Bez szczęścia nie byłoby szczęścia
Ale jak on cię mógł zostawić, głupia jesteś! Kto cię teraz zechce z dzieckiem przy boku?! I jak ty je wychowasz?! Pomocy ode mnie nie dostaniesz, pamiętaj! Wychowałam cię, a co, mam jeszcze twoje brzemie dźwigać? Wynoś się z mojego domu, zabierz swoje rzeczy i żebym cię tu więcej nie widziała!
Jadzia stała z oczami wbitymi w ziemię i słuchała ciotkowych wrzasków. Ostatnia iskierka nadziei, że ciotka pozwoli jej zostać choćby do czasu znalezienia pracy, zgasła w jednej chwili.
Gdyby tylko mama żyła
Ojca nie znała, a matka zginęła piętnaście lat temu, potrącona przez pijanego kierowcę na pasach. Władze już szykowały miejsce w domu dziecka, gdy nagle pojawiła się daleka krewna trzecia kuzynka mamy. Przyjęła dziewczynę pod swój dach, miała dom i pensję odpowiednią do papierów.
Mieszkały na obrzeżach małego miasteczka na południu Polski, gdzie latem prażyło słońce, a zimą chlapało. Jadzia nigdy nie była głodna, ubrana była zawsze porządnie, od dziecka nauczona pracować w domu z ogrodem i zwierzętami stale było coś do roboty. Może brakowało jej matczynej czułości, ale kogo to obchodziło?
Dobrze się uczyła. Po liceum dostała się na pedagogikę. Studenckie lata minęły w mig, a teraz, dyplom świeży jak bułeczka, wracała do rodzinnego miasta. Tylko serce jakby cięższe.
Wynoś się już, nie chcę cię oglądać!
Ciociu Wiesiu, ale może chociaż
Powiedziałam!
Jadzia wzięła walizkę i wyszła w upalne południe. Jak to się stało, że tu wylądowała? Upokorzona, odrzucona, z ledwie widocznym brzuchem ale przyznała się, nie potrafiła kłamać.
Musiała znaleźć dach nad głową. Snuła się z pochyloną głową, przygnieciona myślami, aż nagle usłyszała głos:
Wody chcesz, dziecko?
Kobieta krzepka, około pięćdziesiątki, patrzyła na nią z wyczekiwaniem.
Chodź, jeśli jesteś pokojowo nastawiona.
Podała jej dzbanek zimnej wody. Jadzia usiadła na ławeczce i piła łapczywie.
Mogę chwilę odpocząć? Skwar niemiłosierny
Siadaj, dziecko. Skąd jesteś? Widzę, że z walizką.
Skończyłam studia, szukam pracy w szkole. Nie mam gdzie mieszkać Może pani zna kogoś, kto wynajmuje pokój?
Kobieta, imieniem Halina, uważnie Jadzi się przypatrywała. Czysta, ale z sińcami pod oczami.
Możesz zamieszkać u mnie. Dużo nie żądam, ale płacisz na bieżąco. Jeśli się zgadzasz, pokażę ci pokój.
Zadowolona z towarzystwa i paru groszy więcej w tym zapomnianym kącie, zaprowadziła ją do niedużego pokoiku z oknem na sad. Łóżko, stary kredens, stół wystarczy.
W kolejnych dniach Jadzia urządzała się i zaczęła pracować. Polubiła Halinę, pomagała przy gospodarstwie. Każdego wieczoru siadały pod winoroślą, popijały herbatę i omawiały życie.
Ciąża przebiegała spokojnie. Dziewczyna opowiedziała całą historię: o Marcinie, chłopaku ze studiów, synu lokalnych profesorów, który na wieść o dziecku wyparował szybciej niż wygrana z totolotka. Zostawił kasę i tyle będzie potrzebna.
Dobrze, że nie usunęłaś, mruknęła Halina. Dzieciak ci jeszcze radości narobi.
W lutym zaczęły się bóle. Halina zawiozła ją do szpitala. Jadzia urodziła zdrowego chłopca Wojtusia. Na oddziale usłyszała o niemowlaku dziewczynce, którą matka zostawiła zaraz po porodzie.
Ktoś nakarmi? Jest słabiutka, powiedziała pielęgniarka.
Jadzia wzięła ją w ramiona. Maleństwo białe jak śnieg.
Dam ci na imię Jagódka, szepnęła.
Wtedy pojawił się kapitan Piotr Nowak, ojciec Jagódki, i wszystko wywróciło się do góry nogami. W dzień wypisu na parkingu stało auto z różowo-niebieskimi balonikami. Wojskowy pomógł Jadzi wsiąść, wręczył jej dwie paczki: niebieską i różową.
Przez kolejne miesiące miasteczko żyło plotkami o ślubie roku. Kapitan, urzeczony dobrocią dziewczyny, poprosił ją o rękę. A Jadzia, z Wojtusiem na ręku i przysposobioną Jagódką, zaczęła nowe życie.
Kto by pomyślał, że upalny letni dzień i dzban zimnej wody zmieni los tylu osób? Taka już jest ta nasza przewrotna codzienność przewraca kartki, których nawet nie miałeś w książce.



