Święta leżała na kanapie, wpatrzona w sufit. Natrętne myśli nie pozwalały jej zasnąć. No bo jak tu spać, kiedy jej ukochane dziecko choruje? Po co ja ją w ogóle zapisałam do tego przedszkola? Gdyby została jeszcze dzień lub dwa w domu, może nie złapałaby tej infekcji…

Leżę na kanapie, wpatrzona w sufit. Te niepokojące myśli nie pozwalają mi zasnąć. Jak tu spać, kiedy twoja ukochana córeczka jest chora? Dlaczego w ogóle posłałam ją do tego przedszkola… Gdyby została jeszcze dzień czy dwa w domu, może by nie złapała tej infekcji…

Serce mam jak ściśnięte, aż trudno oddychać. Wstaję i podchodzę do okna. Szare, pochmurne niebo wisi nad naszym blokiem w małym miasteczku pod Poznaniem. Trzeci dzień z przerwami siąpi jesienny, uporczywy deszcz. Wzdycham ciężko. W łóżku obok zaczyna się wiercić moja Marysia, stęka przez sen, po czym kaszle. Podbiegam do niej i dotykam rozpalonego czoła. Nawet bez termometru wiem, że ma znowu wysoką temperaturę. Cicho zapalam lampkę i sięgam po termometr, wsuwając jej pod pachę.

Czterdzieści! Boże, co robić?

Marysia otwiera oczy.

Mamo, gorąco mi

Już, kochanie, wiem… Zaraz ci przyniosę coś do picia…

Budzi się też mój Tomek, siada obok nas. W pośpiechu szykuję kolejną porcję syropu obniżającego gorączkę. Niestety, temperatura nie spada. O świcie na podwórzu rozbłyskują niebieskie światła przyjeżdża karetka i zabiera mnie razem z Marysią do szpitala.

Pielęgniarka spogląda na mnie z troską, głaszcze po dłoni i sprawnie wprowadza do żyły Marysi igłę z kroplówką.

Proszę się nie martwić, pomożemy. Będzie dobrze.

Odpowiadam tylko westchnieniem.

Marysi faktycznie szybko lepiej. Otwiera oczka i prosi o wodę. Odwracam się i widzę, jak z łóżka vis-à-vis patrzą na mnie ogromne, niebieskie oczy drobnej, jasnowłosej dziewczynki, najwyżej sześcioletniej. Włosy potargane, na ramionach wyciągnięta, wypłowiała koszulka, dziurawe rajstopki. Pod łóżkiem zamiast kapci sportowe buciki z niebieskimi foliowymi ochraniaczami.

Cześć.

Dzień dobry. Przyjechałyście w nocy?

Tak, w nocy.

Jak pani ma na imię?

Jestem ciocia Basia, a to Marysia. A ty?

Ja jestem Weronika.

Jesteś tu długo?

Tak. W piątek mnie wypiszą.

To dopiero poniedziałek…

A mamę masz przy sobie?

Nie… Moja mama zmarła, kiedy byłam malutka, a tata zaczął pić… i też umarł. Zabrali mnie do domu dziecka.

Starannie, jakby dorosła, wzdycha.

Tam mieszkam… Ale tu lepiej. Dobrze karmią, starsi nie dokuczają

Weronika zakłada buty, zbiera się na śniadanie.

Zaraz będzie śniadanie. Przynieść wam coś?

Nie, kochanie, sama pójdę…

Patrzę na odchodzącą dziewczynkę a serce mi się kraje. Druga sąsiadka patrzy za nią i szepcze: Dobra dziewczynka, cicha, serdeczna. Nie miała szczęścia

Nie zdążam odpowiedzieć, bo gra melodia telefonu.

Halo.

Jak się czujecie, córeczko? Jak Marysia?

Mamo, jesteśmy w szpitalu.

Matko Boska, co się stało?!

Nie martw się, była wysoka temperatura, już lepiej. Podejrzewają zapalenie oskrzeli. Teraz śpi.

Mama aż pociąga nosem: Moje biedactwo… W której jesteście klinice? Już jadę. Co przynieść?

Mamo, zapomniałam kapci i Marysi tej różowej piżamki. A… Mamo, tu jest dziewczynka z domu dziecka. Możesz przywieźć jej szampon, mydło? I masz jeszcze rzeczy po Zosi?

Jaka dziewczynka?

Opowiem ci potem. Przywieź dwie koszulki, szlafroczek, legginsy. Najważniejsze: kapcie na sześć lat, dobrze?

Przywiozę, oczywiście.

Następnego ranka Marysia czuje się znacznie lepiej i bawi się już z Weroniką. Wymykam się na korytarz i zagaduję pielęgniarkę.

Proszę pani, czy do Weroniki ktoś przychodzi?

Nie. Przyjadą tylko, żeby ją odebrać po wypisie.

A może mogłaby się wykąpać?

Pielęgniarka smutnie się uśmiecha: Powinna, ale nie mamy na to czasu…

Wieczorem Weronika jest nie do poznania: uśmiechnięta, czyściutka, w nowej piżamce i świeżutkich, różowych kapciach z naszytymi zabawnymi pieskami. Wszystko, co dostała ode mnie, skrzętnie chowa pod poduszkę, a kapciuszki kładzie pod materac.

