Ty, Anka, co to masz tu za fałdkę? rzucił nagle Witek, sześćdziesięciolatek z humorem mocno podlanym bimbrem, szczypiąc mnie bezceremonialnie w bok na oczach gości. Siedzieliśmy wszyscy w salonie, świętując imieniny, a ja właśnie odkładałam talerz po schabie z kapustą.
Witek, zwariowałeś? Odsunęłam jego rączysko, jakby odpędzała natrętną muchę, ale on się uparł. Chwycił mnie znowu, tym razem mocniej nie bolało, raczej zawstydziło, bo zrobił to przy wszystkich.
Maciek, zobacz! zwrócił się przez stół do naszego sąsiada, Maćka, który już machał widelcem nad śledziem pod pierzynką. Ja jej mówię: Ania, przestań te bułeczki na noc żreć!. A ona: Witek, to wiek, hormony. Ha-ha!
Jego brzuch trząsł się jak galareta, rozpinając guziki na koszuli.
Jakie tam hormony? To lenistwo! podsumował, zadowolony, poprawiając szklankę z nalewką.
Przestań, serio syknęłam, czując jak policzki i szyja płoną mi rumieńcem.
Maciek zaczął nerwowo stukać widelcem w majonezowy wzór na sałatce jarzynowej. Jego żona, Basia, ścisnęła serwetkę, udając, że nie słyszy.
Co przestań? Nie wolno prawdy powiedzieć? Ty, Anka, masz już fałdki! znów dotknął mojego boku, niby testując, czy ciasto wyrosło.
Tutaj ci się zawinęło, o, jak u mopsa fałda na fałdzie. No nieładnie, Aniu
Zapadła cisza, tylko w kuchni buczała lodówka.
Ja się przecież dla ciebie staram już tonem nauczyciela pochylił się na krześle kobieta powinna pilnować figury, żeby facetowi przyjemnie było patrzeć, no taka natura!
Popatrzyłam na Witka pierwszy raz od lat naprawdę uważnie.
Sześćdziesiąt dwa lata. Brzuch na pasku spodni jak gradowa chmura. Podwójny podbródek ciągnący się przez szyję aż po opadnięte ramiona, które chyba już nie pamiętają ćwiczeń. Łysina błyszcząca jak pączek posmarowany masłem na Tłusty Czwartek.
Czyli chodzi o przyjemność dla oka? powtórzyłam cicho, zdumiona własnym spokojem. Gdzieś w środku kliknął przełącznik zniknęła cała chęć tłumaczenia się i łagodzenia. Została świadomość, jak przejrzysta woda.
No jasne! Witek wypiął pierś i się uderzył, jakby chciał zaznaczyć siłę. O, ja. Cały czas trzymam formę!
Jaką formę? zapytałam, patrząc mu prosto w oczy.
Męską! wyprężył się dumnie, na ile pozwalały mu plecy. Rano gimnastyka, hantelki, ja to jestem cały czas fit!
Spróbował wciągnąć brzuch. Góra-dół, coś się zatrzęsło, wróciło na miejsce. Brzuch wisiał tam, gdzie zawsze, nachodząc na pasek od spodni.
Chłop to powinien być orłem, a nie worem kartofli! zakończył.
Orłem, tak? wstałam bardzo spokojnie.
Obraziłaś się? zawołał za mną, nalewając kolejną setkę wiśniówki. Na prawdę nikt się nie obraża, Anka! Dieta, a nie fochy!
Przeszłam do przedpokoju, gdzie pachniało starymi butami i pastą. Na ścianie wisiało nasze stare, ciężkie lustro pamiętało mnie i Witka młodych, uśmiechniętych do zakochanego odbicia. Bez wysiłku zdjęłam je z haka, choć musiało ważyć z dobre pięć kilo. Wróciłam do salonu, trzymając je jak najważniejszą tarczę.
Goście przestali mrugać i z widelcami w połowie drogi do talerzy patrzyli na mnie, jakbym chciała pokroić tort lustrem. Basia aż zamroziła się z ogórkiem przy ustach.
Witek, wstań powiedziałam cicho, ale tak, że nikt się nie ruszył.
Po co? zdziwił się, ale widząc moją minę, skwapliwie poderwał się z krzesła. Co, zatańczyć chcesz?
Nie. Pooglądamy sobie orła.
Podstawiłam mu lustro dosłownie pod sam nos, prawie odskoczył ze zdziwienia.
Trzymaj.
Chwycił ramę, za ciężką dla jego pulchnych palców.
Anka, co ty wymyślasz W jego głosie pierwszy raz rozbrzmiała nerwowość.
Patrz powiedziałam tonem, jak wtedy gdy łapię kota na kradzieży wędliny. Dokładnie patrz.
Patrzył na swoje odbicie, lekko rozdygotane.
No patrzę I co?
Spuść oczy niżej stuknęłam w szybę palcem, dokładnie tam, gdzie jego tors opinała spocona już koszula. Widzisz to?
Co?
Zobacz, tu ci skóra wisi! powtórzyłam jego własnym tonem, mocno akcentując każde słowo. I nie tylko trochę wisi, Witku, ona się rozłożyła!
Anka! próbował odłożyć lustro, a twarz zaczerwieniła mu się aż po uszy.
Trzymaj! docisnęłam ramę, by patrzył dalej. To nad paskiem, widzisz? To mięsień, twoja stalowa prasa?
