czas najwyższy! zarządził poważnie Stasiek, zakładając kalosze.
Celina nie pamiętała nawet, w czym wyszła na dwór. Stasiek wcisnął jej smycz psa, sam ujął ją za rękę. I tak ruszyli.
Na ulicy nie była chyba tydzień, tak kiepsko się czuła. Ale teraz szła. Mimo bólu, z łzami w oczach. Co robić, Panie Boże? Prosiła w myślach, by dodał jej sił. Nikt im nie pomoże tylko ona. Wnuk i ten pies…
Pyzulek szedł grzecznie. Ani razu nie pociągnął smyczy, nie reagował na inne szczekające psy.
Celina nawet zaczęła go podziwiać i wyprostowała się z dumą, gdy przechodziły obok sąsiadek na ławce, które już obgadywały sensację.
To masz gości, Celina? Przecież mówiłaś, że ledwo chodzisz! Jak ty sobie dajesz radę z wnukiem i takim potworem? Do choroby prędko doprowadzisz! Chłopcze, czemuś do babci przyjechał? Ona ledwo żywa! Jeszcze psa przywieźli! Stanowczo twoi rodzice są bez serca!
Oddali chorej wnuka i psa, a sami pewnie gwiazdorzą! zawyrokowała sąsiadka Zofia z piątego piętra.
Poczuła, jak dłoń wnuka drży, a i sam buldog spojrzał z wyrzutem.
Cicho tam, plotkary! Zazdrościcie, bo wam wnuków nie przywożą! Sama poprosiłam, by Stasia mi zostawili. Zresztą, ja nie chora, zresztą pies to rodowodowy, mistrz wystaw! odparowała Celina i ruszyła przed siebie szybciej, zapominając o słabych nogach.
Nie słuchaj tego, Stasiu! Babcia się zawsze z tobą cieszy! przytuliła wnuka w windzie.
Babciu… A nie polecisz do nieba, jak babcia Hania? Mama i tata mi mówili, że ona tam będzie mieszkać. I dziadzio tam. Zostałaś mi tylko ty… Nie polecisz, babciu? Nie zostawiaj mnie, proszę, kocham cię! Stasiek przytulił się do jej kolan i się rozpłakał.
Co ty, wnuczku! Nie płacz! Będziesz jeszcze miał mnie po dziurki w nosie! Nigdzie nie lecę! Do szkoły cię zaprowadzę, na studia, z woja też poczekam. Zawsze będę z tobą, Stasiu! tuliła go serdecznie Celina.
Mimo niemożliwości przygotowała kolację, poszła jakoś do sklepu, a wieczorem znowu była z Pyzulkiem na spacerze. Pies dalej grzecznie szedł przy nodze.
Gdy wnuk i pies zasnęli, poszła zażyć leki. Ciało bolało jakby całe popołudnie kopała dół pod oknem. Ale Celina wiedziała nie ma na kogo liczyć. Ciągle słyszała te słowa Stasia, jego płacz i strach, że może stracić i ją.
Panie Boże, pomóż! Niech chociaż trochę ustąpi. Nie dla mnie, dla wnuczka błagam szepnęła Celina.
Nazajutrz razem bawili się samochodzikami. Niespodziewanie Celina zorientowała się, że znowu pełza po podłodze z małym, choć dawno tego nie robiła. Razem gotowali kaszę. Kąpali nawet Pyzulka, brudnego z wiosennych kałuż.
Zaskoczona tym wszystkim, zaczęła nawet obcałowywać psa.
I czemu myślałam, że jest straszny? Przecież to cudowny zwierzak! śmiała się, wycierając Pyzulka.
Stasiu, a czemu takie imię? zapytała.
Chłopiec zaśmiał się:
Bo on kocha pyzy! Ale tak naprawdę ma wymyślne imię na P, ale Pyzulek pasuje mu lepiej! uśmiechnął się malec.
Dni leciały nie wiadomo kiedy! Były czytane bajki, a nawet nauczył ją Stasiek bajki oglądać na tablecie.
Poznali litery, chłopczyk układał nawet słowa. Pyzulek spał w fotelu albo wypraszał kawałek sera czy loda.
Mamo! Jak się trzymasz? Przepraszamy, nie mieliśmy wyboru. Musimy zostać jeszcze parę dni! Nie wyobrażam sobie jak sobie radzisz z chorymi nogami, wnukiem i psem… niepokoił się w telefonie syn.
Doskonale sobie radzę! Nie mów bzdur! W końcu jestem babcią! Zostańcie, ile trzeba. Wspieraj Bożenę, jej teraz ciężko bez mamy. A zdrowie… co zrobić, lata lecą, ale z każdą trudnością można sobie poradzić! odparła optymistycznie.
Gdy Paweł i Bożena dojeżdżali pod blok w Warszawie, oczami wyobraźni widzieli zmartwioną, kulejącą Celinę, Stasia, psa. Jak oni tam w ogóle przeżyli te dni?
Paweł! To nie twoja mama? zdziwiła się Bożena.
Nie do wiary! szepnął Paweł.
Po podwórku biegła Celina, pchając piłkę. Jakby nagle młodniała. Za nią Stasiek i Pyzulek.
Kiedy przyszła pora rozstania, wnuk uczepił się jej i zaczął płakać.
Stasiu! Babcia przyjedzie do ciebie za dwa tygodnie! Pójdziemy na lody, na karuzelę, poczekaj na mnie! podniosła go, choć jeszcze niedawno nie potrafiła nawet podnieść czajnika.
Mamo, on jest ciężki! zdziwił się Paweł.
Daj spokój! Czekaj, Stasiu! Wszystko będzie dobrze! Pa, Pyzulek! Babcia niedługo znowu cię odwiedzi! śmiała się Celina.
To moja sąsiadka. Wszystko mi opowiedziała. Naprawdę ledwo chodziła, chorowała bardzo poważnie. A potem nagle zaczęła się ruszać. Wszyscy do dziś się dziwią!
Stasiu i ten pies mnie wyleczyli. Trochę mnie jeszcze pobolewa, ale to nic. Leżeć nie wolno, bo potem już się nie podniesiesz! Nie można się żalić, bo już w ogóle będzie źle. Szpitale i leki cudu nie sprawią, a miłość potrafi. Zastanowiłam się, co zrobią pies i dziecko beze mnie? I wstałam! Bo jestem im potrzebna!
Mam dla kogo żyć! Więc choćby było źle wstańcie! Idźcie! Dla wnuczków, które ufnie trzymają was za rękę. To najpiękniejsze, co może być!
Dla swoich dzieci, mężów. Dla swoich psów i kotów one też was potrzebują!
Pomódlcie się, nabierzcie odwagi. Nie ma takiej rzeczy, której człowiek nie zdoła zrobić. W sytuacji kryzysowej organizm wyzwala siły!
Cieszcie się każdym dniem, doceniajcie życie! tak wszystkim doradza Celina.
Przyjaciele, jeśli lubicie takie historie, zostawcie komentarz i polubcie to daje nam siłę, by opisywać kolejne losy zwykłych ludzi!



