Idę do młodej! oznajmił dziadek 65-letni, pakując walizkę. Wrócił zapłakany po godzinie.
*
Idę do młodej! wypalił Stanisław Władysławowicz, próbując upchnąć w walizce swój ulubiony kraciasty pled, który nijak nie chciał się zmieścić.
Słowa zabrzmiały jak obwieszczenie o odkryciu nowego świata albo wyprawie na Księżyc. Głośno, dramatycznie jakby spodziewał się eksplozji.
Tyle że nie wybuchło nawet nic nie zaszumiało.
Jego żona, Jadwiga Marianna, stała przy desce do prasowania i z wprawą przesuwała żelazkiem po jego odświętnej koszuli. Para cicho syczała, mieszając się z ciszą mieszkania.
Słyszę, Staszek odpowiedziała spokojnie, nie patrząc na niego. Ciepłe kalesony zapakowałeś? Listopad za pasem, twoja młoda nerek ci nie dogrzeje.
Stanisław zamarł, z ręką w powietrzu, zaciśniętą na wełnianej skarpecie. Spodziewał się wszystkiego: tłuczonych talerzy, furii, błagań, by został, czy groźby zadzwonienia po dzieci.
A tu tylko codzienne pytanie o bieliznę.
Co mają kalesony do rzeczy, Jadwiga?! zawołał, czując rumieniec wstydu. Tu chodzi o wielką miłość, inne życie, o… renesans!
W końcu wpycha pled, siada na wieko walizki, szarpie zamek. Walizka piszczy żałośnie, jak jego własne stawy. Ale zamek puścił.
A ty z powrotem o kalesonach! Cała ty! Przyziemna, nudna! wydyszał. A tam wolność! Energia!
Chociaż imię tej twojej energii masz w końcu? Jadwiga powiesiła koszulę na wieszaku i podała mu ją. Czy to tylko Misio w telefonie?
Ona ma na imię Bronisława! wyprostował się dumnie Stanisław, chwytając koszulę. I nie jest zwykłą kobietą, ona jest muzą.
Jadwiga prychnęła, doskonale wiedząc, że jedyną poezją lubianą przez Stanisława były toasty na weselach.
Bronisława, pięknie. Ile lat tej twojej muzie?
Dwadzieścia osiem! wypalił Stanisław, rzucając jej wyzwanie wzrokiem.
Jadwiga odłożyła żelazko i długo spojrzała na męża jak na wiekową, ale ukochaną szafę, której ułamały się zawiasy.
Staszek powiedziała cicho, głos stalowy pod miękkim tonem. Masz sześćdziesiąt pięć lat. Krzyż boli cię od dłuższego siedzenia na sedesie, wątroba od śledzi. Piątka na diecie jesteś.
Westchnęła, dodając:
Co zrobisz z dziewczyną dwadzieścia osiem lat? Wiersze będziesz jej recytował?
To nie twoja sprawa! burknął, chwytając za rączkę walizki. Będziemy podróżować! Pod księżycem się przechadzać! Cieszyć się chwilą! Jeszcze jestem o-ho-ho!
Szarpnął walizkę zdradliwie ciężką. Plecy strzeliły bólem, ale Staszek nie drgnął.
Nie może pokazać słabości. Już prawie był ex.
Leków na ciśnienie nie zapomnij, Casanovo rzuciła Jadwiga, gładząc poszewkę. Są w górnej szufladzie komody. I maść na stawy.
Nie potrzebuję leków! skłamał, choć serce waliło mu w gardle. Przy niej czuję się jak trzydziestka! Żegnam, Jadzia. Mieszkanie ci zostawiam, jestem dżentelmenem.
Dzięki, żywicielu skinęła głową. Klucze na szafkę rzuć. I śmieci przy okazji wyrzuć, skoro idziesz.
To go dobiło. Żadnej dramy. Tylko śmieci wyrzuć.
Dumnie podniósł brodę, złapał worek przy drzwiach i wyszedł na klatkę schodową. Drzwi trzasnęły cicho.
Stanisław znalazł się w podwawelskim bloku, gdzie pachniało kocim rozczarowaniem i tłuczonymi ziemniakami od sąsiadów. Walizka rwała rękę, plecy bolały, w kieszeni wibrował telefon.
To pewnie Bronisława. Czekała na swojego rycerza.
Staszek przywołał windę i, czekając, wyjął smartfon. Serce mu się zatrzęsło. Wiadomość w komunikatorze: Kochany, już zarezerwowałam dla nas stolik. Ale mam problem, potrzebuję szybko przelać 1500 zł mamie, na leki, a mam limit. Pożyczysz? Oddam przy spotkaniu!
Staszek zmarszczył się. 1500 złotych? Dziś. Wczoraj 800 złotych na taksówkę. Tydzień temu 3 tysiące złotych na warsztaty motywacyjne.