Maciek wydał z siebie dziwny charkot, udając kaszel, żeby nie wybuchnąć śmiechem.
Nie kochanie, to koło ratunkowe. W razie, gdybyśmy kiedyś utonęli w smalcu.
Witek zrobił się czerwony jak przejrzały pomidor z bazaru, taki, co zaraz pęknie.
A te boczki wystające z tyłu? Kupiłeś skrzydła orła? Czy może uszy, jak u tłustego prosiaka tuż przed Bożym Narodzeniem?
Przestań! Ludzie patrzą, ośmieszasz mnie!
A niech patrzą! Chciałeś szczerości? Przecież jesteś naszym domowym estetą!
Odsunęłam się, żeby widzieć całość.
No to analizujemy twoją estetykę. Pokaż się bokiem.
Nie będę próbował się bronić, ale cicho zamilkł.
Pokaż, powiedziałam! powiedziałam stanowczo jak nigdy. Nawet sztućce na stole zadźwięczały.
Przytulił się do ściany, przekręcając na bok. W lustrze zobaczyłam jego profil: daleko mu do figury greckich bogów. Szyja a w zasadzie jej brak. Przeciągały się tam za to potrójne fałdki.
Widzisz ten potrójny wałeczek na karku? pytałam już spokojnie jak pani doktor. Chłopie, ty się z mopsem rodowodem zmierzyć możesz.
Basia już się nie kryła dusiła się śmiechem w serwetkę.
A pod brodą? Zapas na gorsze czasy jak u pelikana?
Ale ja jestem facetem! jęknął Witek, jakby to załatwiało sprawę.
O, tobie wolno? roześmiałam się krótko i chłodno. Czyli dwie ciąże, trzydzieści lat przy garach i jedna fałdka to wstyd, lenistwo i hańba, ale twoje zwały to chłop życiowy?
Stanęłam tuż przed nim, nie spuszczając oczu z jego wystraszonych oczu.
I jeszcze przez większość życia nie podniosłeś więcej, niż pilot do telewizora, a teraz po prostu jesteś galaretką i chcesz moralizować?!
Wyjęłam lustro z jego rąk, które drżały z wysiłku. Stał w środku pokoju, oszołomiony, spod koszuli odskoczył guzik, lądując gdzieś daleko pod szafą.
Wyparowała z niego cała ta buńczuczność, pewność siebie już niepełna. Widziałam tylko starszego, nieco zawstydzonego faceta, który zrozumiał, że nie jest już orłem.
Siadaj powiedziałam zmęczonym głosem, ustawiając lustro przy komodzie, ciężko na podłodze. I jedz.
Usiadł tak ciężko, że krzesło aż zapiszczało.
I słowa więcej o mojej sylwetce nie słyszę poprawiłam włosy przy lustrze, patrząc mu prosto w oczy.
Bo jak, to lustro powieszę ci naprzeciw. I będziesz patrzył, jak twój pelikan je sałatkę.
Już się nie krępował śmiechu Maciek, wytarł łzy i aż się zgiął ze śmiechu.
Witek ukroił sobie ledwo ogórka z talerza i jadł, patrząc wyłącznie na swoją porcję, jakby się chciał kurczyć z każdym kęsem.
Napięcie pękło. Zrobiło się lekko, jakby ktoś w końcu otworzył okno po całym dniu smażenia schabowych i wpuścił świeże powietrze.
Usiadłam, zasiadłam na miejscu gospodyni i nabrałam sobie porządny kawał Napoleona. Tego, co go wczoraj pół dnia piekłam, rozwałkowywałam aż do prześwitu, a planowałam się ograniczać.
Krem aż wyciekał bokiem, warstwy chrzęściły pod widelcem. Basia wyciągnęła talerzyk:
Anka, podaj mi też, tylko duży kawał. Mam dość tej diety, życie jest jedno.
I mi też, Aniu mrugnął Maciek, dolewając kompotu bo coś czuję, że mi rosną skrzydła, a bez cukru nie dam rady.
Witek spojrzał na mnie z czymś nowym w oczach. Najpierw na mnie, potem zerknął niepewnie na lustro, które jeszcze stało pod ścianą niczym niemy katafalk jego pewności siebie.
W dolnym rogu odbijały się jego nogi skarpetki miał dwie różne: jedna czarna, druga ciemnogranatowa, prawie śliwkowa.
Orzeł, jasny gwint, domowy!
Przepraszam, Anka odburknął, nie podnosząc wzroku znad obrusa. Palnąłem głupotę, wybacz.
Jedz Witek, jedz powiedziałam z satysfakcją, gryząc kawał Napoleonki. Przyda ci się energia.
Uniósł brwi z pytaniem.
Na podnoszenie hantli mrugnęłam mu. Nasz z ciebie sportowiec.
Wieczór upływał dalej, jak zwykle rozmawialiśmy o cenach, działce i pogodzie. Ale coś się zmieniło. Mój nadzorca od figury nagle zrobił się całkiem zwyczajny ze swoimi lękami i fałdkami.
I wiesz co? Ta Napoleonka była przepyszna. Najlepsza od dekady. Lustro zostało w pokoju i teraz, ilekroć Witek koło niego przechodzi, mimowolnie wciąga brzuch i prostuje się jak nowicjusz na zbiórce pionierów. O mojej fałdce już nigdy słowem się nie odezwał. Chyba, żeby nie drażnić pelikana.


