Wychodzę do młodej! obwieszcza pan Marian, lat 65, pakując kufer, a po godzinie wraca do mieszkania z oczami mokrymi od łez.
Idę do młodej! powtarza, wciskając z mozołem kratkowany koc do walizki, która wyraźnie nie ma ochoty na żadną przeprowadzkę.
Marian Gajkowski wypowiada to tak, jakby zamierzał wyruszyć na Marsa albo odkrywać nowy kontynent. Głośno i z dramatyzmem, spodziewając się efektu bomby w rodzinnej kuchni.
Ale nic nie wybucha. Nawet nie syczy.
Jego żona, Józefa Gajkowska, stoi przy desce do prasowania i z zacięciem przeciąga żelazkiem po jego eleganckiej koszuli. Para wyskakuje z sykiem, zakłócając popołudniową ciszę mieszkania.
Słyszę cię, Marianie odpowiada spokojnie, nie podnosząc głowy. Wziąłeś ocieplane gacie? Listopad, twoja młoda nie będzie ci nerek pilnować.
Marian zastyga, a w dłoni tkwi nadal zaciśnięta wełniana skarpeta. Spodziewał się wszystkiego: latających talerzy, zawału, błagań, żeby został, albo że zadzwoni do dzieci.
Ale nie spokojnego pytania o bieliznę termiczną.
A co mają do rzeczy gacie, Jośka?! wybucha, czując rumieniec na twarzy. Ja tu o miłości, o nowym życiu, renesansie mówię!
Udało się. Koc wciska do walizki, napiera całym ciałem na wieko i szarpie zamek. Walizka skrzypi żałośnie jak i sam Marian, lecz daje się zamknąć.
Ty tylko o tych gaciach! Cały ty! Przyziemna jesteś, nudna. A tam… tam skrzydła, energia!
Ma ta energia w ogóle imię? Józefa ostrożnie odwiesza koszulę na wieszak i podaje mężowi. Czy w telefonie to tylko Zajączek?
Martyna! wypina dumnie pierś Marian, odbierając koszulę. Nie jakaś kobieta, tylko muza!
Józefa tylko prycha wiedząc, że jedyną poezją, jaką Marian lubił, były toastowe rymowanki na imieninach.
Martyna, piękne. A ile ta twoja muza ma lat?
Dwadzieścia osiem wypala z wyzwaniem.
Józefa odkłada żelazko, patrzy na niego tak, jak się patrzy na szafę z odpadającymi drzwiami. Ulubioną, ale mocno wysłużoną.
Marianie mówi łagodnym, lecz stanowczym tonem. Masz sześćdziesiąt pięć lat, kręgosłup bolący od dłuższego przesiadywania w WC i dietę lekkostrawną z powodu wątroby.
Wzdycha.
Co ty zrobisz z dwudziestoośmioletnią Martyną? Będziesz jej wiersze czytał?
Nie wtrącaj się burknął. Będziemy podróżować! Spacery nocą! Żyć pełnią! Ja jeszcze potrafię!
Próbuje szarpnąć walizkę, ale ta jest ciężka. Zbiera się w krzyżu, ale Marian zaciska zęby i nie daje po sobie nic poznać.
Nie wolno okazać słabości przed prawie już byłą żoną.
Nie zapomnij o lekach na ciśnienie, amancie rzuca Józefa, wracając do prasowania. Są w górnej szufladzie komody. I maść na kręgosłup.
Niepotrzebne mi leki! kłamie, czując serce pod gardłem. Przy niej czuję się na trzydzieści! Dobra, Jośka, pa. Mieszkanie ci zostawiam, jestem honorowy.
Dzięki, żywicielu kiwa głową ona. Klucze połóż na komodzie. I śmieci wynieś, jak już idziesz.
Tym go dobiła. Zero dramatu tylko praktyka.
Chwyta worek przy drzwiach i z zadartą głową wychodzi na korytarz. Drzwi zamykają się cicho.
Marian znajduje się na klatce. Czuć kocią beznadzieję i smażone ziemniaki. Walizka ciąży, plecy bolą, a w kieszeni wibruje telefon.
To pewnie Martyna. Pisze, czeka na swojego rycerza.
Staje przy windzie, serce mu podskakuje. Odczytuje wiadomość w komunikatorze: Misiu, długo jeszcze? Mam już dla nas zarezerwowany stolik. Mały problem…
Marian wczytuje się: Muszę pilnie przelać dwa tysiące złotych mamie na leki, a mam limit na karcie. Przelejesz? Oddam ci na miejscu!