Weroniko, czemu chowasz rzeczy? pytam z rozrzewnieniem.

Żeby mi nie ukradli…

Tylko ciężko wzdycham.

Gdy gasną światła, Weronika zamyka oczy i zaczyna marzyć. Widzi siebie, jak idzie zieloną, słoneczną ulicą, trzymając za rękę Marysię, a za drugą mnie, ciocię Basię. Tak pragnie mieć mamę i tatę. Żeby ktoś ją głaskał, całował na dobranoc, kąpał i zakładał mięciutką piżamkę. Żeby tata podrzucał ją aż pod sufit i zaśmiewały się razem. Marzy, by była kochana. Żeby mogła pomagać myć naczynia, podłogę, opiekować się Marysią, uczyć się literek. Byleby być kochaną przez mamę…

Vestchnęła. W domu dziecka nie bito jej, ale wychowawczyni, pani Halina, była surowa i krzykliwa. Dzieciaki przezywały ją, kradły rzeczy i jedzenie. Całkiem niedawno upuściła na kuchni talerz z kaszą. Za karę zamknięto ją w ciemnym, brudnym schowku. Witek z grupy syknął: No co, głupia, teraz z szczurami posiedzisz. Weronika bardzo bała się szczurów. Wyobrażała sobie, że zaraz jakiś wyskoczy prosto na nią. Długo stała zapłakana, aż wieczorem opadła z sił na zimną podłogę. Przez to się rozchorowała zaczęła kaszleć i trafiła tutaj.

Te wspomnienia znów napełniły jej oczy łzami, które popłynęły po policzkach… Dziewczynka zaszlochała… I wtedy poczuła, że ktoś delikatnie głaszcze ją po głowie. Otworzyła oczy.

Ciociu Basiu…

Już, kochanie, nie płacz Wszystko będzie dobrze, zobaczysz…

Przyciągam ją do siebie, tuli się jak do mamy, wtulona w ramiona.

Ciociu Basiu…

Tak, kochanie?

Chciałabym, żebyś była moją mamą…

Łzy spływają mi po policzkach. Decyzja jest natychmiastowa. Nie rozumem, tylko sercem. Teraz tylko rozmowa z rodziną…

Mama mnie rozumie od razu, wspiera. Teściowa też sama dorastała bez rodziców. Gorzej z Tomkiem.

Oszalałaś? Wiesz, co to znaczy na całe życie?

Wiem! I wiem też, że jeśli tego nie zrobię, całe życie nie będę sobie mogła tego wybaczyć.

Odwraca wzrok.

Chcę ją zobaczyć.

Dobrze.

Wieczorem idziemy razem do holu. Tomek podnosi Marysię na ręce i całuje.

Jesteś moją radością. Tęskniłem za tobą…

Odwraca się do mnie. A ja, patrząc mu prosto w oczy, mówię: Zapoznaj się. To jest Weronika.

Weronika kiwa główką, patrzy na niego swoimi wielkimi oczami.

Dzień dobry.

Witaj. Cieszę się, że cię poznaję.

Ja też…

Widzę, że w Tomku coś pęka. Jego oczy są wilgotne. Kiwając głową, zgadza się.

Kilka miesięcy później pod dom dziecka podjeżdża nasze auto. Z wysiadają Basią i Tomek. Dzieci przyklejają się do okna.

Weronika, twoi przyjechali, chodź szybko!

Weronika radośnie biegnie do nas.

Dzień dobry, Weroniko! Przyjechaliśmy po ciebie! Jedziesz do domu?

Jej małe serduszko wali z radości: Tak, mamusiu!!!Biorę ją w ramiona, wtulam mocno, a ona oplata mnie kurczowo, jakby bała się, że zniknę. Tomek bierze jej walizeczkę. Marysia śmieje się i łapie Weronikę za dłoń.

Chodź, pokażę ci swój pokój!

Weronika nie wierzy, że to wszystko naprawdę; jeszcze długo zerka niepewnie za siebie aż w końcu nasz dom pojawia się za oknem samochodu. W drzwiach czeka już babcia z ciepłym obiadem, a na stole wita ją różowy tort z wyrysowanymi marzeniami: mała dziewczynka z jasnymi warkoczami, trzymająca za rękę mamę i siostrę.

Gdy nadchodzi wieczór, przytulam Weronikę do snu, gładząc jej włosy i nucąc cicho kołysankę. Szeptem, jakby bała się spłoszyć szczęście, pyta:

Mamusiu, czy już zawsze będziemy razem?

Patrzę jej w oczy, a łzy szczęścia spływają po moich policzkach.

Już zawsze, słoneczko. Zawsze.

I wtedy Weronika, pierwszy raz w życiu, zasypia spokojnie. Bo wie, że jest kochana.

Rate article
Fajna Tajna
Święta leżała na kanapie, wpatrzona w sufit. Natrętne myśli nie pozwalały jej zasnąć. No bo jak tu spać, kiedy jej ukochane dziecko choruje? Po co ja ją w ogóle zapisałam do tego przedszkola? Gdyby została jeszcze dzień lub dwa w domu, może nie złapałaby tej infekcji…