Na wojskowej katedrze wykładała pewna pani doktor.

Na wojskowej katedrze wykładała pewna pani doktor, Pani dr Elżbieta Zielińska. Całe życie przepracowała na oddziale dziecięcym w jednym ze szpitali w Poznaniu. I opowiedziała kiedyś rzecz, która rozbawiła całe towarzystwo. Jej dzieci przechodziły wszystkie możliwe choroby zakaźne no po prostu komplet, od ospy po świnkę, chociaż matka była lekarką! Wiecznie zarażały się jakimiś wirusami tak, że sama już miała tego serdecznie dosyć. A były to dzieciaki żywe i radosne, niczego im nie brakowało (może poza zdrowiem od czasu do czasu).

Oczywiście pani doktor pilnowała higieny. Po powrocie do domu najpierw prysznic, zmiana ubrań, ręce umyte dwa razy. No przecież lekarz! Mimo to jej pociechy łapały właśnie te choroby, które leczyła w szpitalu. Jak tylko trafił się wyjątkowo trudny przypadek bach, dzieci od razu podłapywały tę samą infekcję. Próbowała już wszystkiego: witaminy, hartowanie, nawet czosnek pod poduszkę, ale nic nie działało. W końcu biedna mama była na granicy rozpaczy.

Pewnego dnia, wykończona po ciężkiej zmianie i wyjątkowo trudnym przypadku, bała się wracać do domu. Przez pół drogi była przekonana, że już widzi oczami wyobraźni przeziębione potomstwo. Żeby nie kusić losu poszła do kina na film o pewnym śmiałku, co to ganiał po świecie z kapeluszem, czyli polska wersja Indiany Jonesa. Po seansie, z lekkim poczuciem winy i niepokojem, wróciła do domu. Ku jej niedowierzaniu dzieci żywe, zdrowe, a po infekcji ani śladu.

Zainspirowana tym sukcesem, przy kolejnej okazji poszła do przyjaciółki. Pogadały, pośmiały się, popiły herbatę, zjadły domowe ciasteczka (jak u mamy!) i znowu, jej dzieci ani kaszlnęły.

Od tamtej pory pani Elżbieta, chociaż była naprawdę zmęczona, nie wracała od razu po pracy do domu, mimo że czekał ją tam cały sztab domowych obowiązków. Zamiast tego szła przez park Kościuszki, gdzie rozkwitały bratki i szemrał sobie nieśmiało fontannowy strumyczek. Spacerowała, siadała na ławce, patrzyła w niebo, czasami nawet karmiła gołębie. Dopiero potem wracała do rodzinnego gniazda i proszę bardzo dzieci zdrowe jak rydze.

W końcu wyciągnęła jeden najważniejszy wniosek: nie chodzi tylko o bakterie. Chodzi o to, z czym wraca się do domu czasem nie widzimy, jak ciapniemy na bliskich cały ten emocjonalny szlam, który przynosimy z pracy. Dzieci są niezwykle czujne na złe nastroje nawet jeśli się nie powie ani słowa.

Dlatego, mówiła, po ciężkim dniu nie warto od razu lecieć do domu na spowiedź z problemami. Lepiej zmienić otoczenie, rozładować napięcie puścić sobie polski kabaret, przejść się po parku, popatrzeć na fontanny albo wpaść na herbatę do przyjaciółki. Dopiero potem wracać do tych, na których najbardziej nam zależy. Naukowcy jeszcze badają, jak to działa ale pani doktor przysięga, że działa jak złoto. najpierw kwiaty, film i herbatka, potem obowiązki domowe!

Rate article
Fajna Tajna
Na wojskowej katedrze wykładała pewna pani doktor.