Marian marszczy czoło. Dwa tysiące. Dziwne. Wczoraj było tysiąc na taksówkę. Przedwczoraj pięćset na internet. Tydzień temu przelał dziesięć na warsztaty rozwoju.
Winda przyjechała. Ciągnie walizkę do kabiny, patrzy w lustro: poważny, siwiejący mężczyzna w czapce, z czerwonym nosem i niepewnym spojrzeniem.
W myślach powtarza: Idę do młodej, ale slogany trącą już pustką.
Na dworze plucha. Siąpi deszcz, wiatr zgarnia resztki liści. Marian taszczy walizkę na przystanek Martyna mieszka na drugim końcu Warszawy, w nowych blokach.
Przysiada na mokrej ławce, prostuje drżące palce i loguje się do banku. Saldo: 1480 złotych. Emerytura dopiero za tydzień.
Do cholery mamrocze.
Pisze: Martynko, słonko, nie mam teraz na koncie. Przywiozę gotówkę, mam schowaną.
Odpowiedź pojawia się od razu: emotka z przewróconymi oczami. Potem: Marianek, no weź… Pożycz od kogoś! Mama jest chora! Jak mnie kochasz, coś wymyślisz!
Marianek. Nie Marian, nie kochany Marianek. Jak kot sąsiadów.
W głębi coś mu ciąży. Nie czułość, tylko podejrzliwość.
Nagle przypomniał sobie, że nigdy nie rozmawiał z Martyną przez wideo. Zawsze coś: zepsuta kamera albo słaby internet. Ale zdjęcia w profilu modelki.
Decyduje: zadzwoni, by usłyszeć jej głos. Oczekiwanie, sygnały, rozłączenie.
SMS: Nie mogę gadać, płaczę!
Siedzi na przystanku, ściskając walizkę. Samochody ochlapują go błotem, zimno przenika przez koszulę i kurtkę.
Martyna mówi głośno, smakując imię. Jest jak plastik.
Nagle znów telefon: I co? Przelałeś? Jeśli nie, nie przyjeżdżaj. Nie chcę faceta, który nie ogarnia!
Patrzy na ekran litery się rozmazują.
Przypomniał sobie Józefę. Jak wczoraj w milczeniu smarowała mu plecy, gdy go złapało. Jak gotuje parowane mielone, których nie lubi, ale je dla wątroby.
Jak zna położenie jego skarpetek lepiej od niego.
Nie chcę faceta…
Wyobraził sobie siebie w mieszkaniu Martyny. Obca kanapa, obcy zapach, obce reguły. Wieczna presja, żeby błyszczeć.
Płacić, płacić, płacić. Za prawo do przytulania młodości.
A potem? Jak mu plecy znów nawalą? Czy ona poda mu maść? Czy z pogardą pójdzie do drugiego pokoju?
Wyprostował się, kolana strzyknęły jak suche patyki. Nadjechał autobus do nowych bloków nie wsiadł.
Samochód odjechał w smudze spalin.
Marian chwilę stał na pustej ulicy, po czym zawrócił, taszcząc ciężką walizę. Do domu.
Droga powrotna ciągnęła się bez końca. Winda nie działa klasyka. Ciągnie walizkę na trzecie piętro piechotą.
Na każdym półpiętrze przystaje, sapie i ociera pot. Serce łomocze już nie z miłości, a z tachykardii.
Pod drzwiami staje, stawia walizkę. Dzwoni. Cisza.
Chwila paniki. A jeśli jej nie ma? Może się obraziła? Może zmieniła zamki?
Klucze jak idiota zostawił na komodzie! Dzwoni raz jeszcze.
Jośka! chrypi. Otwórz, proszę!
Słychać zamek. Drzwi stają otworem. Józefa stoi w progu, spokojna, w szlafroku.
Marian mokry, ubrudzony, z czapką w ręku, łzy spływają po twarzy.
Nie może powiedzieć prawdy: że Martyna okazała się wydmuszką, potrzebującą jedynie przelewów. Chciałoby się zapaść pod ziemię.
Józefa patrzy na niego i na walizkę, wzdycha:
Śmieci wyrzuciłeś?
Marian zdezorientowany patrzy na wolną rękę. Worek został na ławce.
Zapomniałem szepcze, spuszczając wzrok.
Józefa kręci głową i cofa się, robiąc przejście.
Wchodź już, Romeo. Herbata stygnie. I ręce umyj, cały jesteś w błocie.
Wchodzi do przedpokoju, wciąga cholerstwo walizkę. Znajomy zapach świeżego prania zmieszanego z subtelną wonią leków.
Najlepszy zapach na świecie.
Zdejmuje buty, myje twarz. W lustrze patrzy nań stary, zmęczony człowiek. Umył się lodowatą wodą, zmywając łzy i wstyd.