Winda przyjechała. Stanisław wrzucił walizkę do środka, wcisnął parter. W lustrze zobaczył siebie starszego pana w czapce, z czerwonymi policzkami i niepewnym spojrzeniem.
Idę do młodej pomyślał. Ale zdanie już nie brzmiało dumnie.
Na zewnątrz wiał listopadowy wiatr z deszczem, urywając ostatnie liście. Staszek targał walizkę na przystanek bo Bronisława mieszkała na drugim końcu miasta, w nowych blokach.
Usiadł pod zadaszeniem na przemoczonej ławce i wyjął telefon, by zrobić przelew. Palce zmarznięte, niesprawne. W bankowej aplikacji: 1480 zł. Emerytura za tydzień.
Psiakrew mruknął.
Wpisał: Broniu, kochanie, mam teraz tylko gotówkę, przyniosę ze sobą i wysłał.
Odpowiedź natychmiast: emoji przewróconych oczami. Zaraz druga: Stasiek, weź pożycz od kogoś! Mamie źle! Jeśli kochasz, dasz radę!
Stasiek. Nie Stanisław, nie kochanie, tylko Stasiek. Jak kot z piwnicy.
Coś szelesnęło mu pod żebrami. Nie miłość, tylko lepkie podejrzenie.
Nagle przypomniał sobie, że z Bronisławą nigdy nie rozmawiał przez wideo. Zawsze kamera zepsuta, internet słaby. Za to zdjęcia w profilu jak z magazynu.
Postanowił zadzwonić i usłyszeć jej głos. Długie sygnały, odrzucone.
Potem SMS: Nie mogę gadać, płaczę!
Staszek siedział na przystanku, ściskając rączkę walizki. Samochody rozchlapujące błoto rozpryskiwały jego marzenia.
Chłód świdrował do kości. Plecy bolały coraz mocniej. Miał ochotę wyć.
Bronisława powiedział cicho, próbując to imię na ustach. Było jak plastikowe.
Telefon znowu wibrował: No co jest? Przelałeś? Jeśli nie nie przychodź. Nie potrzebuję faceta, który nie umie ogarnąć sprawy!
Patrzył na ekran, litery rozmazywały się przed oczami.
Przypomniał sobie Jadzię. Kiedy wczoraj bez słowa smarowała mu plecy, gdy złapał go ból. Kiedy gotowała gotowane mielone, których nie cierpiał, ale jadł, bo żołądek już nie ten.
Jak znała rozkład jego skarpet i kluczy lepiej od niego.
Nie potrzebuję faceta
Wyobraził sobie siebie w mieszkaniu Bronisławy. Obca kanapa, obcy zapach, ciągłe musisz być o-ho-ho.
Płacić, płacić, płacić. Za młode towarzystwo.
A co, kiedy zabraknie mu tchu? Czy Bronisława chwyci za maść? Czy zamknie się w drugim pokoju?
Wstał powoli. Kolana chrupały jak gałązki. Popatrzył na nadjeżdżający autobus jadący do Bronisławy i nie wsiadł.
Autobus odjechał. Stanisław jeszcze chwilę patrzył na pustą jezdnię. W końcu zawrócił, podniósł walizkę i pomaszerował z powrotem. Do domu.
Droga była jak przez wieczność. Winda oczywiście popsuta. Wtachał walizę na trzecie piętro, z trudem łapiąc oddech.
Na swoim piętrze zatrzymał się, otarł pot z czoła. Serce biło już nie z miłości, tylko z arytmii.
Pod drzwiami mieszkania zapukał. Cisza.
Zalała go fala paniki: a może się obraziła? Zmieniła zamki? W końcu, jak idiota, zostawił klucze na szafce!
Zadzwonił dzwonkiem raz, drugi raz.
Jadzia! Otwórz! zawołał chrapliwie.
Zamek kliknął, drzwi się uchyliły. W progu stała Jadwiga, spokojna w domowym szlafroku.
Staszek zmoknięty, brudny, z przemoczonym kaszkietem, ze łzami na policzkach. Prawdziwe łzy wstydu przed sobą, głupotą i starością, która przyszła nie z mądrością, a z majaczeniem.
Ja zaczął, głos ugrzązł mu w gardle. Jadwiga Ten autobus i deszcz i pomyślałem
Nie potrafił wyznać prawdy. Nie mógł się przyznać, że jego Bronisława okazała się tylko pustym profilem, co wiecznie czegoś chce. Zbyt upokarzające.
Jadwiga popatrzyła na niego, potem na walizkę i westchnęła:
Śmieci wyrzuciłeś? zapytała.
Zaskoczony spojrzał na rękę. Worka już nie miał. Zostawił go na ławce przy przystanku.
Zapomniałem wyszeptał, spuszczając głowę.
Jadwiga pokręciła głową i odsunęła się, wpuszczając go.
Właź już, Romeo. Herbata wystygnie. I ręce umyj cały jesteś w błocie.
