Mężczyzno, proszę, przestań za mną chodzić krok w krok! Przecież mówiłam Panu, że jestem w żałobie po mężu. Nie prześladuj mnie! Zaczynam się Pana bać! już niemal krzyczałem.
Pamiętam, pamiętam Ale mam takie wrażenie, że żałoba jest bardziej po Tobie samej. Przepraszam nie dawał za wygraną mój nieproszony adorator.
Odpoczywałem w sanatorium pod Warszawą. Marzyłem o ciszy i śpiewie ptaków, a nie natrętnych podchodach obcych mężczyzn. Niedawno nagle zmarła moja żona. Potrzebowałem czasu, by dojść do siebie i zrozumieć tę wielką stratę.
Razem z Kaśką, moją żoną, rozpoczęliśmy remont mieszkania. Odkładaliśmy każdą złotówkę, odmawiając sobie przyjemności I nagle nieszczęście. Kaśce zrobiło się słabo, pogotowie nie pomogło. To był drugi zawał. Po pogrzebie zostałem sam i bez żony, i bez remontu, za to z dwoma synami nastolatkami. Byłem bezradny. Jak poradzić sobie z taką stratą?
W pracy przyznali mi wyjazd do sanatorium. Broniłem się, nie miałem nawet siły wyjść z domu. Koledzy przekonywali:
Nie jesteś pierwszym wdowcem i nie będziesz ostatnim. Masz dzieci żyć trzeba dalej! Jedź, Marcin, przewietrz głowę, będziesz miał okazję się otrząsnąć.
Pojechałem więc, niechętnie.
Minęło czterdzieści dni od śmierci żony. Ból nie ustępował. Zamieszkałem w sanatorium z wesołą dziewczyną o imieniu Bożenka. Emanowała radością, aż mnie to drażniło. Nie chciałem zwierzać Bożence ze swojego smutku. Co to za sprawa dla takiej młodej dziewczyny? Kręcił się wokół niej tamtejszy wodzirej. Wiadomo w sanatoriach pełno jest rozwodników, wdowców, samotnych. Ja się na takich nie nabiorę. Ostrzegałem Bożenkę przed tym podrywaczem na pewno żonaty już trzeci raz.
Bożenka śmiała się i mówiła:
Oj, nie strasz mnie, Marcinie! Stary wróbel jestem…
I znikała wieczorami na randki. Ja za to siedziałem bez przerwy w pokoju przez tydzień czytałem książkę, nie wiedząc nawet o czym, gapiłem się w telewizor, nie widząc niczego.
Któregoś ranka obudziłem się w cudownym nastroju. Spojrzałem przez okno błogość! Myślę: przejdę się po lesie, posłucham śpiewu ptaków, pooddycham świeżym powietrzem. I tam spotkałem nieznajomego.
Zauważyłem go już wcześniej w stołówce. Jakoś nie przypadł mi do gustu ten niski facet z bezczelnym spojrzeniem. Był ode mnie przynajmniej o głowę niższy. Nieprzyjemny typ. Ale był nienagannie ubrany i starannie ogolony. Każdego wieczoru przysiadał się do mnie w jadalni, ukłonił uprzejmie. Ja od niechcenia skinąłem głową z grzeczności. Aż pewnego razu przysiadł się do mnie do stołu.
Nudzisz się, panie? zapytał aksamitnym głosem.
Nie odpowiedziałem sztywno.
Nie oszukuj. Na twarzy masz smutek. Może jakoś pomogę? nie odpuszczał namolny nieznajomy.
Dobrze Pan zgadł. Smutek po żonie. Są jeszcze inne pytania? wytarłem ręce serwetką i wstałem, dając znak, że nie mam ochoty na rozmowę.
Przepraszam, nie wiedziałem. Współczuję. A jednak pozwolę sobie się przedstawić. Waldek przedstawił się szybko. Było widać, że się boi, że mogę mu umknąć.
Marcin odpowiedziałem niechętnie i odszedłem.
