NIEZWYKŁY KIEŁBASIANy KOT
Wiesz co? Muszę Ci opowiedzieć coś, co mnie ostatnio rozczuliło. Wpadłem w swoim sklepie spożywczym na najbardziej zadziornego kota w Warszawie. Słuchaj, taki rozbójnik, że aż nie sposób go nie zauważyć, bo co rusz kradnie kiełbaskę i robi to w tak uroczy sposób, że człowiek zamiast się denerwować, to czeka na to przedstawienie.
Wyobraź sobie, że już rano nie mogłem się doczekać, aż zacznie się akcja Kiełbasa. Schowany za dużą lodówką, nagrywałem to wszystko telefonem, żeby potem wieczorem z Kasią, moją żoną, się pośmiać przy herbacie.
Ten kot nadałem mu imię Gucio miał swój specjalny rytuał. Najpierw siadał przed otwartymi drzwiami sklepu, udając, że tak tylko sobie odpoczywa, zupełnie przypadkiem. Zerkał na boki, czy aby nikogo nie ma, a ja już wiedziałem, że zaraz się zacznie. Gucio ostrożnie przekraczał próg, podbiegał do półki, gdzie zostawiałem kiełbaski, nagle hyc! łapał parówkę czy serdelka i znikach za rogiem. Śmiałem się w duchu, bo łakomstwo sprawiało, że nawet nie uciekał za daleko ze dwa, trzy metry od sklepu i już sobie ucztował.
Podchodziłem wtedy ostrożnie i z daleka wołałem do niego:
I jak, smakuje?
A Gucio podnosił łeb i odpowiadał mi w swoim kocim: miał!
No, mówiłem mu wtedy:
I bardzo dobrze. Zapraszam jutro!
Pewnie się zastanawiasz, czemu ja tak te kiełbaski na widoku trzymam, w dodatku poza lodówką? Ot, cała filozofia bo ja mam po prostu miękkie serce. Ten kot przybłąkał się do sklepu taki chudy, taka bida z nędzą, ale za nic nie chciał podejść do człowieka, ani już tym bardziej wziąć jedzenia jak dawałem z ręki. No to wymyśliłem sobie taki teatrzyk: parówki kładłem najpierw przy samym wejściu, żeby Gucio miał poczucie, że sam zdobył ukradł, odpracował, zasłużył.
I wiesz, to działało. Z czasem przesuwałem te kiełbaski coraz głębiej do środka, aż w końcu zrobiłem specjalną stołówkę na najniższej półce, tuż przy samej podłodze. Gucio mógł wracać codziennie, kras kiełbaski, ale przecież wiadomo, że w tym wszystkim chodziło o samą radość z polowania. Ukradzione zawsze smakuje najlepiej, nie?
Potem dołożyłem mu przy sklepie miseczkę z wodą, dużą miskę z porządną karmą i plastikowy pojemnik z piachem. A nawet postawiłem małą budę z kocykiem pełen luksus, nie? Gucio był ciągle nieufny, ale, co śmieszne, lubił sobie czasem pogadać. Kiedy wychodziłem z kolejną parówką i mówiłem coś do niego, przerywał jedzenie, zerkał, coś tam pomruczał w odpowiedzi.
Ale, słuchaj najciekawsze było kilka tygodni temu. Bo Gucio wyraźnie już przytył, futro miał błyszczące, zupełnie przestał wyglądać jak nędzarz. I mimo to, dalej kradł parówki dwa-trzy razy dziennie i zawsze zanosił je gdzieś za róg.
Myślę sobie o co tu chodzi? Kupiłem małą kamerkę, żeby zobaczyć, co knuje. No i raz… nagle, z piwnicznego okienka w sąsiedniej kamienicy wyskakuje mały rudy kotek! Dosłownie rzuca się na tę parówkę i pochłania ją z prędkością światła.
Nie uwierzysz, jak Kasię ścisnęło za serce. Mężu, jutro masz mi przynieść TE koty do domu, rozumiesz?! Krzyczała, łzy jej ciekły po policzkach, ale niestety łatwiej było złapać Gucia, bo już czasem nocował w sklepie, niż tego malucha. Jak tylko ktokolwiek próbował się do niego zbliżyć, to czmychał jak piorun.
Z kolei z kamerki widziałem dzień w dzień, jak ten rudy maluch korzysta z miski z wodą, czasem przysypia w budce, którą mu przygotowałem ale zawsze, gdy ktoś tylko się zbliżał, uciekał na złamanie karku.
I teraz najlepsze! Wpadłem do sklepu przez zaplecze, bo usłyszałem jakiś nietypowy pisk. Patrzę na progu siedzi ten rudasek i wyje na cały sklep.
Co ci się stało, maluchu? pytam zmartwiony.
A kotek podchodzi, patrzy prosto w oczy i prowadzi mnie za róg budynku. Leżał tam Gucio ugryzienie od psa w tylną łapę. Udało mu się uciec, ale rana była głęboka.
Ten rudusek tuli się do Gucia i znowu płacze. Co miałem zrobić? Narzuciłem na siebie kurtkę, delikatnie wsadziłem Gucia do środka, a rudego do kieszeni marynarki i do samochodu. Sklep zamknąłem na szybko i jazda do weterynarza.
Pięć godzin spędziliśmy w poczekalni, zanim doktor wszystko opatrzył i zszył ranę Gucia. W tym czasie rudy, który w końcu dostał ode mnie imię Iskierka, przełamał pierwsze lody okazał się nie tylko wesołym rozrabiaką, ale i gadułą.
Po robocie zapakowałem oba koty i przywiozłem do domu. Kasia prawie od razu zaczęła dzwonić po przyjaciółkach bo wiadomo, jak kobieta szczęśliwa, to musi się podzielić radością i połowy wieczoru nie ma, tylko plotki.
A ja, Gucio i Iskierka spaliśmy na łóżku. Kasia wchodzi do pokoju, patrzy i wzdycha: I dla mnie już miejsca zabrakło?. Na szczęście Iskierka się przesunął, przykleił się do niej i zaczął ugniatać małymi łapkami.
Tak właśnie dwa koty znalazły nowy dom. Po kilku tygodniach zrobiły się prawie arystokratami puszyste, leniwe i wcale nie przypominają tych dawnych obdartusów. Bywa, że Gucio z sentymentu liże Iskierkę po głowie, a tamten wcale nie protestuje.
Wiesz co, to jeszcze nie koniec. Od niedawna, naprzeciwko tuż przy sklepie z butami rozgościła się mała szara kociczka. Sprzedawczyni z tamtego sklepu regularnie wpada do mojego, żeby jej kupić coś smacznego.
Może ona też trafi w końcu na swoje miejsce? Może kiedyś nadejdą takie czasy, że każdy kot będzie miał dom, a żeby dostać kota trzeba będzie stanąć w kolejce i mieć zaświadczenie po specjalnym kursie? Co o tym sądzisz? Tak sobie czasem myślę, że fajnie by było, gdyby każde stworzenie miało swój ciepły kąt.


