Pewnego razu zadzwoniła do mnie daleka ciotka i zaprosiła na ślub swojej córki – mojej dalekiej kuzy…

Dzisiaj zadzwoniła do mnie ciotka, taka daleka, którą zawsze spotykam raz na dwadzieścia lat, i zaprosiła mnie na wesele swojej córki mojej dalszej kuzynki, którą ostatni raz widziałam, gdy miała sześć lat. Ja zresztą niewiele starsza wtedy byłam, ale to ona była wtedy dzieckiem.

Nie mogę powiedzieć, że rodzinne uczucia mnie przepełniają, ale nie udało mi się wykręcić.
Chociaż raz na dwadzieścia lat możesz przyjść, tylko spróbuj się nie pojawić rzuciła groźnie ciotka.

Przyszło więc eleganckie zaproszenie z gołąbkami i różami od Magdy i Pawła, a na dwa dni przed datą jeszcze raz mi przypomniano. Nie było wyjścia.
No trudno, sobota stracona, ale jak mus, to mus.

Wzięłam więc bukiet, ruszyłam z kiepskim nastrojem i postanowieniem, żeby po godzinie wymknąć się bez zwracania na siebie uwagi. Wkrótce byłam już w restauracji, szłam do sali bankietowej i posadzili mnie przy stole wesołych, młodych ludzi byli to koledzy pana młodego. Po kilku kieliszkach zaczęli się zachwycać, że taka młoda i ładna ciocia panny młodej i że wcale na ciocię nie wyglądam, i że musimy się bliżej poznać i świetnie bawić. No to bawiliśmy się.

Panny młodej bym nie poznała od kiedy ostatni raz ją widziałam, ze szczupłej, ciemnej dziewczynki wyrosła na pulchną blondynkę z widocznym dekoltem. Przyznam, że tamta wersja bardziej mi odpowiadała.

W ogóle atmosfera była raczej ponura: mnóstwo naburmuszonych ciotek z wujkami, pan młody wyglądał jakby się bał, panna młoda jakby nie mogła uwierzyć w swoje piękno i biust, i gdyby nie nasza coraz weselsza grupa, całość przypominałaby raczej stypę. Ciotki patrzyły z wyraźnym niesmakiem.

Na pierwszy toast się spóźniłam, ale zaczynał się właśnie drugi. Byłam na kolejce. Wodzirej, zorientowawszy się, kim jestem, zawołał z entuzjazmem:
A teraz poprosimy młodą i piękną ciocię panny młodej o toast!

I wtedy z uczuciem powiedziałam:
Kochani Magda i Paweł!

Wesele i tak nie było szalone, ale wtedy naprawdę zapadła grobowa cisza. W tej sekundzie zauważyłam, że mojej ciotki nie widzę i raczej by aż tak się nie zmieniła, żeby jej nie poznać.

Przecież ona ma na imię Dorota, syknęła ciotka w różowej bluzce, siedząca naprzeciwko. A pan młody to Michał.

Jaka Dorota? Jaki Michał?
Przyszła się najeść za darmo, na obcym weselu dorzuciła z pogardą. U nas taki sam przyszedł na pożegnanie do wojska. Ledwie go wyrzuciliśmy. Wstydu ludzie nie mają, sumienia też nie.

I wtedy zrozumiałam, że rozrywka dopiero się zaczyna. Wzrok zgromadzonych nagle stał się groźny, goście się podnieśli, jakby zaraz mieli zakasać rękawy. Do rękoczynów jeszcze nie doszło, ale blisko…

Przepraszam bardzo, mam zaproszenie! zawołałam, wymachując kartką. Tutaj wyraźnie napisane: Magda i Paweł, restauracja taka a taka, sala bankietowa.

Na szczęście uratował mnie kelner.
Proszę pani, mamy jeszcze jeden bankiet na górze, może pani się pomyliła?

Akurat, też jej się zachciało kolacji na koszt innych. Już tu się wpisała, zaraz pójdzie na górę następne żarcie złapać skwitowała różowa ciotka. Jak takich bezwstydnych ludzi ziemia nosi? Awanturnica jakaś!

A bezczelność, pani Ireno, to drugi stopień do szczęścia wtrąciła kolejna ciotka, ta w zielonym, jeszcze mniej przyjemna.

Niewiele mam wspólnego z marginesem czy z drobnymi awanturnikami, chociaż może z boku tak to wyglądało. Koledzy pana młodego stanęli w mojej obronie, na co ciotka w fioletowym mruknęła:
O, już facetom w głowie pomieszała!

A różowa dodała:
Mojemu szefowi też tak jedna męża odebrała. Tylko się obrócisz, a już buty podcina, łajdaczka.

Nigdy żadnego męża nie odbiłam, a w tej chwili poczułam się jak najgorsza rozbijaczka rodzin. Zaczęłam się nawet przyglądać mężom może któryś by się nadawał, skoro i tak już byłam pod pręgierzem.

Na szczęście kelner pobiegł na górę, przyprowadził moją ciotkę, która szybko się zorientowała i zaręczyła, że mnie zna. Jednocześnie porozumiewawczo mrugała na prawo i lewo, sugerując, że zawsze miałam lekkiego świra i lepiej mnie za bardzo nie pytać.

W końcu wyprowadzili mnie do właściwej sali, gdzie czekała już opalona Magda, a z nią chyba jakiś Paweł, i gdzie przez dłuższy czas częstowano mnie różnym alkoholem.

Dobrze chociaż, że nie zdążyłam wręczyć prezentu tamtym nieznajomym nowożeńcom.
A odprowadziła mnie w końcu ekipa kolegów pana młodego z tej, pierwszej weselnej załogi…

Rate article
Fajna Tajna
Pewnego razu zadzwoniła do mnie daleka ciotka i zaprosiła na ślub swojej córki – mojej dalekiej kuzy…