Od tego czasu Waldek codziennie podczas kolacji dosiadał się do mnie, przynosił bukiecik niezapominajek. Rosły tu wszędzie w okolicy. Było mi miło, lecz nie chciałem rozwijać znajomości. Po co…
Waldek był uparty. Dołączył już do moich wieczornych spacerów. Zacząłem zakładać buty bez obcasów, by nie było różnicy wzrostu. Jemu to jednak nie przeszkadzało ani jego łysina, ani niska postura. Domyśliłem się, że kobiety zdobywa głównie głosem nigdy nie słyszałem tak hipnotyzującego męskiego barytonu. Chyba wpadłem w jego misternie zastawione sieci.
Z Waldkiem zaczęliśmy chodzić razem na wieczorne tańce i jeździć po owoce do miasta Mój adorator parokrotnie próbował wciągnąć mnie do swojego pokoju nie uległem, byłem nieugięty jak z żelaza.
W końcu Waldek przypomniał:
Marcinku, jutro wyjazd. Może wpadniesz dziś wieczorem do mnie na herbatę? Co?
Zastanowię się odpowiedziałem wymijająco.
Nadszedł ostatni wieczór w sanatorium. Postanowiłem nie robić Waldkowi przykrości i przyszedłem, mimo że znałem zakończenie tej historii…
Stół był pięknie nakryty, a na nim smakowite potrawy. Pewnie zastawa z jadalni, pomyślałem z rozbawieniem. Waldek grzecznie zaprosił do stołu, wyciągnął skądś szampana.
Zaczynamy, Marcinku? Nie wiem, jak jutro się z Tobą pożegnać. Zostaw mi adres, przyjadę na pewno powiedział smutnym tonem.
Zapomnisz mnie na drugi dzień. Znam was, facetów. Za co pijemy, Waldemarze? już byłem gotów na wszystko.
A nie rozumiesz? Za miłość, Marcinku, za miłość! podniósł kieliszek Waldek.
Rano obudziliśmy się przytuleni. Boże, dlaczego się tyle wzbraniałem przez cały pobyt? Czemu od razu nie przyszedłem do Waldka? Tyle straconego czasu! Jak dzieciak zakochałem się po uszy. A dziś trzeba pakować walizki i wracać do domu.
Pożegnałem się z Bożenką z pokoju. Siedziała na łóżku i płakała.
Co się stało, Bożenko? zapytałem.
Jestem w ciąży, Marcinie. Sama nie wiem, kto jest ojcem łkała.
Ten twój wodzirej narozrabiał? chciałem wyjaśnić.
Sama nie wiem. Poznałam też innego z sąsiedniego ośrodka. Żonaty zaczęła się tłumaczyć.
Oj, Bożena. Dzwoń po rodziców. Niech przyjadą, porozmawiają. Jak oni Cię samą wypuścili? A na razie chodźmy do dyrektora, może coś się wyjaśni pouczyłem ją.
Bożenka wybiegła rozpłakana z pokoju. Oj, dziewczyno, nałykasz się życia przez takich zalotników…
Przygotowałem się do wyjazdu. Nie chciałem odjeżdżać. Przez te dwadzieścia cztery dni wszystko tu stało mi się bliskie, zwłaszcza Waldek…
Podjechał autokar. Waldek przyszedł mnie pożegnać z bukietem niezapominajek. Łzy napłynęły mi do oczu, mocno go uściskałem. Ot, krótki romans się skończył. Serce ścisnęło. Myślałem: zawołaj mnie, Waldku rzuciłbym wszystko!
Mieszkaliśmy z Waldkiem w różnych miastach. Kontakt mieliśmy tylko listowny. I wtedy napisała do mnie żona Waldka. Wiedziała o wszystkim, pisała, że nic z tego nie będzie, bo ona ma trzydzieści lat, a ja czterdzieści. Nie odpisałem. Po co?
Pół roku później Waldek pojawił się u mnie niespodziewanie. Moi synowie byli zdziwieni jego wizytą, ale zachowali się taktownie.
Waldek? Przejazdem, czy jak? zapytałem zaskoczony. (Choć miałem nadzieję usłyszeć: Przyjechałem na stałe.)
Albo jak Nie wyrzucisz mnie, Marcinku? zapytał niepewnie.
Synowie zawstydzeni poszli do swojego pokoju.
Wejdź, co się stało? Przyniosłeś list od żony? spytałem z przekąsem.
Wybacz, Marcinku. Pisałem Ci list, ale żona go znalazła Przyznaję się. Rozwiedliśmy się wyznał Waldek.