W kuchni Józefa już nalewa herbatę do jego ulubionego kubka, na stole talerz z kotletami na parze.
Jośka mówi cicho, siadając. Przepraszam. Stary głupiec. Pomieszało mi się.
Jedz, rzuca oschle, nie odwracając się. Bo wystygnie.
Naprawdę Jaka Martyna, jaka muza? Ja przecież bez ciebie nawet polisy nie znajdę.
W teczce z dokumentami, w górnej szufladzie odpowiada odruchowo, siadając naprzeciw. Proszę cię, Marianie, nie zaczynaj tego przedstawienia drugi raz. Wróciłeś, to wróciłeś.
Kotlet bez smaku restauracji, ale wyborny.
A ta Martyna jęknął, by choć trochę ratować twarz Straszna była. Taki dymek wciąga Przeklina.
Józefa podnosi wzrok ponad okulary. Szczypie w kącikach ust niewidoczny uśmiech.
No popatrz, okropność. A ty taki wrażliwy.
No właśnie! ożywił się Marian. Powiedziałem jej: Droga pani, słownictwo nie pasuje do urody. A ona
Machnął ręką:
W sumie pomyłka. Wnętrzności, Jośka, sama pustka.
Dobrze, że na przystanku to pojąłeś, a nie w USC.
Wstaje, wyciąga tubkę maści. Stawia na stole.
Plecy znowu szwankują od tej walizki?
Marian rumieni się.
Trochę.
Zdejmuj koszulę, nasmaruję.
Zdejmuje ubranie, zgrzytając zębami, z ulgą czuje znajome silne ręce. Rozgrzewają plecy solidnymi ruchami.
Piecze, ale daje ulgę.
Jośka mruczy prosto w stół.
Co?
Wiedziałaś, że wrócę?
Jasne, że wiedziałam.
Skąd?
Poklepała go w ramię.
Boś nic nie wziął. Żadnych gaci, żadnych skarpet, żadnych lekarstw.
Uśmiecha się lekko.
Za to napakowałeś koc i moją futrzaną kamizelkę, co prosiłam oddać do pralni.
Marian zaniemówił i spojrzał na nią z niedowierzaniem.
Kamizelkę?
Kamizelkę. Rano widziałam, jak ją tam wciskasz, bez okularów jesteś ślepy.
Zapadła cisza. Marian przetrawia myśl ruszył w nowe życie z kocem i kamizelką żony.
Nagle wybucha śmiechem. Najpierw cicho, potem coraz głośniej.
Józefa patrzy na niego z pobłażliwym rozbawieniem.
Ale z ciebie stary dąb. Jedz, podróżniku, bo jutro do ogródka trzeba jechać. Trzeba słoiki wynieść do piwnicy. Tam się poruszysz i odetchniesz.
Pewnie, Jośka, pojedziemy kiwa głową Marian, ocierając łzy rozbawienia.
Telefon znów wibruje w spodniach. Marian patrzy: Martyna: Gdzie jesteś? Mama umiera!! Wyślij choć tysiąc!!
Pewnie naciska Zablokuj. Potem Usuń czat. Odkłada telefon ekranem do stołu.
Może zamiast tych słoików, co? pyta nagle, patrząc na żonę zupełnie innym wzrokiem. Może po prostu grilla zrobimy? Zamarynuję mięso jak lubisz, z cebulą.
Józefa unosi brwi ze zdziwienia. Marian nie tykał grilla od lat.
Grill? A twoja wątroba?
Do diabła z wątrobą, raz się żyje.
Całuje jej spracowaną rękę szczerze, niezgrabnie.
Dzięki za to, że otworzyłaś.
Wycofuje rękę, ale łagodnie.
Jedz, Don Juanie. Bo zimne zjesz.
Za oknem siąpi jeszcze mocniej. Wiatr dobiega przez okno, ale w kuchni jasno i ciepło. Koszula wisi na krześle, pachnie maścią i parzoną herbatą.
Ten zapach najpiękniejszy na świecie.
Marian patrzy na żonę, myśli: dwadzieścia osiem lat to nic. Ale kto inny zaufa staremu, który może przez pomyłkę spakować kamizelkę i wrócić i zawsze będzie miał gdzie wrócić?
Jośka woła.
Słucham?
Kamizelka do pralni poleci jutro. Sam zawiozę.
Zawieź, tylko rozpakuj walizkę i wyjmij koc. Nogi mi marzną.
Marian kiwa głową i z apetytem odgryza kawałek kotleta.
Życie toczy się dalej. I, kurczę, nie jest wcale takie złe.