Wciągnął przeklętą walizkę do przedpokoju. Znajomy zapach domu świeża pościel, odrobina maści uderzył mu do nosa.
Najpiękniejszy zapach świata.
Umył się lodowatą wodą w łazience, ścierając resztki łez i upokorzenia. W kuchni czekała już na stole herbata w ulubionym kubku i talerz gotowanych mielonych.
Jadwiga powiedział, siadając. Przepraszam. Stary, głupi Diabeł mnie podkusił.
Jedz rzuciła krótko. Zimne już.
Naprawdę Jaka tam Bronisława, jaka muza? Beze mnie nawet nie wiem, gdzie polisa leży.
W teczce z dokumentami, w górnej szufladzie machinalnie odpowiedziała, siadając naprzeciwko. Staszek, błagam, nie zaczynaj nowego przedstawienia. Wróciłeś i dobrze.
Mielone smakowały lepiej niż wszystkie wykwintne dania.
A ta Bronisława odważył się łgać Paliła! Klęła okropnie!
Jadwiga spojrzała ponad okularami. W jej oczach zatańczyły wesołe iskierki.
No popatrz, straszne. A ty, jako wybitny smakosz kultury, nie mogłeś tego znieść.
Oczywiście! Powiedziałem jej: Proszę pani, pański język kłóci się z pańską aparycją! Machnął ręką. Po prostu się pomyliłem. Pusta była jak bęben
Dobrze, że zrozumiałeś na przystanku, a nie w USC rzuciła.
Wstała, sięgnęła po tubkę maści i podała mu.
Plecy cię pewnie rozbolały po tej szarpaninie?
Staszek poczerwieniał.
Trochę.
Rozbierz się, nasmaruję.
Zdjął koszulę, stękając, i poczuł na plecach znajome, pewne ręce. Wcierała maść, mocno, rutynowo.
Piekło, ale ten ból był dobry.
Jadzia? wymamrotał.
No?
Wiedziałaś, że wrócę?
Wiadomo.
Skąd?
Pogładziła go w ramię, kończąc smarowanie.
Bo nie spakowałeś kalesonów, skarpet i leków mrugnęła. Za to zmieściłeś pled i moją starą futrzaną kurtkę, którą od miesiąca proszę oddać do pralni.
Staszek zaniemówił, obracając się powoli.
Kurtkę?
Kurtkę. Rano sam ją tam upychałeś. Myślałeś, że nie zauważę? Bez okularów nie dowidzisz nic.
Na kuchni zapadła cisza. Staszek przetrawiał: wyprowadzał się z żoną futrem i pledem.
Nagle zachichotał. Najpierw cicho, potem głośniej. Chichot przeszedł w kaszel i znów w śmiech.
Jadwiga patrzyła na niego, usta jej też zadrżały.
Ale z ciebie ramol zażartowała. Jedz dalej. Jutro na działkę, trzeba słoje zwieźć do piwnicy. Tam ci się zrobi fitness i świeże powietrze.
Pojedziemy, Jadzia. Słowo harcerza przytaknął, ocierając łzy rozbawienia.
Telefon znów zawibrował. Staszek spojrzał: Bronisława: Gdzie jesteś? Mama kona! Przelej choćby tysiaka!!
Spokojnie wybrał Blokuj. Potem Usuń czat. Położył telefon ekranem do stołu.
Jadzia, a może nie zwozić tych słoików? rzucił, patrząc na nią zupełnie innym wzrokiem. Może ognisko, kiełbaski? Ja zamarynuję mięso, jak lubisz, z cebulą.
Jadwiga uniosła brwi. To nowość Staszek nie dotykał grilla od dziesięciu lat.
Kiełbaski? zdziwiła się. A wątroba?
A w diabły z wątrobą machnął ręką. Raz się żyje.
Chwycił jej dłoń spracowaną, szorstką i niezgrabnie, ale szczerze ją pocałował.
Dziękuję, że mnie wpuściłaś, Jadzia.
Wyrwała rękę, ale nie brutalnie raczej z lekkim rozbawieniem.
Jedz, Don Juanie. Bo wystygną.
Za oknem lał deszcz, wiatr tarmosił gałęzie, ale w kuchni było ciepło, jasno. Odświętna koszula wisiała na krześle, pachniało herbatą i maścią.
Ten zapach był cenniejszy niż najlepsze perfumy.
Stanisław patrzył na żonę i myślał, że owszem, dwadzieścia osiem lat to piękny wiek.
Ale kto inny wiedziałby, że potrafi przez pomyłkę spakować jej futro do walizki i mimo wszystko go przyjmie z powrotem?
Jadzia?
No co jeszcze?
To futro trzeba naprawdę do pralni oddać. Jutro zawiozę.
Zawieź, tylko walizkę rozpakuj. I pled wyjmij nogi mi marzną.
Staszek przytaknął i ze smakiem wgryzł się w mielonego.
Życie biegło dalej i, psiakrew, nie było wcale takie złe.


