Współlokator postawił ultimatum: Ja już tak nie mogę! wrzasnął, kiedy mnie zobaczył. Mam dosyć tego starego kota!… no więc wystawiłam go za drzwi nie z tym się związałam.
W przedpokoju zapadła głucha cisza. Poszedł sobie, trzaskając przy tym drzwiami z hukiem godnym dramy w operze. Kurtki jego już na wieszaku nie było, ostrą woń perfum wessał przeciąg w niebyt, a na półce na buty sterczała pusta luka jak wyrwa z czyjegoś życia.
Głęboko westchnęłam i spuściłam wzrok. Tuż przy moich stopach, z uszami skulonymi z rezygnacji i lekko ciągnąc tylną łapkę, siedział Feliks. Piętnaście lat przeżytych razem i sześć kilo absolutnej lojalności.
I co, stary? powiedziałam cicho, kucając i zanurzając palce w jego gęstej, choć już nie tak połyskliwej sierści. Wygląda na to, że znowu daliśmy radę.
Feliks odpowiedział krótko i stanowczo: mrr.
Kot z bagażem i złudzenie kompromisu
Marek pojawił się w moim życiu pół roku temu. Od razu złapaliśmy wspólny język i jakoś tak wyszło, że zaczęliśmy mieszkać razem. Feliks nie był dla niego niespodzianką: na randkach często opowiadałam anegdoty o jego zwyczajach, a Marek się tylko uśmiechał i przytakiwał. Ja tam zwierzęta lubię zapewniał.
A Feliks kot z przeszłością. Znaleziony jako malutki kociak podczas oberwania chmury. Przeszedł ze mną przez wszystko: radości, straty, momenty przełomowe. Jest niemym świadkiem mojego życia i stróżem wszystkich sekretów. Teraz ma piętnaście lat, niewydolność nerek, ścisłą dietę i regularne kroplówki ot, nasza codzienność.
Po wprowadzeniu się Marka jego miłość do zwierząt wyparowała jak polski śnieg w marcu.
Na początku wyglądało to niewinnie. Czemu on śpi ci przy nogach? To w ogóle niehigieniczne. Czemu tyle kasy na weterynarza? Przecież to tylko kot, zawsze można wziąć nowego.
Starałam się łagodzić ostre kanty: częściej zmieniałam pościel, kupowałam drogi żwirek, podawałam leki, kiedy Marka nie było w domu. Ustępowałam, przekonując siebie, że kompromis to właśnie na tym polega.
Moment wyboru
Wtorek. Zasiedziałam się w pracy, Marek wrócił wcześniej. Otwieram drzwi, a tu wali po nosie zapach chloru i słychać jakiś wrzask.
Feliksa zemdliło na nowy dywan przy łóżku, ten, który Marek ostatnio kupił i za który dał fortunę (jak twierdził). No, przykro ale to się naprawi.
Marek stał na środku sypialni, czerwony jak pomidor, wytykał palcem kota trzęsącego się pod łóżkiem.
Ja już tak nie mogę! wrzasnął, gdy tylko mnie zobaczył. Mam dosyć tego kota!
Zdjęłam spokojnie płaszcz i zaczęłam tłumaczyć oczywistości.
To żywe stworzenie. Ma piętnaście lat. Jest chory powiedziałam, sięgając po środek do czyszczenia.
To mnie nie obchodzi! Chcę mieszkać w czystości i wygodzie. Wybieraj: albo ja, albo ten zarośnięty worek. Do wieczora zdecyduj albo go uśpisz, albo oddasz, bo ja się wyprowadzam.
Wyprostowałam się, ściskając ścierkę w dłoniach. Marek ewidentnie liczył na łzy i błagania, ale ja miałam inny plan.
Nie musisz czekać do wieczora oznajmiłam spokojnie. Walizka jest na pawlaczu. Masz piętnaście minut.
Ty tak na serio? Wyrzucasz mnie przez kota? Wiesz, że zostaniesz sama przed czterdziechą z tym
Czas się zaczął.
Pakował się, rzucając pretensjami na prawo i lewo. Milczałam z każdym słowem tylko utwierdzał mnie w decyzji. Feliks przez cały ten czas siedział pod krzesłem w kuchni, cicho jak święty obrazek.
Zatrzasnął walizkę i stanął przede mną.
Weroniko, no weź Przesadziłem. Usiądźmy, pogadajmy. Może oddamy go do twojej mamy? Naprawdę, ten smród
Nie powiedziałam krótko. Tu nie chodzi o zapach, Marku. Chodzi o to, że zmusiłeś mnie do wyboru.
Gdy zamek w drzwiach zachrobotał, poszłam do kuchni i nalałam sobie szklankę wody. Feliks wypełzł ze swojej kryjówki, przyszedł do mnie, wetknął zimny nochal w moją kostkę i wydał krótkie, treściwe: Miau.