Waldku, nie wiedziałem, że byłeś żonaty. Nic by się nie wydarzyło, gdybym wiedział. Co teraz? zupełnie zaskoczony.
Pobraliśmy się, Marcin? niespodziewanie zaproponował Waldek.
Nie wiem Mam dzieci. Sam widzisz. Nie wiem, jak chłopcy to przyjmą. Nie podejmę decyzji z dnia na dzień miałem wątpliwości, choć byłem szczęśliwy.
Dzieci są super. Ja mam dziesięcioletnią córkę zaskoczył mnie Waldek.
Masz córkę? Zostawiłeś ją? zapytałem zdumiony.
Skąd! Wezmę Alinkę do siebie. Jej mama pije. Będziemy rodziną. oznajmił Waldek.
Poczekaj, Waldku, jaką rodziną? Ja nawet nie znam twojej córki, a ty już robisz ze mnie jej ojca! Trochę się pospieszyłeś. Daj mi pomyśleć. Pogadam z chłopakami. Na razie chodź, nakarmię cię, pana młodego z ogonkiem uśmiechnąłem się.
Zgranej rodziny oczywiście nie było. Bywały kłótnie, odejścia, różne nieporozumienia. Każdy miał inny charakter, nie każdy potrafił ustąpić.
Czas płynął szybko. Mój starszy syn Andrzej i Alina córka Waldka pobrali się i odwrócili się od nas. Wspominali jakieś dziecięce urazy, mieli żale. Mówili, że nie trzeba było burzyć dawnych rodzin. Że Waldek niepotrzebnie odszedł od pijącej żony, a ja jako wdowiec nie powinienem ponownie się żenić. Zamieszkali razem na wynajętym mieszkaniu. Ja i Waldek tylko wzruszaliśmy ramionami ale kochaliśmy się szczerze.
Minął rok. Zbuntowane dzieci nie wracały. Alina dzwoniła do Waldka tylko w jego urodziny.
Dopiero trzy lata później zaprosili nas z Waldkiem w odwiedziny. Miło się zdziwiliśmy, ale i byliśmy czujni. Okazało się, że urodził się ich syn nasz wspólny wnuk. Radość była wielka! Przy stole Alina i Andrzej przeprosili nas. Powiedzieli, że zrozumieli życie bywa różne. Trzeba przebaczać i szanować rodziców, bo dali życie. Synka nazwali Mirosław żeby w rodzinie zawsze był pokój.
I tak właśnie z Waldkiem odnaleźliśmy nasze nowonarodzone szczęściePatrzyliśmy z Waldkiem na Mirosława śpiącego w ramionach Aliny. Uśmiechnąłem się do Andrzeja tak dawno nie widziałem go pogodnego, bez cienia pretensji. W pokoju pachniało kawą i szarlotką. Za oknem rozśpiewały się ptaki, jakby specjalnie dla nas. Byliśmy już starsi, posiwiali, trochę pogubieni w tym zakręconym świecie. Ale to nie miało już znaczenia. Spojrzałem na Waldka chwycił mnie za rękę pod stołem i mocno ścisnął. Bez słowa wiedziałem, że żałoba i wszystkie poprzednie smutki znów zamieniły się w nadzieję.
Widzisz, Marcinku? szepnął Waldek. Wszystko wraca na swoje miejsce. Może całkiem inne, ale nasze.
Przystałem. Rodzina nie musi być doskonała ani taka, jak sobie wymarzymy. Wystarczy, że jest prawdziwa czasem posklejana z porażek i lęków, ale żywa i pełna miłości. Ucałowałem wnuka w czółko i spojrzałem na syna:
Mieć kogo przytulić to chyba cała tajemnica życia. Zgadzasz się?
Uśmiech jaki pojawił się na twarzy Andrzeja, był najpiękniejszym prezentem, jaki mogłem dostać na nową drogę życia. Poczułem spokój. Być może właśnie o to chodziło od samego początku: żeby mimo wszystko nie przestawać wierzyć w miłość, nawet wtedy, gdy wydaje się, że wszystko już stracone.
Bo przecież zawsze można zacząć od nowa choćby z bukietem niezapominajek w ręku.



