Cud w parku złotej jesieni: Ten tajemniczy chłopak zrobił coś, przed czym bezradnie rozłożyli ręce najlepsi lekarze świata!
Są takie momenty w życiu, kiedy człowiek myśli, że już gorzej być nie może. I wtedy pojawia się iskierka taka, której zupełnie się nie spodziewasz. Ta historia właśnie taka jest z przymrużeniem oka udowadnia, że cuda zdarzają się, nawet jeśli jesteś przekonany, że to brednie jak z bajki.
**Park Saski w blasku liści i cień smutku**
Wiktor powoli pchał wózek inwalidzki po alejkach Parku Saskiego w Warszawie, które zalały morza złocistych liści. Na wózku siedziała jego maleńka córka, Jagoda. Nóżki, od dwóch lat martwe po okropnym wypadku, szczelnie otulił kolorowym kocem z Biedronki. Wiktor wyglądał, jakby siły mu się skończyły najlepsze kliniki w Berlinie, Londynie, Paryżu i Chicago rozkładały ręce i mądrze powtarzały: Panie Wiktorze, należy się pogodzić, nie ma szans.
**Spotkanie, które przewróciło świat do góry nogami**
Na ich drodze nagle stanął jakiś chłopak chudy, w taniej kurtce, z drewnianą fujarką w dłoni. Po prostu sobie stał, jakby właśnie szukał w tramwaju drobnych do biletu. Wiktor, już i tak na skraju cierpliwości, zmarszczył brwi.
Proszę cię, zejdź z drogi, idziemy do domu rzucił ostro, bo nerwy mu wysiadały.
Ale chłopak, który okazał się mieć na imię Błażej, ani drgnął. Patrzył nie na Wiktora, a prosto w oczy Jagody jakoś tak przenikliwie, jakby widział w niej tajemnice Wszechświata i domowy adres wszystkich znajomych.
W jej duszy gra muzyka, której żadna tabletka nie zagłuszy stwierdził cicho, tak jakby czytał z instrukcji obsługi życia.
**Jedna nuta, jedno mgnienie**
Wiktor już szykował się, żeby wygłosić mu kazanie, ale jakie tam kazanie. Chłopak podniósł fujarkę do ust i wydobył jeden, pojedynczy dźwięk czysty i przenikliwy, jak policzek w wietrzny dzień na Giewoncie.
I w tej samej chwili Jagodzinie nogi drgnęły pod kocem. Dziewczynka aż podskoczyła i zrobiła zaskoczoną minę godną pierwszego dnia w przedszkolu.
Tato, moje nogi są ciepłe! wybełkotała przez łzy radości, które zaczęły lecieć ciurkiem.
Na oczach oszołomionego Wiktora Jagoda, która przez dwa lata nic od pasa w dół nie czuła, zaczęła się podnosić, aż chwyciła się poręczy wózka. Wiktor zaniemówił. Wstrzymał oddech, bo bał się, że jednym kaszlnięciem popsuje całą magię.
**Tajemnica w odcieniu złota**
Gdy Jagoda spróbowała zrobić swój pierwszy, nieśmiały krok, Wiktor od razu obejrzał się za chłopakiem chciał go albo uściskać po polsku, albo chociaż podziękować jak należy. Ale Błażej już się oddalał, odwrócony plecami, powoli znikał w złocistej poświacie warszawskiej jesieni, jakby nigdy go tu nie było.
Hej, kim ty jesteś?! krzyknął za nim, ale odpowiedziały mu tylko szeleszczące liście i jeden, wyjątkowo głośny gawron.
**To jeszcze nie koniec**
Jagoda przeszła jeszcze dwa kroki i z impetem rzuciła się Wiktorowi na szyję. Oboje ryczeli raz z radości, raz z niedowierzania, raz bo nie wiedzieli, co właściwie dalej z tym fantem zrobić.
Od tej pory minęło pół roku. Jagoda nie dość, że chodzi ona tańczy. Lekarze kręcą głowami, mówią spontaniczna remisja, wyjątkowy przypadek, czasem dodadzą jeszcze zjawisko jeszcze niezbadane, ale Wiktor swoje wie. Światu czasem naprawdę nie pomagają skalpele czy tabletki. Czasem wystarczy po prostu dobrze zagrana nuta we właściwym miejscu i czasie, przez kogoś, kto wie, jak słuchać duszy.
Wiktor jeszcze czasem wraca na tę samą parkową alejkę z fujarką w ręce (choć grać nie potrafi), marząc, że może znów spotka tego dziwnego Błażeja i powie mu zwyczajne dziękuję. Ale Błażej już się nie pojawił. Plotka niesie, że ktoś widział go pod oddziałem dziecięcym w Katowicach Ale to już zupełnie inna historia.



